Spis treści
Chaos się pogłębi, ale amerykańska gospodarka niekoniecznie na tym wygra
Donaldowi Trumpowi kończą się pomysły na obniżenie cen ropy, a rosnące ceny paliw negatywnie wpływają na nastroje społeczne w USA przed zaplanowanymi na jesień wyborami do Kongresu. Co się zatem stanie, jeśli prezydent zakaże eksportu amerykańskiej ropy – zastanawia się „The Economist”.
Tygodnik wskazuje, że indeks cen ropy Brent sięga już blisko 110 dolarów, a od końca lutego średnie ceny benzyny w USA wzrosły z 2,9 do prawie 4 dolarów za galon (około 3,8 litra). Jednak w negatywnym scenariuszu do końca marca ceny ropy mogą dobić do 120 dolarów, co podniesie cenę benzyny do około 4,5 dolara za galon.
Jeśli Iran nadal będzie stawiał opór atakom USA i Izraela, a Cieśnina Ormuz pozostanie zablokowana, to Donald Trump może zacząć coraz mocniej rozważać wprowadzenie zakazu eksportu amerykańskiej ropy. Tak, aby obniżyć ceny surowca na krajowym rynku, a także poprawić dołujące nastroje społeczne, które mogą odbić się na wyniku Republikanów w jesiennych wyborach „połówkowych” do Kongresu.
Amerykanie są trzecim co wielkości eksporterem ropy na świecie. Wprowadzenie zakazu – jak szacuje Rystad Energy – zatrzymałoby w USA 4 mln baryłek dziennie, co stanowi 9% globalnego handlu tym surowcem drogą morską. W efekcie doszłoby do powstania ogromnego klina cenowego między amerykańskim indeksem West Texas a indeksem Brent, co zachwiałoby globalnymi rynkami.
Co prawda amerykańskie rafinerie zostałyby zalane tanim surowcem, ale tamtejsze zakłady bardziej preferują „ciężką” i „kwaśną” ropę z Ameryki Łacińskiej, która pozwala produkować więcej oleju napędowego i paliwa lotniczego, zamiast „lekkiej” i „słodkiej” ropy krajowej, która daje więcej benzyny.
Niemniej po jakimś czasie rynek benzyny w USA zostałby nasycony tańszym paliwem, ale najpewniej na krótko, gdyż szybko zwiększyłby się na nią popyt ze strony innych krajów. Tymczasem Amerykanom zaczęłoby brakować diesla i paliw lotniczych, które musieliby importować, a globalne zasoby tych produktów są ograniczone – również z powodu blokady Cieśniny Ormuz.
Ponadto obniżenie cen paliw byłoby odczuwalne przede wszystkim w zachodnich stanach USA, bo większość rafinerii znajduje się na zachodnim wybrzeżu. Z kolei gęsto zaludnione wschodnie wybrzeże jest uzależnione od dostaw benzyny z Europy. Przy rosnących stawkach frachtu i drożejącej ropie ceny importowanej benzyny mogłyby znacząco wzrosnąć – zwłaszcza, gdyby inne kraje zdecydowały się na ograniczenie eksportu paliw w odpowiedzi na amerykański zakaz eksportu ropy.
Bob McNally, były doradca ds. energii prezydenta George’a W. Busha, cytowany przez „The Economist” w podsumowaniu stwierdził, że wprowadzenie przez Trumpa zakazu eksportu ropy zdławiłoby światową gospodarkę, co odbiłoby się rykoszetem na Ameryce.
– Co gorsza, zniszczyłby reputację kraju jako wiarygodnego dostawcy, zniechęcając do inwestycji w przemysł naftowo-gazowy – przytacza jego słowa tygodnik i przypomina, że w 2020 roku USA stały się eksporterem netto ropy naftowej po raz pierwszy od lat 40. XX wieku.
