Spis treści
Jaki los czeka wenezuelską ropę?
Po porwaniu prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro, prezydent USA Donald Trump ogłosił, że Stany Zjednoczone zamierzają przejąć i odbudować wenezuelski sektor naftowy z udziałem amerykańskich koncernów. Trump przedstawia to jako sposób na naprawę zniszczonej infrastruktury, zwiększenie wydobycia i czerpanie zysków z ogromnych zasobów ropy Wenezueli.
Deklaracja ma też wymiar odwetu: za rządów poprzednika Maduro, Hugo Cháveza, Wenezuela znacjonalizowała aktywa zachodnich firm, co doprowadziło do wieloletnich sporów sądowych o ok. 60 mld dolarów. Trump domagał się zwrotu „skradzionych” aktywów.
„The Economist” tłumaczy jednak, że wenezuelskie realia są raczej mało optymistyczne. Z powodu wieloletnich zaniedbań wydobycie ropy spadło przez ostatnie dwadzieścia lat o 2/3 , do około 1 mln baryłek dziennie. Amerykańska blokada transportów, brak rozpuszczalników (niezbędnych do rozcieńczania ciężkiej ropy) oraz sankcje sprawiają, że w krótkim okresie produkcja może spaść nawet poniżej 700 tys. baryłek dziennie.
Nawet przy sprawnej zmianie politycznej i zniesieniu sankcji odbudowa będzie powolna. Według analiz renomowanych firm doradczych, takich jak Rystad, do końca 2026 roku produkcja mogłaby wzrosnąć najwyżej do około 1,2 mln baryłek dziennie, co wciąż byłoby dalekie od potencjału kraju. Pełne przywrócenie poziomów sprzed 15 lat wymagałoby około 110 mld dolarów inwestycji, ogromnych nakładów pracy i sprzyjających warunków rynkowych.
Tymczasem popyt na ropę nie chce rosnąć, ceny utrzymują się w okolicach 60 dolarów za baryłkę. „Porwanie Maduro było szybkie i spektakularne, ale finansowego pożytku z tego nie będzie” – konkluduje brytyjski tygodnik.
Wiatraki nie w smak akcjonariuszom Siemensa
O kryzysie, z którym Siemens Energy zmagał się w 2023 roku, obecnie już mało kto pamięta. Jednak restrukturyzacja wiatrowego biznesu wciąż jest dla koncernu wyzwaniem, przez co niektórzy akcjonariusze postulują wydzielenie spółki Siemens Gamesa ze struktur grupy, aby pozostała działalność mogła rozwijać się szybciej – analizuje „Financial Times”.
W 2025 roku wartość akcji Siemens Energy wzrosła ponad dwukrotnie – do przeszło 120 euro za walor. To przede wszystkim efekt wysokiego popytu na turbiny gazowe, co jest związane nie tylko z dekarbonizacją energetyki, ale też zapotrzebowaniem na energię dla centrów danych obsługujących sztuczną inteligencję.
Firma jest jednym z kilku głównych dostawców tych urządzeń, a ponadto produkuje też inne urządzenia dla energetyki, na które popyt gwałtownie rośnie, m.in. transformatory. Jednak częścią grupy jest też biznes wiatrowy, który w 2023 roku był powodem dużych problemów Siemens Energy. Przyczyna tkwiła w masowych awariach turbin.
W efekcie akcje koncernu szorowały po dnie, a w dołku wyceniano je na zaledwie 7 euro. Do wdrożenia planu naprawczego potrzebne było 15 mld euro wsparcia, w którego finansowanie zaangażował się również niemiecki rząd.
Niedługo po tych wydarzeniach gwałtownie zaczęło rosnąć zapotrzebowanie na turbiny gazowe, co stopniowo wywindowało notowania akcji oraz wyniki finansowe Siemens Energy – do 1,7 mld euro zysku netto w 2025 roku wobec 4,6 mld euro straty w 2023 roku. Portfel zamówień na koniec ostatniego roku obrotowego wyniósł rekordowe 138 mld euro, a moce produkcyjne turbin gazowych są obłożone do 2029 roku.
