Spis treści
Rząd w Oslo chce wznowienia poszukiwań za kołem polarnym
Do końca września ma zostać ogłoszona nowa polityka Unii Europejskiej wobec Arktyki. Im bliższy jest ten termin, tym większa jest presja Norwegii, aby Bruksela zniosła moratorium na nowe odwierty gazu i ropy naftowej na tym obszarze – donosi Bloomberg.
Agencja zwraca uwagę, że blisko dwie trzecie norweskich złóż ropy znajduje się na terenie Arktyki. Choć Norwegia nie jest członkiem UE, to jest dla niej kluczowym dostawcą surowców energetycznych – zwłaszcza gazu, który zaspokaja ponad 30% unijnego zapotrzebowania.
UE definiuje Arktykę jako region za kołem podbiegunowym, a moratorium na nowe odwierty na tym obszarze zostało wprowadzone w 2021 roku, co wpisywało się w strategię Europejskiego Zielonego Ładu.
Nasilenie norweskiego lobbingu w Brukseli jest widoczne od kilku lat, a w tym roku. Jak wylicza Bloomberg, członkowie rządu odwiedzali Brukselę już jedenaście razy, aby przekonywać urzędników do swoich argumentów. Aktualnie sprzyja temu również wojna na Bliskim Wschodzie i blokada Cieśniny Ormuz, która wywindowała ceny paliw w UE.
Działania ze strony Oslo próbują osłabić organizacje ekologiczne, niektórzy naukowcy, a także część skandynawskich funduszy inwestycyjnych, towarzystw emerytalnych oraz banków. W liście otwartym do Komisji Europejskiej wezwali oni nie tylko do utrzymania moratorium, ale także do większego wysiłku na rzecz ochrony środowiska.
Przeciwnicy eksploatacji Arktyki podkreślają również, że uruchamianie kolejnych odwiertów będzie prowadzić do dalszej zależności od paliw kopalnych, wykraczającej poza wyznaczony na 2050 rok cel neutralności klimatycznej. Ich zdaniem strategii wobec Arktyki nie powinno się zmieniać w reakcji krótkotrwały kryzys energetyczny związany z sytuacją na Bliskim Wschodzie.
Norweski rząd ma inne zdanie w tym temacie. Jak stwierdził Espen Barth Eide, szef resortu spraw zagranicznych, „nie ma argumentów klimatycznych przemawiających za odmiennym traktowaniem ropy naftowej i gazu wydobywanego na północ i południe od określonej linii”.
Zaznaczył również, że nowe odwierty nie będą dotyczyły „lodowych pustkowi”, tylko terenów, które stały się bardziej dostępne dzięki działaniu cieplejszych wód Prądu Zatokowego.
Zobacz także: Kto ma najwyższe ceny gazu na świecie? W 2025 r. Polska zdobyła „tylko” drugie miejsce
Finlandia czempionem dekarbonizacji, ale Polska wcale nie taka zła
Łatwe działania dekarbonizacyjne w europejskiej energetyce, związane z rozwojem fotowoltaiki i energetyki wiatrowej, powoli się kończą. Równie ważna jest budowa odpornych i elastycznych systemów elektroenergetycznych – z magazynami energii, a także dyspozycyjnymi jednostkami niskoemisyjnymi oraz interkonektorami – analizuje Montel.
Portal opracował Power Progress Index, oceniający trendy związane z dekarbonizacją europejskiej energetyki. Według autorów zmierza ona w kierunku coraz niższych emisji CO2, ale przyszły sukces nie zależy tylko od rozwoju OZE, gdyż same nie gwarantują one niskich emisji.
Łącznie w całej Europie w 2025 roku emisje CO2 w energetyce spadły o 0,5%, a a intensywność emisji o 1,8%. Jednocześnie wyniki pokazują dużą rozbieżność pomiędzy poszczególnymi krajami. Największy spadek intensywności emisji zanotowały kraje skandynawskie – Finlandia (-42%), Norwegia (-39%) i Szwecja (-32%), a największy wzrost Litwa (+54%), Portugalia (+50%) i Austria (+40%).
Montel zaznacza, że wśród liderów transformacji są te państwa, które nie tylko koncentrują się na OZE, ale również na magazynach energii oraz dyspozycyjnych źródłach niskoemisyjnych. Z kolei maruderzy ponoszą konsekwencje tego, że za rozwojem źródeł odnawialnych nie poszły działania związane ze wzrostem elastyczności systemu, a jego stabilność muszą wspierać emisyjne jednostki konwencjonalne.
Prowadząca w zestawieniu za 2025 rok Finlandia w ostatnich pięciu latach radykalnie ograniczyła produkcję energii z węgla i gazu. Jednocześnie produkcja z wiatru wzrosła ponad dwukrotnie, a energetyka jądrowa zaliczyła wzrost o 38%.
– Sukces Finlandii podważa jedno z najbardziej wrażliwych politycznie założeń Europy, według którego kraje mogą szybko dekarbonizować się bez stabilnego, niskoemisyjnego wytwarzania energii. W praktyce Finlandia pokazuje coś przeciwnego. Energia jądrowa zapewniła stabilność, podczas gdy wiatraki pozwoliły ograniczyć wykorzystanie paliw kopalnych – podkreśla Montel.
Portal zaznacza również, że Polska, która w ubiegłym roku obniżyła intensywność emisji o około 4%, może być „najbardziej niedocenianą historią transformacji w Europie”.
– Kraj, od dawna uważany za europejską potęgę węglową, zainstalował prawie 3 GW fotowoltaiki w 2025 roku. Po raz pierwszy moc elektrowni słonecznych przewyższyła moc zainstalowaną w źródłach węglowych. Choć węgiel nadal dominuje w polskiej energetyce, to kierunek zmian jest już niepodważalny – stwierdza Montel.