Zobacz także: Europa uwikłała się w sieć strukturalnych sprzeczności. ETS jest jedną z nich
Ile ropy udało się zaoszczędzić dzięki elektrykom
Dzięki rozwojowi elektromobilności w 2025 roku udało się zredukować zapotrzebowanie na ropę nawet o 2,3 mln baryłek dziennie – informuje Bloomberg.
Agencja powołuje się na wyliczenia BloombergNEF i dodaje, że te oszczędności będą rosły z każdym kolejnym rokiem, gdyż udział pojazdów elektrycznych w transporcie się zwiększa. Natomiast wzrost cen paliw, związany z zaatakowaniem Iranu przez USA i Izrael, może zwiększyć zainteresowanie elektrykami.
Według analityków największy potencjał do redukcji zapotrzebowania istnieje w przypadku pojazdów dwu- i trzykołowych, które można zastąpić wersjami elektrycznymi – zwłaszcza w krajach rozwijających, gdzie stanowią popularny środek transportu.
Innymi wyliczeniami dysponuje think tank Ember, według którego elektryfikacja transportu pozwoliła w 2025 roku uniknąć zużycia 1,7 mln baryłek ropy dziennie. Niższy wynik względem szacunków BloombergNEF ma wynikać z trudności w dokładnym określeniu tego, jak na zużycie paliw wpływa eksploatacja samochodów z napędem hybrydowym.
Ember ocenia, że przy obecnym poziomie zużycia i cenie 80 dolarów za baryłkę Chiny zaoszczędziłyby ponad 28 mld dolarów rocznie na imporcie ropy. W przypadku Europy byłoby to 8 mld dolarów, a Indii 600 mln dolarów rocznie.
Dotychczas eksperci spodziewali się, że w 2026 roku tempo wdrażania pojazdów elektrycznych w Chinach spowolni z uwagi na zmniejszenie przez Pekin poziomu dotacji. Do tego w Unii Europejskiej spodziewane jest osłabienie przepisów związanych z zakazem rejestracji pojazdów z silnikami spalinowymi od 2035 roku, a administracja Donalda Trumpa wycofała wsparcie dla czystych technologii w USA.
Bloomberg zaznacza jednak, że wojna na Bliskim Wschodzie może istotnie wpłynąć na prognozy związane z elektromobilnością, gdyż wysokie ceny paliw będą zachęcały kolejnych konsumentów do kupowania pojazdów z napędem elektrycznym.
Udział elektryków w sprzedaży ogółem przekracza już 10% w 39 krajach, w porównaniu z zaledwie czterema w 2019 roku. Na tym tle wyróżnia się Azja. W 2025 roku Chiny po raz pierwszy przekroczyły 50-procentowy udział pojazdów elektrycznych w sprzedaży, a w krajach takich jak Wietnam czy Tajlandia było to kolejno 38% oraz 21%.
Zobacz też: Drogi gaz to drogie nawozy. UE najpierw wprowadziła cła, teraz Bruksela chce większego importu
Tesla chce zainwestować w produkcję fotowoltaiki
Według nieoficjalnych informacji Tesla chce wydać w Chinach blisko 3 mld dolarów na zakup urządzeń do produkcji ogniw i paneli fotowoltaicznych. Jednak na ich zakup wpierw będzie musiał zgodzić się Pekin – informuje Reuters.
Powołując się na swoje źródła agencja wskazuje, że wśród potencjalnych dostawców, z którymi rozmawia Tesla, znajduje się m.in. Suzhou Maxwell Technologies, czyli największy na świecie producent tego typu urządzeń. Firma ma już ubiegać się o zgodę na sprzedaż do USA ze strony chińskiego Ministerstwa Handlu.
Inni potencjalni dostawcy to Shenzhen SC New Energy Technology oraz spółka Laplace. Zamówienie od Tesli oznaczałoby dla nich duże wsparcie, gdyż na macierzystym rynku trudno o nowe zlecenia z uwagi na panującą w Państwie Środka nadpodaż mocy produkcyjnych w sektorze fotowoltaicznym.
