Spis treści
Blokada Ormuzu może się obrócić przeciwko Teheranowi
Iran blokując Cieśninę Ormuz trzyma w trudnym położeniu Donalda Trumpa oraz sojuszników USA. Jednak ten szantaż tylko przyspiesza działania państw Zatoki Perskiej związane z budową alternatywnych tras transportu ropy – pisze Javier Blas, publicysta Bloomberga.
Blas podkreśla, że przeciągając blokadę Teheran ryzykuje utratę strategicznej przewagi związanej z Cieśniną Ormuz, co może nastąpić nastąpić do 2030 roku.
Jednocześnie zwraca uwagę, że tę świadomość mają ważni urzędnicy, jak Mohammad Bagher Ghalibaf, przewodniczący irańskiego parlamentu i główny negocjator, który na początku lipca stwierdził, że „Cieśnina jest cenna, gdy ruch przez nią rośnie z dnia na dzień, a nie wtedy, gdy maleje”.
Mimo tego Iran postępuje na przekór temu, co mówi Ghaliba i atakuje tankowce. W ten sposób utwierdza tylko kraje Zatoki Perskiej oraz największych importerów ropy z tego regionu, czyli Chiny i Japonię, że jedynym sposobem na zagwarantowane stabilnych dostaw surowca w przyszłości jest budowa nowych rurociągów.
Oczywiście Teheran krótkoterminowo może cieszyć się z efektów swoich działań, bo ceny ropy rosną, a amerykańscy wyborcy są coraz bardziej sfrustrowani prezydenturą Donalda Trumpa. Jednak ci, którzy są najbardziej dotknięci blokadą, czyli eksporterzy ropy, otrzymują jasny sygnał, że muszą szukać alternatyw dla szlaku handlowego przez Cieśninę Ormuz.
Javier Blas wylicza, że 17 mln baryłek dziennie, które wysyłano przed wojną tankowcami, już około 5 mln baryłek przekierowano na istniejące rurociągi. Teraz pozostało wybudować nowe rurociągi, które przetransportują pozostałe 12 mln baryłek, a w praktyce może nawet nieco mniej, biorąc pod uwagę potencjalny spadek popytu na paliwa w przyszłej dekadzie.
Powinny powstać one maksymalnie w ciągu kilku lat, jeśli rządy będą szybko podejmować decyzje. Budowa rurociągów nie należy we współczesnych czasach do dużych wyzwań inżynieryjnych. Jeśli już, to więcej wysiłku mogą wymagać uzgodnienia na szczeblu politycznym w przypadku tych inwestycji, które będą miały transgraniczny przebieg.
– Wojna jeszcze trochę potrwa, a Iran może wygrać kilka bitew. Jednak do 2030 roku Cieśnina Ormuz nie będzie już głównym punktem zapalnym dla dostaw ropy. Ghalibaf zdaje sobie z tego sprawę, stąd postrzega ten szlak jako cenny atut, o ile nadal będzie on kluczową trasą dla transportu ropy. Nie jest jednak jasne, czy jego towarzysze broni z Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej zdają sobie z tego sprawę – konkluduje publicysta Bloomberga.
Zobacz również: Chiny elektryfikują przemysł znacznie szybciej niż Europa
Europa swoją „Cieśninę Ormuz” ma na Renie
Przez dekady bezpieczeństwo energetyczne Europy zależało od rurociągów, tankowców i dyplomacji. Teraz coraz częściej może być kształtowane przez opady deszczu i poziom wody w rzekach – podkreśla Gavin Maguire, komentator Reutersa.
Jego zdaniem traderzy, analitycy i decydenci, którzy od kilku miesięcy swoją uwagę skupiają przede wszystkim na tym, co dzieje się w Zatoce Perskiej, powinni również śledzić sytuację na Renie czy Dunaju. Bezpieczeństwo dostaw zależy bowiem nie tylko od napięć pomiędzy Waszyngtonem a Teherenem, ale również od poziomu wody na kluczowych europejskich rzekach.
Te natomiast spadły do poziomów najniższych od wielu lat, wcześniej spotykanych w trakcie długich okresów suszy, co odbija się na transportowej przepustowości rzek. Maguire wskazuje, że są one „ukrytymi arteriami” europejskiego systemu energetycznego.
– Paliwa importowane przez Rotterdam, Antwerpię czy Amsterdam nadal muszą być transportowane w głąb lądu do rafinerii, elektrowni, zakładów chemicznych i innych odbiorców. Kiedy susza zmniejsza ładowność barek, każda tona węgla, oleju napędowego, benzyny czy chemikaliów wymaga większej liczby barek, a czas dostawy i koszty rosną – zaznacza komentator Reutersa.
Przypomina przy tym, że sytuacja jest o tyle niekorzystna, że problemy z żeglugą śródlądową pojawiają się wtedy, gdy dostawy z Bliskiego Wschodu są ograniczone, a ceny surowców energetycznych rosną. W efekcie nawarstwiają się czynniki, które podnoszą ryzyko związane z kosztem i bezpieczeństwem dostaw, co może mieć istotny wpływ m.in. na rentowność produkcji przemysłowej.
