Prezes URE nie uwolni cen dla gospodarstw domowych. Czy zrobią to rząd i parlament?

Prezes URE nie uwolni cen dla gospodarstw domowych. Czy zrobią to rząd i parlament?

Koniec taryf dla gospodarstw domowych zatwierdzanych przez Urząd Regulacji Energetyki jest nieuchronny, ale nikt nie chce wziąć na siebie odpowiedzialności za uwolnienie cen. Prąd jest bardziej polityczny niż masło czy cebula

Co roku jesienią trwa „koński targ” prezesa Urzędu Regulacji Energetyki z czterema państwowymi grupami energetycznymi o taryfy dla  gospodarstw domowych.

I co roku powtarza się ten sam rytuał- spółki składają wnioski o podwyżki o kilkanaście proc., uzasadniane z reguły rosnącymi kosztami zakupu prądu na rynku hurtowym. Prezes URE nie widzi uzasadnienia, odsyła taryfy „do ponownego rozpatrzenia”, firmy nieco redukują swoje apetyty i taryfy są zatwierdzane. Wchodzi w życie podwyżka o kilka zł miesięcznie. Czasem jakaś spółka ma pecha i jej taryfa nie zostaje zatwierdzona w ogóle, obowiązuje więc stara, ale zdarza się to rzadko.

Do prądu dla gospodarstw domowych dopłacamy!

Spirala problemów, w jaką wpadły polskie grupy energetyczne, sprawia, że coraz częściej domagają się jednak zniesienia regulacji taryfy G. Dobitnie podkreślił to wczoraj wiceprezes PGE Paweł Strączyński podczas konferencji wynikowej.

Z naszych kalkulacji wynika, że taryfa G powinna zostać podniesiona o kilkanaście procent. Prezes URE nie uznaje dzisiaj w pełni rzeczywistych kosztów zakupu energii elektrycznej. Nie są uwzględniane realne koszty, które ponosi spółka PGE Obrót. Rozwój rynku prosumenckiego także spowodował dodatkowe, przez nikogo nie rekompensowane obciążenia w spółce PGE Obrót

Spółka pobiera opłatę wyłącznie za tzw. deltę energii, a ze spółką dystrybucyjną rozlicza się za całkowity obrót. My proponujemy taryfy socjalne, gdzie najubożsi konsumenci byliby objęci tymi taryfami, a spółki obrotu – po optymalizacjach kosztowych – stałyby się przedsiębiorstwami rentownymi”

- Liczymy, że taryfa G zatwierdzana przez prezesa URE będzie już pokrywała uzasadnione koszty prowadzenia przez nas działalności obrotowej. Dzisiaj nie ma takiego pokrycia. PGE Obrót notuje ujemne wyniki finansowe, notuje ujemną EBITDA i wymaga udzielania pożyczek przez spółkę matkę na utrzymanie swojej działalności gospodarczej- poinformował Paweł Strączyński.

Według wiceprezesa PGE Obrót po 9 miesiącach 2020 roku miała 176 mln straty netto.

Teoretycznie prezes URE Rafał Gawin mógłby uwolnić rynek  jedną decyzją. Taka próba już raz miała miejsce w 2007 r. , tuż przed wyborami. Ówczesny szef URE Adam Szafrański zniósł taryfy dla wszystkich podmiotów, w tym dla gospodarstw domowych, ale premier Jarosław Kaczyński pospiesznie odwołał go ze stanowiska, a jego następca, Mariusz Swora przywrócił cenniki, ale tylko dla gospodarstw domowych.

Niech uwolni rząd i Sejm

Obecnego prezesa URE odwołać nie można – nowa unijna dyrektywa gwarantuje mu dużo większą niezależność niż Szafrańskiemu. Ale w jego ślady Rafał Gawin iść nie zamierza. -  Jestem przeciwnikiem rezygnacji z zatwierdzania taryf dla odbiorców domowych – mówi w rozmowie z portalem WysokieNapiecie.pl. - To narzędzie służy przede wszystkim ochronie klientów, którzy chcą korzystać z taniego, podstawowego produktu.

A wolny rynek w obecnym kształcie nie jest w stanie zapewnić im takiej ochrony. Istnieje ryzyko, że wraz z rezygnacją z zatwierdzania taryf, ceny prądu dla gospodarstw domowych znacząco wzrosną. W mojej ocenie dalsze uwolnienie rynku możliwe jest wyłącznie w drodze ustawowej, przy czym wymagałoby wdrożenia skutecznego systemu ochrony odbiorców wrażliwych.

