Spis treści
300 zł/rok za CO2 z produkcji prądu z węgla i gazu
W 2025 roku przeciętna polska rodzina pobrała ok. 2000 kWh prądu, co wiązało się z emisją ok. 1 tony CO2 o wartości 300 zł. To koszt ETS, którego Pan prof. Przemysław Czarnek nie może znaleźć na swojej fakturze za prąd.
Te 300 zł, to koszt wynikający z wysokiej emisyjności produkcji prądu w Polsce. Koszt generowany przez energetykę węglową i gazową.

600-800 zł/rok za dotacje do utrzymania kopalń węgla
Ale to nie jedyny rachunek za węgiel, jaki płacimy. Kolejne 600-800 zł rocznie każda polska rodzina wydaje na dopłaty do śląskiego górnictwa węglowego, któremu rząd Zjednoczonej Prawicy (z udziałem ministra Czarnka) zagwarantował utrzymanie miejsc pracy bez względu na koszty.

Miliardy na koszty leczenia
Do tego należy doliczyć jeszcze koszty wcześniejszych emerytur górniczych, koszty deputatów węglowych, koszty rekultywacji terenów pokopalnianych, koszty szkód górniczych, których spółki węglowe nie są w stanie pokryć w całości itd. A także koszty jakie ponosi jedyna rentowna kopalnia w kraju – LW Bogdanka, która musi ograniczać dochodową produkcję, aby na rynku zmieścił się dotowany węgiel ze Śląska.
Ale to wciąż nie koniec rachunku. Trzeba doliczyć do tego także koszty leczenia, wynikające z emisji dymu z domowych kotłów. Dość powiedzieć, że badania kliniczne wykazały, że dzieci z Rybnika mają węgiel we krwi… dosłownie. Cząstki sadzy u maluchów na Śląsku przenikają z płuc do krwi, a dalej do nerek i mózgu. Liczba małych pacjentów onkologicznych w miastach o wysokim poziomie smogu jest wyraźnie większa. To koszty jakie ponoszą miliony polskich rodzin w efekcie polityki gospodarczej PRL i III RP.
1300 zł dopłaty do rachunków w 2023
I na tym wciąż nie koniec. Trzeba też doliczyć dopłaty do rachunków za prąd, wynikające ze wzrostu cen węgla i gazu (przy jednoczesnym spadku cen CO2) po napaści Rosji na Ukrainę. Wywołany wojną kryzys paliw kopalnych sprawił, że prąd dla gospodarstw domowych (jeszcze bez dystrybucji) podrożał z 40 gr/kWh w 2022 roku do ponad 1 zł/kWh w 2023 roku.
Aby wzrost był mniej odczuwalny, ponad połowa tej ceny była pokrywana z budżetu. To oznacza, że tylko w 2023 roku każdy odbiorca prądu w naszym kraju dopłacił sobie sam do swojego rachunku (za pomocą budżetu państwa) po 1300 złotych. Był to rachunek za uzależnienie od paliw kopalnych i wahania ich cen na światowych rynkach.
1300 zł rocznie na import ropy, paliw i gazu
A przecież węgiel to nie jedyny koszt. Przeciętna polska rodzina co roku przeznacza ok. 1000 zł na import ropy naftowej, benzyny, diesla i LPG z Arabii Saudyjskiej, USA i innych państw świata. To pieniądze, które bezpowrotnie co roku wypływają z naszych kieszeni i są dosłownie przepalane, zamiast inwestowane w krajową produkcję energii elektrycznej i ładowanie aut elektrycznych, czy zasilanie elektrycznych autobusów. Auta na prąd, choćby z polskiego węgla, są znacznie lepszą opcją ekonomiczną i zdrowotną.
Na koniec dodajmy jeszcze 300 zł rocznie za import gazu ziemnego, dla pełnego obrazu domowych rachunków przeciętnej polskiej rodziny.

5 zł rocznie za „stare” OZE
Ach, prawie byśmy zapomnieli! Przecież mamy jeszcze dotacje do OZE! Przeciętna polska rodzina płaci 5 zł rocznie tytułem wsparcia dla farm wiatrowych i elektrowni na biomasę, które powstały w ramach tzw. systemu zielonych certyfikatów.
15 zł rocznie na nowe OZE
Na tym nie koniec. Nowe źródła odnawialne wspierane są w systemie aukcji OZE. Niektóre dopłacają nam do tego, że produkują, a inne otrzymują od nas wsparcie. W sumie bilans jest taki, że to my dopłacamy im po 15 zł rocznie. Ta opłata widoczna jest na rachunku za prąd pod pozycją „opłata OZE”. Każdy może ją odszukać i zobaczyć ile wydał w poprzednim miesiącu czy dwóch na wsparcie „zielonych” elektrowni. Zwykle będzie to ok. złotówki miesięcznie