Ren jest najważniejszym śródlądowym szlakiem wodnym w Europie. Sam niemiecki przemysł wykorzystuje go do transportu około 200 mln ton towarów rocznie, w tym paliw i surowców dla przemysłu. Niektórzy operatorzy z powodu niskiego wody odnotowują obecnie spadek przewozów nawet o 80%. Podobne przypadki dotyczą Dunaju.
Natomiast wykorzystywanie alternatywnych środków transportu – drogowego i kolejowego – sprawia, że cała logistyka staje się droższa i mniej wydajna, gdyż drogi oraz sieć kolejowa również mają swoją przepustowość.
– Wyższe ceny ropy naftowej zazwyczaj można zniwelować, a tymczasowe zakłócenia w żegludze morskiej czy śródlądowej obejść. Jednak gdy wszystkie trzy czynniki pojawią się jednocześnie, to system energetyczny staje się znacznie mniej odporny – podkreśla Gavin Maguire i obrazowo porównuje to zwężającego się lejka.
Zobacz także: Kto płaci za prąd najwięcej a kto zyskał na taryfach dynamicznych?
Australia na potęgę instaluje chińskie magazyny energii
W Australii zainstalowano już przeszło 600 tysięcy domowych magazynów energii, a do 2030 roku planowane jest osiągnięcie poziomu blisko 2 mln. Inwestycje nakręca rządowe wsparcie oraz przekierowanie eksportu chińskich urządzeń w związku z wojną handlową pomiędzy Waszyngtonem a Pekinem – analizuje „Financial Times”.
Dziennik wskazuje, że Australia stała się jednym z najszybciej rozwijających się na świecie rynków magazynowania energii, a wiosną tego roku w niektórych miesiącach odpowiadała za niemal 10% nowych baterii oddawanych do użytku. Natomiast pod względem importu tych urządzeń wyższy popyt notują tylko Niemcy oraz USA.
Firma konsultingowa Rystad szacuje, że licząca łącznie około 28 mln mieszkańców Australia przekroczyła już 2 GWh pojemności magazynów energii na milion mieszkańców. W tym roku każdego dnia średnio jest instalowanych około dwóch tysięcy baterii, co pomaga w wykorzystaniu nadwyżek energii produkowanej w prosumenckich instalacjach fotowoltaicznych, których w całym kraju jest około czterech milionów.
„Financial Times” wskazuje, że popyt na na magazyny rozpędziły wprowadzone w ubiegłym roku rządowe dopłaty o wartości 7 mld dolarów australijskich (blisko 5 mld dolarów amerykańskich), które następnie zostały skorygowane, aby nieco ostudzić rozgrzany rynek. Jednocześnie rośnie również segment wielkoskalowych magazynów energii – w trakcie budowy lub na etapie zamykania finansowania znajduje się blisko 140 projektów.
Według wyliczeń krajowego operatora sieci elektroenergetycznej gospodarstwa domowe wyposażone we własne instalacje fotowoltaiczne oraz baterie z sieci pobierają średnio nawet o 80% mniej energii od tych prosumentów, którzy nie mają magazynów Dzięki rozwojowi baterii ceny energii w pierwszym kwartale 2026 roku spadły o 12%.
Aktualnie OZE odpowiadają za około połowę wytwarzanej w Australii energii elektrycznej. Według planów rządu do 2030 roku ma to być 82%.
Zobacz też: Baterie mogą przyciąć finansową kroplówkę dla elektrowni węglowych
Centra danych podkręcają ceny energii w USA
Gospodarstwa domowe oraz firmy podłączone do sieci PJM, największego amerykańskiego operatora sieci elektroenergetycznej, będą musiały zapłacić za energię o przeszło 6 mld dolarów więcej. Przyczyną jest wzrost zapotrzebowania ze strony centrów danych – informuje „The New York Times”.
Dziennik odnosi się do wyników najnowszej aukcji rocznej na zakup energii, której dostawy mają rozpocząć od czerwca 2028 roku. Łączna wartość aukcji wyniosła 16,4 mld dolarów, z czego 6,3 mld dolarów ma przypadać na wzrost zapotrzebowania ze strony centrów danych, które masowo powstają na terenie PJM w związku z boomem inwestycyjnym w sektorze sztucznej inteligencji.
PJM dostarcza energię do 67 mln klientów na obszarze trzynastu stanów, w tym w Wirginii, gdzie rozwija się największe na świecie zagłębie centrów danych. Operator podkreśla, że popyt energię rośnie szybciej niż jej podaż, gdyż nowe centra powstają znacznie szybciej niż są oddawane do użytku nowe źródła wytwórcze.
Jednocześnie rośnie opór społeczny związany z kolejnymi inwestycjami koncernów technologicznych, co również coraz mocniej oddziałuje na politykę. PJM wskazuje, że wraz z rządem i branżą próbuje wypracować rozwiązania, które ustabilizują sytuację. Tymczasem w tym miesiącu władze Nowego Jorku ogłosiły pierwsze w kraju roczne moratorium na budowę kolejnych wielkoskalowych centrów danych.
Według wyliczeń ekspertów – uwzględniających wyniki poprzednich trzech aukcji przeprowadzonych przez PJM – w latach 2025-2028 dodatkowe koszty dla odbiorców, związane z popytem na energię dla centrów danych, wyniosą blisko 30 mld dolarów.
Zobacz również: Setki miliardów na inwestycje w sieci. Kto to wszystko zrobi?

