Spis treści
Zielony wodór będzie marginesem w niemieckich elektrowniach
Choć Niemcy planują budowę 11 GW mocy w nowych elektrowniach gazowych przystosowanych do spalania wodoru, to docelowo wykorzystanie tego surowca w energetyce będzie niewielkie – donosi Montel.
Portal powołuje się na analizy firmy konsultingowej DNV, według której tylko jedna czwarta projektowanych mocy w gazówkach będzie – zgodnie z założeniami niemieckiego rządu – wykorzystywać zielony wodór w perspektywie 2050 roku. Chodzi zarówno o opalanie bloków wyłącznie tym czystym paliwem, jak i w postaci mieszanki z gazem ziemnym.
DNV ocenia, że do połowy wieku zielony wodór – czyli pozyskiwany w zasilanym OZE procesie elektrolizy – będzie odpowiadał za 8,5 TWh wyprodukowanej rocznie energii, co przekłada na 0,7% w ogólnej produkcji. Mimo tak niskiego udziału energetyka i tak będzie miała znaczący udział w niemieckim zapotrzebowaniu na wodór.
Montel zaznacza, że zielony wodór jest wielokrotnie droższy od gazu ziemnego – mimo, że jego ceny aktualnie są dosyć wysokie z uwagi na skutki wojny na Bliskim Wschodzie.
Niemniej ostatni kryzys i tak nie stanowił zachęty do tego, aby pobudzić inwestycje w produkcję ekologicznego paliwa. Mimo ambitnych planów rozwoju gospodarki wodorowej w Unii Europejskiej wciąż trudno o biznesowe uzasadnienie projektów.
Według cytowanych przez portal ekspertów krótkoterminowe wzrosty cen paliw kopalnych nie są czynnikiem, które mogłyby przekonać przemysł do angażowania się w kosztowne i ryzykowne inwestycje bez długoterminowego wsparcia i stabilnej strategii związanej z transformacją energetyczną.
Według założeń pierwsze z planowanych w Niemczech nowych elektrowni gazowych mają zostać uruchomione do 2031 roku. Rynek nie spodziewa się, aby w przyszłej dekadzie któraś z nich zaczęła wykorzystywać zielony wodór.
Natomiast podkreślanie, że jednostki te będą technicznie „gotowe na wodór” stanowi tylko puste hasło, jeśli nie idą za tym realne mechanizmy determinujące wykorzystywanie tego paliwa.
Zobacz także: Włosi mogą z przytupem wrócić na budowę polskich elektrowni
Big Techy naciskają KE, aby obniżyła wymogi dla centrów danych
Nacisk dużych koncernów technologicznych na Komisję Europejską najpewniej okaże się skuteczny i plany dotyczące wprowadzenia rygorystycznych wymogów wobec centrów danych zostaną złagodzone – informuje „Financial Times”.
Dziennik zaznacza, że Unia Europejska stara się zrównoważyć swoje cele klimatyczne z ambicjami dotyczącymi zwiększenia konkurencyjności i rozwoju nowych technologii, w tym sztucznej inteligencji. Dlatego przepisy, które docelowo miały się przyczynić do przeciwdziałania wpływowi centrów danych na klimat zostaną złagodzone.
Chodzi o zaproponowany przed kilkoma miesiącami system oceny centrów pod względem efektywności energetycznej i zużycia wody, budzący nieco skojarzenia z tym spotykanym np. przy urządzeniach dla gospodarstw domowych.
Dotychczasowy projekt przewidywał, że centra danych będą mogły kompensować emisje z paliw kopalnych wyłącznie poprzez inwestowanie w świadectwa pochodzenie energii ze źródeł OZE. Takich, które zostały uruchomione w ciągu ostatniej dekady oraz wytwarzały energię mniej więcej w tym samym czasie i miejscu, jak potrzebujące tej energii centra.
Według „Financial Times” KE ma te wymogi złagodzić, na co wpłynęły oczekiwania największych koncernów technologicznych, m.in. takich jak Amazon czy Microsoft, a także branżowej organizacji European Data Centre Association. Zdaniem tych podmiotów takie przepisy mogą przyczynić się do dużego wzrostu kosztów związanych z eksploatacją centrów danych.
Zaktualizowana wersja projektu rozporządzenia ma zawierać bardziej korzystne dla sektora rozwiązania. W efekcie dalej będzie można np. redukować emisje pracującego w nocy centrum danych w Niemczech certyfikatami dla energii wyprodukowanej w ciągu dnia przez hiszpańską farmę fotowoltaiczną. Rozważane jest też wprowadzenie certyfikatów dla energii jądrowej, co premiowałoby takie kraje jak Francja.
Według niektórych ekspertów złagodzone przepisy nie będą korzystne ani pod względem ochrony klimatu, ani redukcji europejskiego importu paliw kopalnych.
– Jeśli centra danych nie będą zasilane nowymi, lokalnymi źródłami OZE, dostosowanymi do profilu zapotrzebowania centrów na energię, to doprowadzą do wzrostu popytu na importowany gaz i wyższych cen energii – ocenia Killian Daly, dyrektor wykonawczy think tanku EnergyTag.
Zobacz też: Czy polskie i europejskie sieci ugną się pod naporem centrów danych?