200 zł/rok na elektrownie węglowe i gazowe
Do tego wypada jeszcze dodać opłatę finansującą nie nowe, lecz istniejące, elektrownie. Opłata mocowa (zwykle nieco ponad 17 zł miesięcznie na rachunku odbiorcy domowego) trafia dziś w większości do starych elektrowni węglowych i nowych gazowych. W kolejnych latach coraz więcej z tej publi będzie też wspierać magazyny energii.
Część komentatorów próbuje przypisać Rynek Mocy do kosztów rozwoju energetyki odnawialnej, jednak w rzeczywistości to kontynuacja sposobu finansowania energetyki stosowanego w Polsce – w różnych formach – od ponad stu lat. Otóż, że względu na wysoką kapitałochłonność inwestycji w nowe elektrownie, długi okres zwrotu i problemy z bankowalnością takich projektów, od zawsze (z nielicznymi wyjątkami o podłożu politycznym) stawiano je w oparciu o długoletnie kontrakty.
W XIX wieku i w 20-leciu międzywojennym finansowanie inwestycji zapewniały 30-,40-, a nawet 50-letnie koncesje z gwarantowanymi cenami sprzedaży prądu. Za PRL inwestycje, a nawet bieżące utrzymanie elektrowni, pokrywane były z dotacji budżetowych. Na początku lat 90. utrzymanie elektrowniom zapewniał model centralnego kupującego (ang. single buyer), jakim były PSE. A od połowy lat 90. do wejścia do UE narzędziem tym były kontrakty długoterminowe (KDT) zawierane z PSE. Od 2008 roku zastąpiły je rekompensaty za tzw. koszty osierocone.
Ponieważ nowe projekty nie były objęte rekompensatami, to już 5 lat później PGE wstrzymała rozbudowę Elektrowni Opole i zaczęła naciskać na wprowadzenie płatności za moc, jako źródła finansowania nowych inwestycji. Dla jasności, ówczesny udział farm wiatrowych i słonecznych w produkcji prądu w Polsce wynosił 3,7% i był bez większego znaczenia dla powstania Rynku Mocy.
Potrzeba większej transparentności
Co prawda postulowanie wypisywania na rachunku za prąd kosztów ETS to czysty populizm i nie pierwszy taki zabieg. Właśnie z powodu takiego populizmu mamy dziś na rachunku za prąd aż 9-10 składników cenowych, w których nikt nie potrafi się połapać, bo politycy chcieli, aby były tam odnotowywane wszystkie systemy wsparcia i składniki opłat. W efekcie na fakturze za prąd mamy zbiór kosztów na poziomie np. 84 groszy miesięcznie (opłata OZE), 35 groszy miesięcznie (opłata kogeneracyjna), czy… 0 zł miesięcznie (opłata przejściowa).
Na marginesie warto odnotować, że ustawa, która miała te rachunki uprościć, została zawetowana niedawno przez prezydenta Nawrockiego.

Jednak profesor Przemysław Czarnej ma rację, że polskiej energetyce przydałaby się większa transparentność. Dajmy spokój ludziom, którzy chcą zrozumieć swoje rachunki za prąd i przestańmy wypisywać wszystko na fakturach. Jednak rządowa strona, na której znaleźlibyśmy emisyjność produkcji prądu w kraju i wynikające z niej koszty ETS? Jak najbardziej. Do tego powinniśmy dodać coroczne dokładnie sprawozdanie państwowego Zarządcy Rozliczeń z każdego z systemów dopłat, jaki obsługuje.
Od dawna sami zabiegamy także o to, aby PSE czy rząd publikowali informacje nt. tego kto, na co i w jakim okresie otrzymuje płatności z Rynku Mocy (zobacz: Za co płacimy miliardy złotych opłaty mocowej? Fajnie byłoby wiedzieć…).
Do elektryfikacji potrzeba taniego prądu
Profesor Czarnek, podobnie zresztą jak środowisko doktora Nawrockiego, mają także rację co do tego, że wysokie koszty energii elektrycznej nie służą ani gospodarce, ani obywatelom. Aby zastąpić samochody spalinowe autami elektrycznymi potrzebujemy ładowarek i taniego prądu. Aby zastąpić kotły węglowe i gazowe pompami ciepła, potrzebujemy taniego prądu. Aby rozwijać elektryfikację przemysłu, sztuczną inteligencję i robotyzację, potrzebujemy taniego prądu.
Nie tak taniego, jak w stanie wojennym, gdy był za bezcen, ale w komplecie ze stopniami zasilania i wirującym blackoutem, tylko na tyle taniego, aby z łatwością konkurował z importowanymi paliwami kopalnymi, ułatwiając transformację energetyczną.

