PGG poczeka na decyzje do wyborów?

PGG poczeka na decyzje do wyborów?

Negocjacje między rządem i zarządem Polskiej Grupy Górniczej z jednej strony, a górniczymi związkowcami z drugiej strony, znalazły się w chwilowym klinczu. Związkowcy chcą wymusić na rządzie jakieś ustępstwa przed wyborami prezydenckimi, bo potem nie będą mieli już w ręku żadnych kart. Ale zagrywka związkowców prawdopodobnie trafi w próżnię.

Przypomnijmy, że  w poprzednim odcinku serialu "W węglowym kręgu" zarząd zaproponował zmniejszenie pensji o 20 proc. i pracę przez 4 dni w tygodniu. Dzięki temu spółka oszczędziłaby 55 mln zł miesięcznie. To pozwoliłoby sięgnąć po pieniądze z rządowej tarczy antykryzysowej – 70 mln zł miesięcznie przez trzy miesiące. Kolejne oszczędności ma przynieść cięcie inwestycji – PGG już  powypowiadała umowy z częścią dostawców. W sumie spółka ma oszczędzić 195 mln zł miesięcznie. Średnia pensja górnika dołowego po lutowej podwyżce pensji, nota bene kompletnie nieuzasadnionej, wynosi 7800 zł brutto.

Czytaj także: Polska Grupa Górnicza chce obniżyć pensje i prosi o pomoc rządową

Związkowcy zgodzili się na pracę 4 dni w tygodniu, ale domagali się aby za nieprzepracowane dni płacić 60 proc. pensji tzw. postojowego. Zarząd odrzucił ten pomysł, bo przyniósłby tylko 18 mln zł miesięcznie oszczędności.

Spotkanie z rządem- bezpieczny dystans

21 kwietnia związkowcy spotkali się z ministrem aktywów państwowych i wicepremierem Jackiem Sasinem. Nie wiemy, czy zachowano zalecany przez lekarzy dystans 2 m, ale sądząc z reakcji związkowców, to strony dzieliły lata świetlne. Górniczy działacze usłyszeli m.in., że mają przestać snuć mrzonki o zablokowaniu importu prądu do Polski, bo jest tańszy. Gwoli przypomnienia- w 2019 r. Polska importowała 10 TWh energii elektrycznej, dzięki czemu spaliliśmy w kraju jakieś 2-3 mln ton węgla mniej. Do tego doszedł całkowity brak zimy.

Górnicy dowiedzieli się też, że ograniczenie importu węgla do Polski jest prawnie niemożliwe, bo nie pozwala na to prawo UE, a poza tym zagraniczny węgiel jest tańszy i lepszy od polskiego.

Czytaj także: Dlaczego importujemy węgiel z całego świata?

Rząd dał też do zrozumienia, że na żadne specjalne rozwiązania dla górnictwa nie ma co liczyć, a energetyka – formalny właściciel PGG - też nie pomoże, bo sama nie ma pieniędzy.

Związkowi działacze wyszli z rozmów ciężko obrażeni, bo w ten sposób nikt w tym rządzie jeszcze z nimi nie rozmawiał. Szkoda, że trzeba było aż ataku wirusa, żeby górniczy bonzowie usłyszeli od ministra coś co jest „oczywistą oczywistością”.

Czytaj także: Rekordowy import prądu w 2019 roku: ponad 10 TWh za 2 mld zł

Związkowcy bez atutów

Ze związkowych stron internetowych polała się litania demagogicznych pretensji do wszystkich o wszystko, zwłaszcza do Unii Europejskiej, która pozwala na dotowanie zielonej energii, a węglowej nie. Ale górniczy działacze nie mają żadnych kart w ręku. Nie mogą przyjechać na manifestację do Warszawy, bo blokuje ich wirus. Nie mogą zastrajkować, bo wtedy firma upadnie w ciągu kilku tygodni. Mogą najwyżej zorganizować protesty w szybach, pytanie jednak czy znajdą się chętni?

Związkowcy postanowili więc blefować. Odrzucili propozycję zarządu PGG do czasu przedstawienia przez rząd planu restrukturyzacji spółki. „Mamy obawy że zgoda na porozumienie niezawierające żadnych gwarancji funkcjonowania kopalń i zakładów zrzeszonych obecnie w Polskiej Grupie Górniczej co najmniej na dekadę, może być faktycznie zgodą na dalsze obniżanie wynagrodzeń i ograniczenie zatrudnienia w kopalniach i zakładach PGG” - napisali w stanowisku.

Pozornie związkowcy postąpili słusznie – zanim zgodzą się na obcięcie pensji, chcą wiedzieć jakie plany ma właściciel wobec firmy. Ale w rzeczywistości to część negocjacyjnego teatru. Plany są już mniej więcej znane. Do likwidacji w tym roku powinna iść kopalnia węgla kamiennego Ruda, utworzona trzy lata temu z trzech kopalń. Kopalnia fedruje wyłącznie straty, a sięgnięcie po dodatkowe złoża wymagałoby idących w miliardy zł inwestycji, na które PGG nie stać (pomijając już fakt, czy mają one w ogóle sens ekonomiczny).

