Spis treści
Dlaczego bilion euro na OZE nie uodporniło UE na kryzys
Inwestycje państw Unii Europejskiej w odnawialne źródła energii mogły już przekroczyć bilion euro, a mimo tego wciąż pozostaje ona w podobnym stopniu uzależniona od importu paliw jak w minionych latach. Problem polega na tym, że choć UE zazielenia swoją energetykę, to nie idzie za tym elektryfikacja gospodarki – analizuje Euractiv.
Portal podkreśla, że Europa od lat uspokajała się wizją, w której energetyka wiatrowa i słoneczna uniezależni ją od importu ropy i gazu. Wojna na Bliskim Wschodzie, przez którą UE znajduje się u progu kolejnego kryzysu energetycznego, po raz kolejny weryfikuje tę wizję.
W 2004 roku UE importowała około 60% surowców energetycznych. Choć od tego czasu minęły ponad dwie dekady, to wskaźnik ten wciąż znajduje się na podobnym poziomie – mimo ogromnych inwestycji w OZE. Jednocześnie poziom elektryfikacji gospodarki od przeszło dekady utrzymuje się poziomie bliskim 23%.
– Europa zbudowała potężne moce wytwórcze w energetyce odnawialnej, dzięki czemu około połowy energii elektrycznej pozyskuje z OZE, a węgiel został odsunięty na boczny tor. Problem w tym, że UE szybciej przekształca swoją energetykę niż elektryfikuje gospodarkę – podkreśla Euractiv.
Dodaje przy tym, że ropa naftowa wciąż napędza samochody, gaz ogrzewa domy, a przemysł jest uzależniony od paliw kopalnych. Dopóki te sektory nie zostaną zelektryfikowane, to rosnąca moc zainstalowana w źródłach odnawialnych nie będzie skutkować analogicznym spadkiem zapotrzebowania na importowane paliwa.
Choć produkcja z OZE rośnie, a ogólne zużycie energii elektrycznej w UE spadło w ostatnich latach, to poziom uzależnienia od importowanych paliw pozostaje niezmienny. Euractiv zwraca uwagę, że wpływ na tę sytuację miało również ograniczenie wydobycia surowców z własnych złóż.
Wydobycie gazu ziemnego spadło do jednej czwartej szczytowego poziomu z 1996 roku, a produkcja ropy naftowej do około jednej trzeciej poziomu z 2004 roku. W efekcie UE szybciej ograniczyła własną podaż ropy i gazu niż popyt na te surowce.
– Nawet w optymistycznych scenariuszach przewiduje się, że elektryfikacja europejskiej gospodarki osiągnie zaledwie około 50% do lat 40. XXI wieku. Oznacza to kolejne dekady ekspozycji na kryzysy na globalnych rynkach paliw – zaznacza Euractive i dodaje, że mniej atrakcyjna politycznie elektryfikacja gospodarki powinna być większym priorytetem niż osiąganie kolejnych rekordów w energetyce odnawialnej.
Zobacz też: Czy ktoś czeka na obszary przyspieszonego rozwoju OZE?
Destrukcja popytu na ropę staje się faktem
Zachodnie rządy wolą przerzucać koszty wyższych cen paliw na państwowe budżety zamiast zachęcać obywateli do oszczędności i zmiany codziennych nawyków. Koszty takiej polityki już zaczynają odczuwać biedne państwa Azji, Afryki czy Ameryki Południowej, a przy przedłużającej wojnie na Bliskim Wschodzie destrukcja popytu będzie musiała też dotknąć krajów wysokorozwiniętych – pisze Javier Blas, publicysta Bloomberga.
Minęło już ponad pięć tygodni od ataku USA i Izraela na Iran, a dotychczas podjęte działania nie pozwoliły załatać luki w dostawach ropy i gazu, które wcześniej przepływały przez Cieśninę Ormuz. Chodzi o wykorzystanie rurociągów omijających rejon konfliktu, czy uwolnienie części zapasów strategicznych zapewniły jedynie bufor bezpieczeństwa, który ograniczył tempo wzrostu cen ropy.
Blas wskazuje, że jeśli wkrótce nie dojdzie do zakończenia konfliktu, to rynek będzie musiał w końcu dostosować się do niższej podaży paliw, co będzie oznaczało wkroczenie w okres destrukcji popytu. Do tego dochodzi, gdy ograniczenie dostaw nie trwa tygodniami, lecz miesiącami i latami.
Blokada Cieśniny Ormuz oznaczała odcięcie dostaw 20 mln baryłek ropy dziennie. Publicysta Bloomberga wylicza, że dotychczas podjęte działania pozwoliły ograniczyć te straty o 60%, czyli około 12 mln baryłek dziennie. Oznacza to, że jeśli nie dojdzie do odblokowania dostaw, to pozostanie jeszcze tylko opcja w postaci destrukcji popytu na pozostałe 8 mln baryłek, czyli tyle, ile wynosi dzienne zużycie Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, Włoch i Hiszpanii.
W tej sytuacji państwa powinny podejmować działania, które ograniczą zużycie ropy, a jednocześnie wyrządzą jak mniej strat gospodarce. Chodzi np. o ograniczenie prędkości na autostradach, oszczędne korzystanie z ogrzewania i klimatyzacji, a także preferowanie pracy zdalnej tam, gdzie jest to możliwe.