Jednak według niektórych akcjonariuszy koncernu te wzrosty mogłyby jeszcze bardziej przyspieszyć, gdyby nie balast w postaci trwającej restrukturyzacji biznesu wiatrowego.
Amerykański fundusz Ananym Capital wprost sugeruje, aby Siemens Gamesa została wydzielona z grupy, dzięki czemu biznesy dotyczące turbin gazowych i infrastruktury sieciowej mogłyby pracować tylko na swój rozwój. Również wycena Siemens Energy miałaby wówczas być bardziej godziwa względem kluczowych konkurentów, czyli GE Vernova i Mitsubishi Heavy Industries.
Władze koncernu na razie widzą jednak takiej konieczność i wskazują, że na przeprowadzenie pełnej restrukturyzacji potrzeba czasu. Obecnie zakładane jest, że biznes wiatrowy osiągnie rentowność do 2028 roku.
Ponadto zarząd Siemens Energy wskazuje, że w przeszłości to turbiny gazowe były wskazywane jako mało perspektywiczny biznes grupy, choć przyszłość okazała się inna. Dlatego energetyka wiatrowa jest nadal potrzebna, aby w przyszłości pracować na wyniki finansowe koncernu.
Zobacz również: Rynek mocy zaskoczył elektrowniami gazowymi i bateriami
Czy Trump uratuje amerykański węgiel?
Rok 2025 był lepszy od poprzedniego dla amerykańskiej branży węglowej, ale długoterminowe prognozy dla sektora pozostają negatywne – wskazuje „Financial Times”.
Dziennik przypomina, że Donald Trump po powrocie do Białego Domu zadeklarował wsparcie dla „pięknego i czystego węgla”, a jego administracja zaczęła promować to paliwo jako jedno ze źródeł mających zaspokoić rosnące – w obliczu rozwoju sztucznej inteligencji – zapotrzebowanie na energię.
Według szacunków Bank of America popyt na energię elektryczną w USA będzie rósł w tempie 2,5 procent rocznie do 2035 roku. Centra danych potrzebują dużych i stabilnych dostaw energii, a te są w stanie zapewnić elektrownie węglowe, które dla Trumpa mają priorytet względem nielubianych OZE.
Dlatego wśród jego decyzji znalazło się m.in. udostępnienie nowych gruntów pod działalność górniczą, a także obniżenie danin pobieranych od producentów węgla. Z kolei Departament Energii nakazał kontynuowanie pracy przez kilka elektrowni węglowych, które planowały zakończyć działalność w 2025 roku. Ponadto obiecano też uruchomienie środków na modernizację starzejących się obiektów.
Według Agencji Informacji Energetycznej (EIA) w pierwszej połowie 2025 roku zużycie węgla w amerykańskiej energetyce wzrosło o 11 procent względem analogicznego okresu poprzedniego roku. Natomiast wydobycie surowca w tym czasie wzrosło o 5 procent – do 260 mln ton. Większej produkcji energii z węgla sprzyja wzrost cen gazu, który podrożał względem poprzedniego roku o około 12 procent.
Jednak według cytowanych przez „Financial Times” analiz nic nie wskazuje, aby długoterminowo tendencja związana z ograniczeniem popytu na węgiel uległa odwróceniu. EIA przewiduje, że w 2026 roku zapotrzebowanie spadnie z uwagi na dalszy przyrost nowych mocy w OZE.
Ponadto mimo udostępnienia nowych lokalizacji pod wydobycie nie widać znaczącego zainteresowania inwestorów projektami budowy nowych kopalń. Węgiel jest bowiem zbyt tani, aby uzasadniało to podejmowanie ryzyka inwestycyjnego. Nie sprzyja temu też agresywna polityka celna Trumpa, po wdrożeniu której eksport amerykańskiego węgla energetycznego i koksowego spadł odpowiednio o 10 i 13 procent. Z drugiej strony podrożały maszyny i inne urządzenia dla górnictwa.
