Wiatr na morzu-nowa miłość Donalda Trumpa

Wiatr na morzu-nowa miłość Donalda Trumpa

Na początku sierpnia amerykański Departament Energii ogłosił rodzaj publicznych konsultacji na temat przyszłości morskiej energetyki wiatrowej u brzegów USA. DoE planuje zmontować odpowiednio duży kompleks naukowo-badawczy, który ma zapewnić Ameryce należne miejsce na świecie w sektorze morskiej energetyki wiatrowej.

Ameryka to kolebka zaprzęgnięcia wiatru do produkcji energii elektrycznej na większą skalę. To tam w latach 70. powstały pierwsze większe turbiny, to na kalifornijskiej przełęczy San Gorgonio kręcą się setki i tysiące wiatraków, od najstarszych z lat 80. po najnowsze konstrukcje. Na amerykańskich Wielkich Równinach, w Teksasie i w odległych dolinach Kalifornii kręcą się tysiące wiatraków, dzięki kontraktom PPA spychając ku bankructwu dziesiątki elektrowni węglowych, bo federalne pomysły na ich ratowanie nie mają wielkich szans na sukces.

Stan Colorado potrafi już 60 proc. zużywanej energii czerpać z wiatraków. Amerykańskie firmy znakomicie opanowały budowę i operowanie na ziemi, na lądowej energetyce wiatrowej zbudowano solidny sektor gospodarki. Szef DoE Rick Perry chwali się, że pracuje w nim 100 tys. ludzi i działa 500 fabryk. I rzuca przy okazji hasło „all-of-the-above” - czyli wszystko, co się da, strategii wylansowanej przez…. Baracka Obamę.

Na Wielkich Równinach i w Teksasie wieje bardzo dobrze, miejsca jest dość, więc i wiatraki radzą sobie świetnie. Wystarczy powiedzieć, że w II kwartale 2018 r. w budowie było prawie 18 GW mocy.

Jeśli jednak chodzi o offshore, to cała „potęga” Ameryki mieści się na jednym zdjęciu. PIęć turbin po 6 MW kręci się koło wyspy Block, należącej do stanu Rhode Island, wciśniętego między Connecticut i Massachusetts.

Gęsto zaludnione stany Wschodniego Wybrzeża bardzo lubią zieloną energię, co przekłada się na chęć jej kupowania przez miejscowe spółki obrotu, ale na lądowe wiatraki po prostu nie ma miejsca. Offshore mogłoby spełnić społeczne oczekiwania, ale tu znowu pojawia się problem miejsca. Stany zarządzają pasem wód 3 mile od brzegu, a to za mało na postawienie porządnej farmy. Dalej, aż po krawędź szelfu kontynentalnego wody są w zarządzie władz federalnych, a ich „energetycznym” wykorzystaniem zajmuje się BOEM (Bureau of Ocean Energy Management). Zarówno Block Island, jak i drugi amerykański projekt offshore Vineyard leżą na wodach federalnych i musiały wydzierżawić akweny od BOEM. A wraz z przyjściem ekipy Trumpa agencja ta zajęła się głównie rozdzielaniem obszarów pod wiercenia za ropą i gazem.

Ale to właśnie się zmieniło. Donald Trump w kółko opowiada o energetycznej dominacji Ameryki i sięgnięciu po wszelkie możliwe rodzime zasoby, do czego hasło „all-of-the-above” pasuje jak ulał. Administracja federalna zorientowała się zapewne - chociażby patrząc na Europę - że morski wiatr to potencjalnie gigantyczne źródło prądu, i to prądu coraz tańszego. W kwietniu  nadzorujący BOEM sekretarz spraw wewnętrznych Ryan Zinke ogłosił wystawienie na przetarg 400 tys. akrów (1600 km kw.) oceanu pod offshore na Wschodnim Wybrzeżu. Jednocześnie Biuro przystało na żądania kilku stanów i firm, wnioskujących o dzierżawę kolejnych obszarów morskich. To zapewne nie koniec, bo BOEM zaplanowało już, że w latach 2019-2024 faworyzowani dotąd nafciarze nie będą mieli wolnej ręki w dzierżawie akwenów - swoje zamiary będą musieli koordynować z planami budowy offshore.

Skąd jednak wejście do gry Departamentu Energii z poważnymi funduszami na badania, rozwój itd.? Do budowy amerykańskich morskich farm ustawiła się kolejka chętnych deweloperów z Europy, z Duńczykami (Oersted) i Niemcami (EnBW) na czele. Ich technologia, turbiny i całą reszta będą oczywiście „made in EU”. Tego dla Trumpa pewnie było już za wiele. W końcu zwalczał już europejskie samochody, więc i europejskie wiatraki niespecjalnie mogą się mu podobać. To pewnie jest powód ostatnich działań DoE i planów budowy własnego zaplecza przemysłowo-naukowego dla offshore. DoE ma mnóstwo pieniędzy, dlatego należy oczekiwać, że Amerykanie wezmą się ostro do roboty, a transatlantycka konkurencja będzie korzystna dla obniżenia kosztów morskiej energetyki wiatrowej.

Jednym z nierozwiązanych jeszcze problemów offshore jest budowa pływających platform dla wiatraków, tak by kotwiczyć je na głębokiej wodzie. Całe Zachodnie Wybrzeże USA nie nadaje się do budowy tradycyjnych wiatraków, bo dno opada zbyt szybko. Podobnie jest np. w Kraju Basków na północy Hiszpanii i miejscowe firmy, we współpracy z lokalnym rządem mocno pracują nad stworzeniem odpowiedniego rozwiązania. Wejście do gry Amerykanów na pewno przyspieszy stworzenie pływającej platformy i w ogóle pewnie da nowy impuls rozwojowy dla całego sektora.

 

 

 

Zobacz także...

Komentarze

Patronat honorowy

Nasi partnerzy

PGEPG SilesiaPSE