Takie działania zaleciła Międzynarodowa Agencja Energetyczna, ale żaden z krajów rozwiniętych się na takie kroki nie zdecydował w obawie o reakcję ze strony społeczeństwa. Jednak w biedniejszych krajach, takich jak Pakistan, Wietnam czy Filipiny, takie rozwiązania już wprowadzono. W niektórych krajach Azji, Afryki czy Ameryki Południowej stanęły też energochłonne fabryki.
Javier Blas podkreśla, że destrukcja popytu na ropę w biedniejszych krajach już się rozpoczęła, a rękę do tego przyłożyły państwa, które stać na dotowanie swoim obywatelom niższych cen. Jednak każdy kolejny tydzień wojny na Bliskim Wschodzie będzie przybliżał perspektywę ograniczania popytu na paliwa również w krajach rozwiniętych.
Zobacz także: Bruksela zaczyna interwencję w systemie ETS. Zmiana jest ważniejsza niż się wydaje
Wojna sprzyja europejskiej energetyce węglowej
W drugim kwartale 2026 roku spodziewany jest gwałtowny wzrost wykorzystania elektrowni opalanych węglem kamiennym w porównaniu do prognoz sprzed wojny na Bliskim Wschodzie. Jednak skalę tego wzrostu będzie ograniczać dostępność mocy wytwórczych, a także rosnąca produkcja energii ze źródeł odnawialnych – informuje Montel.
Toby Hassall, główny analityk ds. węgla London Stock Exchange Group ocenia, że Niemcy w elektrowniach zużyją w drugim kwartale 1,5 mln ton węgla kamiennego wobec przewidywanych wcześniej 100 tys. ton.
Główną przyczyną jest wzrost cen gazu, związany z blokadą Cieśniny Ormuz, przez którą przepływa 20% światowych dostaw tego surowca. To natomiast ma wpływ na koszt produkcji energii elektrycznej w elektrowniach gazowych.
Niemniej – jak zaznacza Hassall – zakładane marże dla wytwarzania energii z węgla nadal nie są opłacalne w perspektywie nadchodzącego lata i wzrostu produkcji energii ze źródeł odnawialnych.
Przewidywany na maj w Niemczech wskaźnik CDS (Clean Dark Spread), czyli marża elektrowni uwzględniająca koszty paliwa oraz emisji CO2, wynosi około -11 euro/MWh dla elektrowni węglowej o sprawności 42% w porównaniu z -28 euro/MWh dla jednostki opalanej gazem o sprawności 59%.
Firma analityczna Kpler wskazuje, że z punktu widzenia cen węgiel w ostatnich tygodniach drożeje w znacznie wolniejszym tempie niż gaz, gdyż zapotrzebowanie na to paliwo w Europie jest ograniczone.
Średnia cena kontraktu na węgiel (API2) wyniosła w marcu 125 dolarów za tonę, co oznaczało wzrost o 18% w stosunku do lutego. Z kolei kontrakty na gaz (TTF) w ciągu miesiąca wzrosły o 63% – do 53 euro/MWh.
Kpler ocenia, że dostępność węgla na rynku jest wystarczająca, aby pokryć zwiększone zapotrzebowanie. Trudniejsza sytuacja jest w przypadku gazu, bo magazyny po mroźnej zimie są opustoszałe, a jeden z głównych kierunków importu, czyli Bliski Wschód, został odcięty.
Zobacz też: Terminale LNG: pełna moc bezpieczeństwa
Już blisko 50% zainstalowanych na świecie mocy to OZE
Międzynarodowa Agencja Energi Odnawialnej (IRENA) szacuje, że w 2025 roku oddano do użytku 692 GW nowych mocy w OZE. Dzięki temu ich udział w mocach ogółem zainstalowanych w globalnej energetyce wzrósł do blisko 50% – donosi Reuters.
Agencja wskazuje, że moc zainstalowana OZE osiągnęła w 2025 roku poziom 5149 GW. Za wzrost odpowiadała przede wszystkim fotowoltaika, której przybyło w minionym roku 511 GW. W sumie globalne moce w fotowoltaice sięgnęły 2392 GW. W przypadku energetyki wiatrowej wzrost wyniósł 159 GW – do 1291 GW.
Mocy odnawialnych przybyło znacznie więcej niż tych zasilanych paliwami kopalnymi, których uruchomiono 116 GW. W efekcie udział OZE w globalnych mocach zainstalowanych w energetyce w 2025 roku wzrósł do 49,4% w porównaniu z 46,3% rok wcześniej.
Reuters przypomina, że w czasie szczytu klimatycznego COP28, który odbywał w Dubaju w 2023 roku, ponad 100 krajów zgodziło się potroić moce w OZE do 2030 roku w ramach celów związanych z ochroną klimatu.
W praktyce oznacza to potrzebę średniorocznego wzrostu mocy o 16,6% w latach 2025-2030. W 2025 roku było to 15,5% wobec 15,1% rok wcześniej. Choć zatem dynamika inwestycji rośnie, to wciąż jest niższa, aby zapewnić realizację celu, który zapowiedziano podczas COP28.
Agencja przypomina również, że udział mocy zainstalowanej w OZE w światowej energetyce nie jest równoznaczne z tym, ile dostarczają one energii, gdyż ich dyspozycyjność jest niższa niż w przypadku konwencjonalnych elektrowni. Według think tanku Ember w pierwszej połowie 2025 roku OZE odpowiadały globalnie za 34% produkcji energii elektrycznej.
Zobacz również: Firmy czekają na miliardy złotych wsparcia na ciepłownicze OZE