Nowy rząd przyśpieszy transformację energetyki

Nowy rząd przyśpieszy transformację energetyki

Według nieoficjalnych informacji Michał Kurtyka utrzyma i powiększy resort klimatu. To może oznaczać zielone światło dla szybszej transformacji koncernów energetycznych, na które od dawna czekają spółki. Bez zgody na „zielone” zmiany koncerny będą mieć bowiem problem z finansowaniem.

Jeżeli nieoficjalne informacje nt. nowego składu rządu Mateusza Morawieckiego się potwierdzą, tekę Ministra Klimatu, powiększoną o kadłubowy resort środowiska (wyskrobany na kilka miesięcy dla Michała Wosia z Solidarnej Polski) utrzyma dr Michał Kurtyka. To bezpartyjny fachowiec wspierany przez premiera. Jego nominacja do nowego rządu, ograniczonego do zaledwie 14 resortów, to wyraźny sygnał wsparcia ze strony premiera dla pragmatycznej i progresywnej polityki energetycznej Polski i transformacji polskich spółek energetycznych.

Węgiel obciąża energetykę i chemię

Taką transformację, w pełzającym tempie, państwowe koncerny energetyczne prowadzą już od kilu lat. Dotychczas jednak w tym tańcu spółki robiły półtora kroku do przodu i jeden do tyłu. Były już minister Tchórzewski poinformował, że nie będziemy w Polsce budować więcej elektrowni węglowych, ale ostatni – w Ostrołęce – jeszcze powstanie. Na polityczne polecenie menadżerowie dwóch koncernów – Enei i Energi – zdecydowali o zgodzie na rozpoczęcie tej budowy, chociaż inwestycja nie miała zapewnionego finansowania i nic nie wskazywało, że je zdobędzie. Chwilę po odwołaniu Tchórzewskiego i przejęciu Energi przez PKN Orlen, a nadzoru nad oboma koncernami przez wicepremiera Jacka Sasina, rozpoczęta już inwestycja została skasowana. Koszty dla obu państwowych spółek mogą wynieść, łącznie z wysadzaniem w przyszłości fundamentów niedoszłej elektrowni, blisko 1 mld zł.

Dziś równie absurdalną elektrociepłownię na węgiel, zamiast na gaz – jak pierwotnie planowały – realizują także zakłady azotowe w Puławach. One także, gdyby tylko dostały zielone światło od polityków, zapewne też spisałyby koszty tej inwestycji na straty i wróciły do bloku zasilanego gazem.

Na podobną zgodę czeka też Polska Grupa Energetyczna. Koncern, zgodnie z polityką rządu, wciąż ma w swoim portfolio zupełnie oderwany od realiów projekt budowy, kosztem nawet 15 mld zł, nowej kopalni węgla brunatnego pod Złoczewem. Od wielu lat dla kolejnych ekip menadżerów PGE jest jasne, że kopalnia nie powstanie, ale mówią to tylko w nieoficjalnych rozmowach. Oficjalnie spółka – ze względu na politykę państwa – nadal musi udawać, że coś jeszcze może się zmienić, starając się choćby o koncesję na wydobycie.

Zielony Orlen, PGE i Tauron

Menadżerowie państwowych koncernów coraz śmielej stawiają jednak zielone akcenty. Już w ubiegłym roku te zmiany rozpoczął Tauron, ogłaszając swój „zielony zwrot”. Tam sytuacja stanęła już na ostrzu noża – generujący straty koncern, obciążony kopalniami (do zakupu ostatniej zmusili go jeszcze politycy PO), przekraczał już limity zadłużenia (kowenanty), co oznaczało, ze instytucje finansującego jego działalność mogły zażądać natychmiastowego zwrotu pożyczonych pieniędzy, a to mogłoby doprowadzić spółkę do bankructwa. Dzięki ogłoszeniu „zielonego zwrotu” i bardzo korzystnej umowie z instytucjami finansowymi, nowe kredyty Taurona na inwestycje w odnawialne źródła energii nie będą wliczać się do wskaźnika długu netto do EBITDA (zysku operacyjnego powiększonego o amortyzację).

Na zielono zapaliło się niedawno także logo PKN Orlen. Prezes Daniel Obajtek ogłosił, że paliwowo-energetyczny czempion do 2050 roku stanie się neutralny emisyjnie. Już w ciągu najbliższych 10 lat koncern zredukuje o 20 proc. emisje CO2 w rafinerii i petrochemii (poprawi przy tym ich efektywność) oraz o 33 proc. w energetyce (zamknięte zostaną najstarsze bloki w Ostrołece, a Energa zainwestuje w kolejne OZE).