Z kolei Hiszpania i Niemcy zostały wskazane jako przykłady państw, w których mimo dużego rozwoju OZE są mocno widoczne kłopoty z elastycznością.
W Hiszpanii po blackoucie produkcja energii z gazu wzrosła o prawie 23%, przez co intensywność emisji tamtejszej energetyki wzrosła o 9%. Brakuje magazynów energii, które pozwoliłyby wykorzystać potencjał fotowoltaiki na słonecznym Półwyspie Iberyjskim.
Z kolei w Niemczech po wyłączeniu elektrowni jądrowych stabilizatorem systemu musiały się w większym stopniu stać elektrownie węglowe i gazowe, przez co niemiecka energetyka łącznie emituje najwięcej CO2 w Europie.
Zobacz również: Gazu z USA wkrótce może zabraknąć
Brukselskim urzędnikom nie w smak jazda elektrykami
Częste podróże pomiędzy Brukselą a Strasburgiem irytują urzędników Komisji Europejskiej, a ich frustrację wzmaga to, że elektryczna flota KE nie pozwala pokonać 440-kilometrowego dystansu bez dłuższego postoju na ładowanie baterii – pisze Politico.
Portal wskazuje, że negatywne emocje pracowników KE stoją w sprzeczności z polityką, którą chcą wdrażać w zakresie jak najszybszej transformacji energetycznej – w tym elektromobilności. Jednocześnie na własnych doświadczeniach mogą obserwować, że bywa to trudne, gdy jest to wbrew przyzwyczajeniom konsumentów, a problemem jest choćby brak wystarczającej dostępności ładowarek.
Politico relacjonuje opinie urzędników z gabinetów z kilku unijnych komisarzy, którym nie w smak jest to, że około 5-godzinne podróże między Brukselą a Strasbourgiem, gdzie odbywają się sesje plenarne Parlamentu Europejskiego, wydłużają się nawet o kolejne pół godziny na ładowanie samochodu. Ich zdaniem urzędnicza flota elektryków obejmujące duże modele BMW, które nie nadają się do dalekich podróży.
Elektryki stanowią obecnie około 80% floty KE, liczącej 128 pojazdów. Do 2027 roku ma to być 100%, co ustalono jeszcze podczas poprzedniej kadencji przewodniczącej Komisji. Sama Ursula von der Leyen podróżuje jednak samochodem spalinowym, gdyż pojazd szefowej KE – ze względów bezpieczeństwa – musi być opancerzony, a takiego modelu obecnie brak wśród elektryków.
Politico przytacza też przykład Olivéra Várhelyiego, węgierskiego komisarza ds. zdrowia i dobrostanu zwierząt, który miał rezygnować z samochodu służbowego i zamiast tego podróżować minivanem ze swoimi współpracownikami.
Unijni komisarze mogliby potencjalnie korzystać z innego, elektrycznego środka transportu, czyli pociągu, ale podchodzą do tego niechętnie. Powodem ma być brak możliwości prowadzenia poufnych rozmów telefonicznych w czasie podróży.
Zobacz też: Chiński elektryk: bateria 1 MW z dożywotnią gwarancją i…
Śmierć górników przypomina o drugim obliczu Chin
Tragedia, do której doszło w kopalni węgla w prowincji Shanxi, przypomina o tym, że choć Państwo Środka imponuje rozwojem nowych technologii, to jednocześnie wciąż miliony Chińczyków pracują w tradycyjnych i niebezpiecznych sektorach gospodarki – ocenia „The Economist”.
Tygodnik nawiązuje do wybuchu metanu, do którego doszło pod koniec maja. W jego wyniku zginęło ponad 80 górników, a przeszło 130 osób zostało rannych. To najtragiczniejszy w skutkach wypadek w chińskim górnictwie węgla kamiennego od 2009 roku.
W reakcji no to wydarzenie prezydent Xi Jinping wezwał do wszczęcia dochodzenia, ukarania winnych i poprawy bezpieczeństwa. Obszernie o nieprawidłowościach w kopalni donoszą także państwowe media.
Shanxi Tongzhou Coal Coking Group, spółka zarządzająca kopalnią, miała fałszować dokumentację dotyczącą wydobycia i eksploatowanych złóż, a także zatrudniać nielegalnych pracowników. W ten sposób prowadzono drugą, nieoficjalną i nieopodatkowaną działalność.
Te nadużycia okazały się jednak krytyczne w momencie wypadku, gdyż utrudniały poszukiwania górników. Sporo eksploatowanych chodników wydobywczych nie znajdowało się bowiem w oficjalnej dokumentacji, a mimo wysokiego zagrożenia metanowego nie znajdowały się tam czujniki gazu. Przeszło 100 górników nie miało też nadajników lokalizacyjnych.
W sumie tylko około połowa z 250 pracowników przebywających w momencie wybuchu pod ziemią była legalnie zatrudniona. Co gorsza w przypadku tej kopalni była to recydywa, gdyż już w 2024 roku firma była karana za zatrudnianie górników na czarno.
„The Economist” podkreśla, że mimo dużego spadku śmiertelnych wypadków – z blisko 6000 w 2000 roku do około 250 w 2025 roku – chińskie górnictwo wciąż pozostaje obszarem wielu nadużyć. Sprzyja temu również to, że kopalnie znajdują się na terenie biedniejszych prowincji, gdzie trudniej o pracę i dobre zarobki.
Zobacz także: Europa uwikłała się w sieć strukturalnych sprzeczności. ETS jest jedną z nich