− Jeżeli odbiorcy uznają, że nie potrzebują już tej ochrony, tylko chcą skorzystać z jednej z wielu ofert rynkowych, mogą to zrobić w dowolnym momencie, rezygnując z taryfy zatwierdzanej przez regulatora i wybierając produkt oferowany na warunkach rynkowych – dodaje prezes URE.

Hydraulik z prądem

I rzeczywiście, odbiorcy robią to coraz częściej, do czego są usilnie zachęcani przez firmy energetyczne, które proponują im nowe umowy, zwane w żargonie sprzedawców „produktami”.  Do prądu dodawany jest po prostu jakiś towar lub usługa. To np.   dostępny 24/h elektryk lub hydraulik, ubezpieczenie, opieka medyczna – pomysłowość sprzedawców może być nieograniczona, limitem jest tylko opłacalność "produktu".

Typowa umowa „produktowa” wygląda tak: klient dostaje płaci 6-7 zł mniej za megawatogodzinę niż w cenniku URE. To daje  jakieś kilkanaście zł rocznie oszczędności. Ale za to płaci kilka-kilkanaście zł miesięcznie za ów „produkt” dodawany do prądu. Umowa jest też zwykle zawierana na dłużej niż rok. Firma energetyczna wychodzi więc na swoje dzięki „produktowi”, a klient ma dodatkową usługę. Czy z niej korzysta – to już inna sprawa.

Taryfy zatwierdzane przez URE miało na koniec czerwca 9,69 mln domostw. Na „produkty” przeszło już 4,5 mln. Jeśli doliczymy do tego 1,9 mln klientów Taurona na Śląsku oraz warszawskiego Innogy, którzy z powodu zawiłości prawnych wypadli z taryfowania już wiele lat temu  oraz 656 tys. klientów mniejszych sprzedawców, to w rezultacie okaże się, że 40 proc. klientów „zderegulowało się” samo.

Czytaj także: Ceny prądu uwalniają się same. Co trzeci klient nie korzysta z taryf zatwierdzanych przez URE

Taryfa dla ubogich

Czy w takim razie taryfy URE w ogóle są potrzebne? Prezes URE jest przekonany, że tak.

− Zgodnie z unijnymi dyrektywami konieczna jest ochrona odbiorców wrażliwych – i taki cel nasze taryfy wypełniają. Pozostali odbiorcy wybierają oferty na rynku i rezygnują z taryf regulowanych. Kluczową rolę w tym procesie odgrywają sprzedawcy energii – tłumaczy Rafal Gawin.

Czytaj także: Ceny prądu uwalniają się same. Co trzeci klient nie korzysta z taryf zatwierdzanych przez URE

Czy rzeczywiście to ci biedniejsi wybierają taryfy regulowane, a ci bogatsi i bardziej przedsiębiorczy przechodzą na produkty? Trudno coś takiego stwierdzić z pewnością, bo nikt tego nie badał.  O wyborze decyduje często przypadek, różnice w cenie rzędu kilku czy kilkunastu zł miesięcznie nie są w końcu aż tak wielkie, żeby setki tysięcy klientów szczegółowo analizowało różne możliwości.

Grupy trzymające prąd

Chyba największym problemem jest brak zaufania URE do transparentności grup energetycznych. − Podczas ostatniego postępowania prowadzonego przez URE w sprawie taryf, stawki pierwotnie zaproponowane we wnioskach największych sprzedawców energii znacząco odbiegały od kosztów uzasadnionych, które mógłbym zatwierdzić. Nie wiem dlaczego takie właśnie propozycje taryf przedstawiali mi sprzedawcy.

Być może chcieli w ten sposób rozwiązać problemy dotykające całych grup kapitałowych, w ramach których działają. Jednak taryfa na sprzedaż energii dla odbiorców w gospodarstwach domowych nie może służyć rozwiązywaniu takich problemów, o ochrona interesów odbiorców to jedno z zadań Prezesa URE – przestrzega Rafał Gawin.

Poprzedni prezes URE Maciej Bando powiedział nam, że „na odchodnym” w 2019 r. zastanawiał się czy nie uwolnić cen dla gospodarstw domowych – niczym już wówczas nie ryzykował. Ale ostatecznie nie zdecydował się na to, bo złożył dwa zawiadomienia do prokuratury o podejrzeniu manipulacji cenami hurtowymi przez państwowe grupy energetyczne. W takiej sytuacji uwolnienie cen byłoby nielogiczne.