Kilkanaście dni temu doczekaliśmy się jeszcze ważniejszej deklaracji, bo z ust prezesa największego producenta energii elektrycznej w Polsce i największego emitenta CO2 w kraju. Wojciech Dąbrowski zapowiedział, że w nowej strategii PGE, którą spółka chce ogłosić jeszcze w tym roku, także pojawi się cel uzyskania neutralności klimatycznej w 2050 roku. Tu także w tle są ogromne pieniądze – PGE w ostatnich latach zadłużała się najszybciej spośród państwowych koncernów energetycznych, wydając miliardy na ostatnie swoje bloki węglowe (w Opolu i Turowie). Do przekroczenia kowenantów jeszcze jej daleko, ale przed sobą ma kolejne kapitałochłonne inwestycje. O ile pierwsza z nich, czyli współfinansowanie elektrowni atomowej, wciąż jest mglistą przyszłością, o tyle druga – budowa dwóch ogromnych farm wiatrowych na morzu – mogłaby ruszyć w najbliższych latach. Na ich budowę PGE będzie musiała pożyczyć jednak kilka-kilkanaście miliardów złotych (w połowie dług netto koncernu wynosił ok. 10 mld zł).

PGE szykuje się na nowy „Zielony ład”

− W najbliższej przyszłości będziemy musie zmierzyć się z innym problemem, nie tyle dostępu do kapitału […], co utrzymania akceptowalnego przez banki stosunku zadłużenia netto do EBITDA. W tym roku ten stosunek jest jeszcze zadowalający, bo wynosi od ok. 1,6-1,8 do 2 razy EBITDA w zależności od miesiąca, więc na bardzo bezpiecznym poziomie, natomiast przed nami stoi konieczność poczynienia ogromnych inwestycji w segmencie energetyki odnawialnej i dystrybucji – tłumaczył dziennikarzom i analitykom, podczas ostatniej konferencji wynikowej, Paweł Strączyński, wiceprezes PGE ds. finansowych. −  My z tymi potrzebami inwestycyjnymi będziemy musieli się zmierzyć przy negatywnych perspektywach EBITDA już w tym roku. Natomiast w przyszłym roku trzeba pamiętać o niejasnej sytuacji na rynku mocy i znacząco rosnącą ceną uprawnień do emisji CO2, która redukuje nam marżę. Może się okazać, że w przyszłym roku nie będziemy zdolni do jakiegokolwiek zwiększania zadłużenia – ostrzegał.

− Bierzemy pod uwagę różne scenariusze. Komisja zakłada podniesienie celu redukcji emisji CO2 z 40 do co najmniej 55 procent, jednocześnie rekomenduje podniesienie celu OZE z 32 do 38 procent na poziomie Unii Europejskiej. Według założeń Komisji przyjęcie celu redukcji 55 procent w 2030 roku ma prowadzić do wzrostu cen uprawnień do emisji CO2 do poziomu 60 euro na tonę – poinformował podczas tej samej konferencji Wojciech Dąbrowski, prezes Polskiej Grupy Energetycznej.

Wcześniej centrum analiz rządowego KOBIZE wyliczyło, że podniesienie celu może prowadzić do jeszcze większego wzrostu cen emisji, nawet do 76 euro za tonę. Przypominam, że dzisiaj to ok. 27 euro za tonę. Sytuacja zmusza nas do podjęcia radykalnych działań – przyznał Dąbrowski.

− Jesteśmy świadomi, że w przypadku przyjęcia tego celu przez całą Unię Europejską, co jest zaplanowane do końca tego roku, koszty jego realizacji i główny wysiłek redukcyjny zostaną poniesione przede wszystkim przez elektroenergetykę. Dlatego już dziś w naszej strategii przygotowujemy się do tych nowych wyzwań. Jesteśmy pewni, że sobie z nimi poradzimy. Oczywiście mamy nadzieję, że na tę transformację pozyskamy środki zewnętrzne, środki unijne z Funduszu [Sprawiedliwej] Transformacji i innych funduszy celowych. Strona rządowa też prowadzi w tym zakresie rozmowy z Komisją Europejską. My, jako branża, też będziemy w tym względzie aktywni, będziemy walczyli o swoje, o to aby pozyskać jak najwięcej pieniędzy na nowe inwestycje w OZE – dodał Dąbrowski.

Prezes PGE podkreślił przy okazji aspiracje koncernu do nadawania tempa zmianom, które czekają polską gospodarkę. − Przed całą polską gospodarką stoją wyzwania dotyczące zeroemisyjności. Zmiany musza nastąpić w wielu sektorach gospodarki, takich jak sektor paliwowy, chemiczny, transportowy czy rolny (o którym mówi się znacznie mniej_. Jednak to w obszarze wytwórczym energii elektrycznej odbędzie się ta prawdziwa transformacja. My jako największa spółka w sektorze odegramy w niej kluczową rolę i w osiągnięciu zeroemisyjności będziemy liderem. Nasza aspiracją jest, aby 100 proc. energii zielonej dla klientów w 2050 roku było oferowane przez naszą grupę – zadeklarował Wojciech Dąbrowski.