Instytut Ekonomiki Energetycznej i Analiz Finansowych przewiduje, że w 2030 roku moc elektrowni węglowych w USA będzie wynosiła około 119 gigawatów, co oznacza spadek o 63 procent względem 2011 roku, gdy sektor osiągnął szczyt mocy zainstalowanej. Większość elektrowni jest coraz bardziej przestarzała i będzie stopniowa wygaszana, gdyż ich właściciele wolą inwestować energetykę gazową.
Zobacz też: UE wydaje mniej na gaz i ropę z USA niż chciałby Trump
Chińskie wiatraki dobijają się do Europy
Najwięksi chińscy producenci turbin wiatrowych liczą na ekspansję w Europie. Na przeszkodzie ich planom może jednak stanąć protekcjonizm oraz obawy dotyczące bezpieczeństwa – pisze „The Economist”.
Tygodnik wskazuje na atrakcyjność europejskiego rynku dla firm z Państwa Środka, gdyż energetyka wiatrowa jest postrzegana jako jedna kluczowych technologii pod kątem dekarbonizacji systemów elektroenergetycznych. Unia Europejska chce do 2030 roku podwoić moce zainstalowane – do 425 GW, a Wielka Brytania w tym samym czasie chce zwiększyć moce w morskiej energetyce wiatrowej czterokrotnie – do 50 GW.
Dla zachodnich producentów, takich jak Vestas, Siemens Gamesa, GE Vernova i Nordex, którzy jak dotąd dominują w Europie, perspektywa wejścia chińskiej, tańszej konkurencji jawi się obecnie jako jedno z największych zagrożeń. Branża ma bowiem za sobą kilka trudnych lat zmagania się z przerwami w łańcuchach dostaw, inflacją i wysokimi stopami procentowymi, a swoje dorzucił też Donald Trump walcząc z wiatrakami w USA.
„The Economist” wskazuje, że przez wiele lat duży popyt wewnętrzny pozwalał chińskim chińskim producentom koncentrować się na rodzimym rynku. Jednak już w 2024 roku ich moce produkcyjne zaczęły przewyższać inwestycje w nowe wiatraki w Chinach, a to zaczęło być widoczne w słabszych wynikach finansowych sektora.
W tej sytuacji najwięksi dostawcy, m.in. Mingyang czy Goldwind, postawili mocniej wyjść na rynki eksportowe. W rezultacie, jak szacuje firma konsultingowa Wood Mackenzie, w 2025 roku poza Chinami zainstalowali turbiny o łącznej mocy 9 GW wobec zaledwie 2 GW w 2024 roku. Dotychczas zamówienia trafiały na mniej rozwinięte rynki, ale coraz bardziej widoczny jest nacisk na Europę.
W połowie ubiegłego roku wydawało się, że pierwszy duży sukces osiągnie Mingyang, który został wybrany przez niemiecką firmę Luxcara do dostarczenia morskich turbin. Jednak po wewnętrznych naciskach Luxcara postanowiła jednak zlecić dostawy Siemensowi.
Niemniej niewiele później Mingyang poinformował o współpracy z brytyjską firmą Octopus Energy, która docelowo ma objąć nawet turbiny o łącznej mocy 6 GW. Chińczycy zapowiadają też wydanie 1,5 mld funtów na fabrykę w Szkocji.
Na razie nie można jeszcze mówić o dużej ekspansji, a chińskim firmom z pewnością nie będą tego ułatwiać europejscy producenci, którzy nie chcą, aby spotkał los podobny do tego, którego doświadczył przemysł fotowoltaiczny w Europie.