Postępowanie toczy się od ponad roku, szanse na to, że prokuratura cokolwiek wyjaśni, są niewielkie.

Wkracza unijna dyrektywa

Tymczasem możliwości utrzymywania regulowanych cen prądu się kurczą. W 2021 r. wchodzi w życie unijna dyrektywa o rynku energii. Pozwala ona regulować ceny dla gospodarstw domowych i mikroprzedsiębiorców, ale pod określonymi warunkami. M.in. "muszą być muszą być ograniczone w czasie i proporcjonalne w odniesieniu do ich beneficjentów” a także nie mogą „prowadzić do bezpośredniego subsydiowania skrośnego między odbiorcami zaopatrywanymi po cenach wolnorynkowych a odbiorcami zaopatrywanymi po cenach regulowanych”.

Czytaj także: Były prezes URE ostrzega: likwidacja obliga giełdowego to nieuchronne podwyżki cen prądu

W Polsce de facto takie subsydiowanie występuje – za taryfę G dla gospodarstw domowych płacą mali i średni przedsiębiorcy (tzw. taryfa C). Przeciętny przedsiębiorca zużywa więcej prądu niż gospodarstwo domowe, a jednak cenę za 1 MWh ma wyższą.  W krajach UE, które przeszły już uwolnienie cen prądu, jest odwrotnie.

W projekcie zmian dostosowujących prawo energetyczne do nowych unijnych dyrektyw nie ma na razie żadnych wzmianek o tej kwestii. Nie ma także harmonogramu uwalniania rynku gospodarstw domowych, choć taki istnieje dla rynku gazu, znacznie bardziej zmonopolizowanego.

Według naszych informacji dodatkowymi elementami zniechęcającym prezesa URE do uwolnienia cen jest planowana konsolidacja wytwarzania w jednym podmiocie (tzw. NABE) oraz rządowe plany zniesienia obliga giełdowego, co pogorszy transparentność rynku. URE zauważa też, że  w 2019 r. kilku sprzedawców prądu splajtowało, co ograniczyło konkurencję na rynku.

Czytaj także: Czy polska energetyka wydzieli „toksyczne” aktywa?

Prąd bardziej polityczny od cebuli

Prezes URE oczekuje więc jasnej decyzji rządu i parlamentu, a rząd na razie nie wie co zrobić. Ceny prądu są wrażliwe politycznie, bo w oczach dużej części społeczeństwa odpowiada za nie państwo, czyli rząd. Ludzie narzekają na powszechną drożyznę, ale zdają sobie sprawę, że za ceny cebuli na bazarze czy masła w sklepie rząd już nie odpowiada. Z prądem jest jednak inaczej.

Czy jednak ubóstwo energetyczne należy wiązać z jego cenami? Przeciętne gospodarstwo domowe zużywa ok. 2 MWh prądu, za które płaci ok. 100-150 zł miesięczne, razem z dystrybucją.

Jeśli porównamy to z kosztami ogrzewania się węglem czy gazem, które wynoszą zimą kilkaset czy nawet powyżej tysiąca zł miesięcznie, to źródeł ubóstwa energetycznego należy szukać raczej tam. A jednak nikt nie mówi o powrocie do regulowanych cen węgla opałowego, który jest głównym źródłem ciepła dla najbiedniejszych mieszkańców.

Obecnych regulacji taryfy G trudno bronić z punktu widzenia sprawiedliwości i sensownej polityki społecznej. Utrzymując sztucznie regulowane ceny, państwo w taki sam sposób pomaga  osobie zarabiającej 10 tys. zł miesięcznie i emerytowi otrzymującemu 1600 zł miesięcznie.

Ochrona odbiorców wrażliwych przed podwyżkami jest bardzo potrzebna, ale przecież nikt rozsądny nie będzie utrzymywał, że w Polsce jest ich 9,6 mln. Jednak nikt nie chce wziąć odpowiedzialności za zmianę.

Niezdolność do podejmowania trudnych decyzji jest od kilku lat polską specjalnością w całym sektorze energetycznym.

Czytaj także: PGE chce żeby rząd odciął jej węglowy ogon. Rząd na razie tylko wymachuje nożem

Rynek energii wspiera

Zobacz także...

Komentarze

Patronat honorowy

Partnerzy portalu

PSE