Tesla zamierza uruchomić do końca 2028 roku 100 GW mocy w fotowoltaice na terenie USA – głównie na własne potrzeby. Reuters podkreśla, że według Elona Muska, szefa koncernu, energetyka słoneczna mogłaby zaspokoić rosnące zapotrzebowanie na energię, za którym stoi rozwój sztucznej inteligencji i budowa centrów danych.
Według Agencji Informacji Energetycznej zużycie energii w USA osiągnęło w 2025 roku drugi z rzędu rekordowy poziom i będzie dalej rosło w latach 2026 i 2027. Moc zainstalowana w amerykańskim systemie elektroenergetycznym wynosi ponad 1300 GW, z czego około 10% stanowi fotowoltaika.
Elon Musk krytykował wprowadzenie ceł na panele PV importowane z Chin wskazując, że podnosi to koszty inwestycji w nowe moce w sytuacji, gdy potrzebne jest zaspokojenie szybko rosnącego popytu na energię.
Wysokie cła wprowadzono jeszcze w czasach prezydentury Joe Bidena. Jednocześnie wówczas przewidziano wysokie wsparcie dla inwestycji w produkcję czystych technologii w USA. Z ceł wyłączono więc m.in. urządzenia produkcji ogniw i paneli.
Administracja Donalda Trumpa to wyłączenie podtrzymała, ale jednocześnie odeszła od polityki wsparcia dla czystych technologii. Niemniej same plany Tesli, jak zauważa Reuters, pokazują, że choć USA prowadzą ostrą politykę celną wobec Pekinu, a także chcą zmniejszać zależność technologiczną od Chin, to trudno będzie im to osiągnąć bez utrzymania relacji handlowych z Państwem Środka.
Zobacz również: Miliardowy przetarg na magazyn energii PGE poligonem dla local content
Gigawaty OZE we Włoszech mogą stracić dostęp do sieci
Elektrownie słoneczne i wiatrowe we Włoszech o łącznej mocy od 5 do nawet 10 GW może utracić możliwość sprzedaży energii oraz przychody z mechanizmów wsparcia. Powodem jest jest niespełnianie odpowiednich wymogów technicznych wobec operatorów sieci – donosi Montel.
Portal wskazuje, że zgodnie z włoskimi przepisami źródła o mocy od 100 kW wzwyż powinny posiadać urządzenia, które pozwolą operatorom odłączyć elektrownie od sieci – tak, aby polecenia związane z redysponowaniem źródeł były skutecznie realizowane.
Do końca ubiegłego roku właściciele około 27 tys. instalacji o łącznej mocy blisko 20 GW mieli dostosować swoje źródła do przepisów. Aktualnie operatorzy mają już prawo odłączyć od sieci te elektrownie, które nie dostosowały się obowiązujących regulacji. To oznacza natomiast utratę przychodów ze sprzedaży energii i systemów wsparcia – aż do momentu dostosowania instalacji do wymogów.
Organizacja branżowa Italia Solare ocenia, że prawdopodobnie mniej niż połowa z blisko 20 GW elektrowni nie została w odpowiednim terminie dostosowana do przepisów, ale nawet jeśli problem dotyczy tylko 1/5 źródeł, to skutki dla firm mogą być katastrofalne.
Według przedstawicieli branży trudności mają wynikać z krótkiego czasu na wdrożenie rozwiązań w sytuacji, gdy na rynku dostęp do odpowiednich urządzeń, a przede wszystkim wykwalifikowanych techników, jest ograniczony.
Włochy mają obecnie około 84 GW mocy zainstalowanej w energetyce odnawialnej. Rządowe plany przewidują osiągniecie 131 GW do 2030 roku.
Zobacz także: Jak zmieniła się energetyka i ceny prądu przez 20 lat?