Kolejne kopalnie do zamknięcia to „Wujek” i „Sośnica”, która już raz była przeznaczona do uśpienia, ale rząd zmienił zdanie i w 2018 r.  wykreślił ją z listy. Kopalnia jednak wciąż przynosi straty.

Według naszych informacji część związkowców była gotowa zgodzić na obcięcie pensji na miesiąc. Ale najostrzej protestował „Sierpień 80”. Ten związek jest najsilniejszy w rudzkich kopalniach i ich zamknięcie oznaczałoby wydatne osłabienie wpływów ze składek.

Związkowcy dali rządowi termin do 4 maja, rząd obiecał im, że przedstawi program do końca maja. Chodzi oczywiście o wybory prezydenckie. „Chcemy znać program teraz, a nie po wyborach” – domagał się szef „Solidarności w PGG, Bogusław Hutek. Gdyby rząd pokazał plan zamknięcia kopalń, to związkowcy mogliby przed wyborami próbować „zadymić”, a to oczywiście władzy byłoby bardzo nie na rękę.

Rząd trzyma karty przy orderach

Ale zagrywka związkowców prawdopodobnie trafi w próżnię. Niby dlaczego rząd miałby  przedstawić im program do 4 maja? PGG przetrwa na pewno do wyborów, więc zgoda związków na cięcia na razie nie jest potrzebna. Strata PGG za pierwszy kwartał wyniosła 135 mln zł, kolejne miesiące będą coraz gorsze, zarząd wspomina, że może być nawet 240 mln zł miesięcznie. Ale zawsze można odroczyć płacenie składek ZUS, zaliczek PIT czy VAT. Przypomnijmy, że 60 proc. kosztów PGG to pensje, miesięczna składka ZUS przy 35 tys. pracowników sięga ponad 50 mln zł miesięcznie.

Związkowcy nie doczekają się więc pewnie przedstawienia wyczekiwanego planu, do wyborów nic się nie wydarzy. A po wyborach czeka nas zapewne „haja”, czyli po śląsku awantura.

Zamknięcie kolejnych kopalń, zresztą nie tylko PGG, ale także Tauronu, wymaga szybkiej nowelizacji ustawy o funkcjonowaniu górnictwa, dodatkowych pieniędzy dla Spółki Restrukturyzacji Kopalń oraz uzgodnień z Komisją Europejską.

"Dla jednej lub dwóch kopalń miejsca nie ma"

Niektórzy związkowcy nagle doznali częściowego otrzeźwienia. „Niestety, w obecnej sytuacji bez mocnego zaciśnięcia pasa PGG nie przetrwa. Same cięcia to jednak za mało. Nie może być tak, że cenę za błędy polityków i menedżerów zapłacą tylko pracownicy. Nie ulega wątpliwości, że obecna formuła funkcjonowania PGG się wyczerpała. Trzeba tę firmę zupełnie inaczej zorganizować - ustawić ją pod zapotrzebowanie, pod rynek. Rynek, który PGG straciła zarówno w ciepłownictwie, w segmencie węgli ekologicznych, w sektorze komunalno-bytowym, jak i w energetyce. Trzeba wszystko policzyć i wtedy wyjdzie, ile tego węgla naprawdę potrzeba. Wówczas może się okazać, że dla jednej lub dwóch kopalń funkcjonujących obecnie w sektorze miejsca na dzisiejszym rynku nie ma -  napisał szef śląsko-dąbrowskiej „Solidarności” Dominik Kolorz w komentarzu, opublikowanym w czwartek przez biuro prasowe związku.

A jeszcze w 2015 r. Kolorz tłumaczył górnikom, że nie ma czegoś takiego jak nierentowna kopalnia.

Czytaj także: Ogromna strata górnictwa, choć węgiel najdroższy w historii

Pytanie, co zrobili związkowcy żeby pomóc „ustawić firmę pod rynek”? Politycy i menedżerowie popełnili swoje błędy. Ale największy brak wyobraźni obciąża górniczych działaczy, którzy przez tępy upór wobec jakichkolwiek prób rynkowych zmian w spółce (np. zamykania nierentownych kopalń czy mocnego powiązania pensji z wynikami) doprowadzili ją po raz drugi w ciągu pięciu lat na skraj upadłości. Główny błąd polityków polegał na tym, że bez przerwy ulegali związkowcom.

No chyba, że uznamy, iż jedynym zadaniem polityka jest wygrywać wybory. Wtedy wcale nie był to błąd.

Zobacz także...

Forum Inżynierów Przyszłości

WysokieNapiecie.pl

Zapraszamy na konferencję o przyszłości polskich inżynierów. Będzie to spotkanie: ● młodych inżynierów, którzy dopiero stawiają swoje pierwsze kroki...

Komentarze

Patronat honorowy

Partnerzy portalu

PSE