ETS bez inwestycji nie będzie skuteczny
Europejski system handlu emisjami będzie skuteczny tylko wtedy, gdy będzie mu towarzyszyć szybszy rozwój infrastruktury oraz inwestycje wspierające dekarbonizację energetyki i przemysłu – uważa Josephine Steppat, analityczka portalu Montel.
W ten sposób odnosi się do dyskusji na temat zmian w ETS, m.in. reformy Rezerwy Stabilności Rynkowej (MSR), która dostosowuje podaż uprawnień do sytuacji na rynku.
Steppat zwraca uwagę, że niektórzy obawiają się poluzowania tego mechanizmu, gdyż to osłabi rolę ETS jako czynnika mobilizującego do ograniczania emisji CO2. Natomiast druga strona sporu, zwłaszcza przemysł energochłonny, podkreśla, że wysokie ceny uprawnień osłabiają konkurencyjność unijnej gospodarki.
Zdaniem analityczki obawy obu stron są uzasadnione, ale żadna z obu opcji nie stanowi recepty na rozwiązanie problemu. Co prawda w sektorze energetycznym już mocno spadły, ale duża część przemysłu ma trudności z dalszą dekarbonizacją, m.in. hutnictwo, chemia czy cementownie.
Techniczne możliwości istnieją, ale brakuje odpowiedniej infrastruktury oraz pieniędzy na inwestycje. Dotyczy to chociażby wykorzystania zielonego wodoru, czy wychwytywania i składowania CO2.
W obu przypadkach wciąż nie rozpoczęto budowy rurociągów przesyłowych, a pilotażowe instalacje wykorzystujące czysty wodór, czy też wychwytujące CO2 powstają tylko w nielicznych fabrykach. Trudno o pozyskanie finansowania dla dużych inwestycji, procedury administracyjne trwają latami, a przyszła opłacalność projektów budzi wiele wątpliwości.
Josephine Steppat ocenia, że krytyka ETS byłaby znacznie mniejsza, gdyby sprawniej wdrażano inwestycje infrastrukturalne wiązane z dekarbonizacją, a do uruchamiania projektów motywowały odpowiednie systemy wsparcia.
Jej zdaniem dobry przykład może stanowić program wdrożony chociażby przez Włochy, gdzie rekompensaty kosztów energii dla przemysłu energochłonnego są warunkowane wydaniem oszczędności na inwestycje w OZE. Steppat wskazuje, że w podobny sposób powinno się także warunkować ewentualne przedłużenie przydziału bezpłatnych uprawnień do emisji, czego domaga się przemysł.
Zobacz także: Rachunek za prąd: 1000 zł na węgiel, 20 zł na OZE
Chińczycy porzucają fabryki czystych technologii w USA
Od 2025 roku chińskie firmy anulowały, wstrzymały lub sprzedały projekty dotyczące czystych technologii w USA o wartości niemal 9 mld dolarów – analizuje „The Economist”.
Tygodnik wskazuje, że niektóre z inwestycji były sprzedawane nawet z 40-procentowym dyskontem. Główną przyczyną są zmiany w przepisach, wprowadzone w lipcu 2025 roku przez administrację Donalda Trumpa, które wykluczają inwestycje chińskich firm z mechanizmów wsparcia. Wśród nich są m.in. ulgi podatkowe związane z produkcją paneli fotowoltaicznych czy baterii.
Wcześniej, w latach 2022-2024, chińskie inwestycje w czyste technologie w USA rosły mimo pogarszających się relacji na linii Waszyngton-Pekin, osiągając wartość ponad 15 mld dolarów – dziewięciokrotnie więcej niż w poprzednich czterech latach.
Dla firm z Państwa Środka projekty te stanowiły sposób na dywersyfikację biznesu poza coraz bardziej nasyconym rynkiem chińskim. Ponadto do ekspansji w USA zachęcały właśnie subsydia wprowadzone w czasach prezydenta Joe Bidena, które wywołały falę inwestycji w fabryki czystych technologii.
„The Economist” wylicza, że chociażby w przypadku fotowoltaiki pozwoliło to zwiększyć produkcję o połowę – do 65 GW w 2025 roku, z czego producenci związani z Chinami stanowili 25 GW.
Teraz, jak wskazuje tygodnik, te nowe fabryki, wyposażone w chińskie linie produkcyjne, są przejmowane po okazyjnych cenach przez amerykańskie firmy. Wśród nich są m.in. aktywa takich koncernów jak Trina Solar – jednego z największych producentów paneli fotowoltaicznych na świecie.
Nie oznacza to jednak, że przejętym fabrykom będzie łatwo uniezależnić się od chińskiego dziedzictwa. Jest to spowodowane m.in. wymogiem dotyczącym unikania chińskich łańcuchów dostaw, co bywa trudne i kosztowne w przypadku produkcji czystych technologii. Obecnie przepisy nakazują, aby udział dostaw z Państwa Środka nie przekraczał 50%, a w 2030 roku będzie to już tylko 15%.
Tymczasem Chińczycy produkują m.in. 95% światowego polikrzemu, głównego surowca do produkcji paneli PV. W efekcie amerykańskie firmy coraz głośniej akcentują potrzebę uruchomienia wsparcia dla inwestycji pozwalających zmniejszyć zależność od chińskich łańcuchów dostaw.
Zobacz również: Repowering starych wiatraków w Polsce furory nie zrobi