Dlatego z kręgów branżowych, jak i politycznych, płynie coraz więcej nawoływała do ochrony rynku przed nierówną konkurencją z Chin. Wśród padających argumentów są nie tylko te dotyczące subsydiowania chińskich eksporterów, ale również te związane z bezpieczeństwem infrastruktury energetycznej – zarówno pod względem dostępu do danych, jak i ryzyka zewnętrznego wpływu na pracę turbin, a przez to destabilizację systemów elektroenergetycznych.
Być może protekcjonizm i obawy o bezpieczeństwo ostatecznie uniemożliwią chińskim gigantom produkującym turbiny podbój kontynentu. Endri Lico z Wood Mackenzie ocenia, że w 2025 roku zdobyli oni około 18 procent światowego rynku poza Chinami – trzykrotnie więcej niż w 2024 roku.
– Jednak w Europie, gdzie ich obecność jest wciąż ograniczona, otrzymali oni jasny sygnał polityczny, że są niemile widziani. To sprawi, że realizacja ambicji pełnej dekarbonizacji stanie się jeszcze trudniejsza – konkluduje brytyjski tygodnik.
Zobacz też: Fotowoltaika bez Chin – są wyniki pierwszej aukcji „odpornościowej”
Silniki lotnicze sposobem na kolejki po turbiny gazowe
Deweloperzy centrów danych coraz częściej sięgają po turbiny pochodzenia lotniczego, a także agregaty prądotwórcze. W ten sposób chcą ominąć długie kolejki – zarówno te po duże turbiny gazowe, jak i te związane z oczekiwaniem na przyłączenie do sieci – donosi „Financial Times”.
Dziennik wskazuje, że choć są to mniej efektywne źródła energii niż klasyczne turbiny, to firmy sięgają po takie rozwiązania, gdyż w USA trwa boom związany z rozwojem sztucznej inteligencji. Natomiast kluczowe znaczenie w tym wyścigu ma to, kto szybciej odda do użytku swoje centra danych i zapewni im dostawy energii.
Jednak czas oczekiwania na przyłączenie do sieci w niektórych częściach kraju wynosi nawet siedem lat, a najwięksi dostawcy turbin gazowych mają już zarezerwowane moce produkcyjne na najbliższe kilka. Dlatego silniki lotnicze oraz agregaty stają się sposobem na szybsze uruchomienie centrów, nim zyskają one dostęp do sieci lub zostaną wyposażone w wydajniejsze źródła energii.
Przykładowo GE Vernova dostarcza firmie Crusoe, deweloperowi centrów danych, turbiny pochodzenia lotniczego o mocy blisko 1 GW, które mają zasilać obiekty budowane w Teksasie w ramach projektu Stargate, rozwijanego przez OpenAI, Oracle i SoftBank. GE Vernova podaje, że zamówienia na tego typu po trzech kwartałach 2025 roku były o jedną trzecią wyższe niż w analogicznym okresie minionego roku.
Z kolei firma ProEnergy, mająca w ofercie 50-megawatowe turbiny bazujące na silnikach lotniczych, sprzedała do centrów danych urządzenia o łącznej mocy ponad 1 GW. Natomiast działający w branży lotniczej startup Boom Supersonic chwali się zamówieniami na 1,2 GW.
„Financial Times” podkreśla, że mocno rośnie też popyt na agregaty prądotwórcze, dotychczas wykorzystywane przede wszystkim jako zasilanie awaryjne. Beneficjentem jest m.in. koncern Cummins, który zebrał od deweloperów centrów danych zamówienia na przeszło 39 GW.
Zwiększone wykorzystanie zasilanych olejem napędowym agregatów budzi obawy pod względem zwiększenia emisji i zanieczyszczenia środowiska. Lokalne i federalne organy regulacyjne nakładają ograniczenia dotyczące ich, ale część władz luzuje przepisy względem centrów danych.
Sekretarz ds. energii Chris Wright zasugerował również możliwość awaryjnego wykorzystania agregatów w centrach danych lub innych obiektach w sytuacji, gdyby dostaw energii wymagał system elektroenergetyczny.
Zobacz także: Podsumowanie 2025 roku w energetyce