PGE chciałoby oddzielić węgiel od OZE, dystrybucji i sprzedaży

Bez względu na to, czy informacje o utrzymaniu się Michała Kurtyki na fotelu Ministra Klimatu, a Jacka Sasina na fotelu Ministra Aktywów Państwowych, się potwierdzą, ministrowie odpowiedzialni za te obszary w najbliższych miesiącach będą musieli podjąć decyzje co do dalszego kształtu sektora paliwowo-energetycznego. Energetyka od dłuższego czasu naciska bowiem rząd na kolejną zmianę – zdjęcie z jej barków coraz mniej dochodowego wytwarzania energii elektrycznej z węgla i konieczności utrzymania starych elektrowni węglowych, które z każdym rokiem będą produkować coraz mniej prądu.

− To poprawi się w dwóch sytuacjach: gdy zmieni się całkowicie polityka Unii Europejskiej ws. klimatu, ale na to nie ma chyba co liczyć, lub gdy wydzielimy aktywa i pójdziemy drogą niemiecką, czyli zapewnienia bezpieczeństwa zarówno energetyce konwencjonalnej (bo pomysł wydzielania aktywów ma takie bezpieczeństwo zapewnić) […], jak i umożliwi nam rozwój w tych obszarach, na które nacisk kładzie w tej chwili Unia Europejska – przekonywał Stączyński. − Po wydzieleniu aktywów nie dokonamy natychmiastowego oddłużenia, ale zmienią się nam kowenanty. Instytucje finansujące spojrzą na Polska Grupę Energetyczną, która nie będzie miała w swoim portfolio żadnych projektów węglowych lub będzie ich niewiele, i zmienią podejście do finansowania. Ten poziom zadłużenia, który będziemy mogli osiągnąć, to już nie będzie 3xEBITDA, ale będziemy mogli osiągnąć znacznie większe zadłużenie – ocenił wiceprezes PGE.

Jak rząd podzieli energetykę?

Na stole leżą dwie koncepcje, obie jednak przygotowane bardzo ogólnie i wymagające sporo pracy. Ministerstwo Aktywów Państwowych ogłosiło przetarg na wybór firmy doradczej, która opracuje szczegółową wielowariantową wersję przekształceń własnościowych. Diabeł bowiem tkwi w szczegółach.

Pierwsza koncepcja, lansowana jeszcze przez poprzedni zarząd PGE, zakłada stopniowe wydzielanie elektrowni węglowych do nowego podmiotu, kontrolowanego przez Skarb Państwa. Trafiałyby tam bloki, które stały się nierentowne, np. po wygaśnięciu kontraktów mocowych w 2025 r., ale PSE potrzebuje ich jeszcze w systemie jako tzw. zimną rezerwę. Koncepcja ma tę zaletę, że jest dużo prostsza, a przy rozpisaniu jej na lata będzie rodziła mniej konfliktów społecznych z załogami wydzielanych elektrowni. Wada jest oczywiście taka, że PGE (pozostałe spółki zresztą też) nie uwalnia się natychmiast od ciężaru węglowych bloków, co nie będzie ułatwiało jej rozmów z bankami. Z drugiej jednak strony część z nich (Bełchatów i nowe Opole) to wciąż maszynki do zarabiania pieniędzy. W 2019 r. spośród 6,6 mld zł strumienia gotówki PGE  (EBITDA) aż 2,6 mld zł pochodzi właśnie z elektrowni węglowych.

Druga koncepcja, która pojawiła się kilka miesięcy temu, zakłada wpakowanie wszystkich elektrowni węglowych PGE, Tauronu i Enei do jednego podmiotu, który dostał roboczą nazwę Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Energetycznego (NABE). Podmiot skupiłby aż 70 proc. wytwarzania i praktycznie zmonopolizowałby rynek. Uwolnione od węglowego bagażu PGE, Tauron i Enea połączyłby się, skupiając się na dystrybucji prądu i OZE, dzięki czemu powstałby narodowy czempion.

Koncepcja ta jest jednak znacznie bardziej skomplikowana, bo trzeba zastanowić się co zrobić z długiem wszystkich spółek. Szansa, że banki zgodzą się tak po prostu przenieść kilkadziesiąt miliardów swoich wierzytelności do firmy-zombie, jaką będzie NABE, nie jest duża. Wymagałoby to bardzo skomplikowanej inżynierii finansowej, a przede wszystkim czasu, którego energetyka ma coraz mniej. Niezależnie od tego, która koncepcja zostanie przyjęta, trzeba będzie ją jeszcze uzgodnić z Brukselą.

Rynek energii wspiera

Zielone technologie rozwija

Zobacz także...

Komentarze

Patronat honorowy

Partnerzy portalu

PSE