Spis treści
Władze kompletnie niegotowe do ataków na sieć
Grupa anarchistów była w stanie spowodować w niemieckiej stolicy najdłuższy blackout od 1945 roku. To wydarzenie pokazuje słabość infrastruktury i poziom przygotowania na sytuacje kryzysowe – pisze „Financial Times”.
Dziennik wskazuje, że kilkudniowa przerwa w dostawach energii wywołała debatę na temat odporności na zagrożenia niemieckiej sieci elektroenergetycznej. Skutkami blackoutu w trakcie mroźnej zimy zostało dotkniętych około 45 tys. gospodarstw domowych i 2,2 tys. przedsiębiorstw, a ponadto szpitale, domy opieki oraz wiele innych obiektów.
Awaria nastąpiła 3 stycznia w południowo-zachodniej części Berlina, a jej przyczyną było podpalenie linii wysokiego napięcia prowadzącego z elektrowni Lichtenberg. Do odpowiedzialności za atak przyznali się aktywiści lewicowej organizacji antykapitalistycznej Volcano. Niemniej później pojawiło się też oświadczenie, według którego autentyczna grupa Volcano nie jest odpowiedzialna za ten atak.
Volcano miało już od 2011 roku niszczyć niemiecką sieć elektroenergetyczną i kolejową, a także maszty przekaźnikowe. W 2024 roku grupa była powiązana z podpaleniem słupa wysokiego napięcia w pobliżu fabryki Tesli pod Berlinem, co spowodowało wstrzymanie produkcji na kilka dni.
Zasilanie w dzielnicach dotkniętych blackoutem udało się przywrócić dopiero 7 stycznia. Operator sieci tuż po awarii informował, że poszukuje specjalistycznego personelu do przeprowadzenia „skomplikowanej operacji”.
Gromy posypały się też władze miasta, które dopiero drugiego dnia awarii ogłosiły stan wyjątkowy. Również następnego dnia do dotkniętych blackoutem dzielnic udał się burmistrz Kai Wegner (CDU), który przyznał później, że pierwszego dnia awarii grał w tenisa.
Cytowany przez „Financial Times” Manuel Atug, ekspert ds. cyberbezpieczeństwa i infrastruktury krytycznej, ocenił, że sposób radzenia sobie z kryzysem był „katastrofalny” i dodał, że politycy próbują odwrócić uwagę, skupiając się na sprawcach. Jego zdaniem, nie wszystkie niemieckie władze lokalne traktują poważnie zarządzanie kryzysowe i ochronę ludności, a do tego nie wyciągają wniosków z poprzednich incydentów związanych atakami na infrastrukturę.
– W berlińskiej sieci elektroenergetycznej brakuje też linii rezerwowych, którymi można by przekierować energię w sytuacji awarii. To dobrze znany problem, z którymi władze nie potrafiły sobie poradzić. Ponadto niektóre kable, ułożone trzy lub cztery dekady temu, wymają modernizacji – podkreślił Manuel Atug.
– Jeśli grupa niemieckich anarchistów potrafi być tak destrukcyjna, to wyobraźcie sobie, co potrafią zrobić zagraniczne służby specjalne – wskazała natomiast Alexandra Prokopenko, berlińska badaczka z amerykańskiego think tanku Carnegie Endowment for International Peace, która też doświadczyła skutków blackoutu.
Zobacz też: Ceny prądu na 2026: ile łącznie zapłacimy? Kto odczuję obniżkę?
Samo mrożenie cen energii nie uratuje niemieckiego przemysłu
Niemcy nie mogą sobie pozwolić ani na całkowitą dezindustrializację, ani na niekończące się subsydia dla przemysłu. Sukces mrożenia cen energii dla energochłonnych będzie można mierzyć nie tym, jak długo mrożenie będzie obowiązywać, tylko tym, jak szybko przestanie być potrzebne – komentuje Josephine Steppat, analityczka ds. energii na łamach portalu Montel.
Zgodnie z programem, który ma obowiązywać w latach 2026-2028, niemieckie firmy energochłonne będą mogły korzystać z gwarantowanej ceny energii na poziomie 50 euro za MWh dla połowy swojego zapotrzebowania na energię. Koszty powyżej tego pułapu cenowego zostaną pokryte przez państwo.
Program wsparcia dla przemysłu obejmuje również obniżenie opodatkowania energii i opłat sieciowych, a także zniesienie opłaty za magazynowanie gazu. Niezależnie od tego rząd ma wdrażać rozwiązania strukturalne, które przyspieszą rozwój OZE, elastyczności oraz rozbudowę i modernizację sieci, co długoterminowo ma wpłynąć na spadek cen energii.
Według założeń dzięki programowi ma poprawić się kondycja energochłonnych branż przemysłu w Niemczech, które zostały dotknięte skutkami kryzysu energetycznego, a które wciąż muszą mierzyć się z tańszą konkurencją ze strony amerykańskiego i chińskiego przemysłu. Skutkuje to redukcją mocy wytwórczych nad Renem i przenoszeniem fabryk do krajów, gdzie energia oraz inne koszty produkcji są niższe.
Josephine Steppat wskazuje, że wsparcie dla przemysłu energochłonnego w Niemczech nie jest niczym nowym, gdyż od dawna korzysta on z różnego rodzaju ulg i dotacji. Jednak zdaniem Steppat kluczowym pytaniem jest to, czy kolejne wsparcie przybliża niemiecki przemysł do długoterminowego celu związanego z transformacją energetyczną.
Takie działania wiążą się długim horyzontem czasowym, a uruchomiony program wsparcia tylko odsuwa w czasie ryzyko. Według analityczki pod względem potencjalnych pozytywnych efektów w dłuższej perspektywie bardziej przemyślanym mechanizmem wsparcia wydaje się być ten, który uruchomiono we Włoszech.
Tamtejszy program dla energochłonnych na lata 2025-2028 przewiduje zamrożenie cen dla firm na poziomie 65 euro za MWh. Jednocześnie korzystające ze wsparcia podmioty będą musiały w ciągu 40 miesięcy wybudować nowe źródła w OZE, mogące rocznie produkować dwa razy więcej energii niż dana firma kupowała w trakcie trwania programu.
Natomiast po wybudowaniu tych źródeł, produkowaną przez nie energię będzie kupowała przez 20 lat rządowa agencja w ramach kontraktu różnicowego po cenie 65 euro za MWh. Włoski rząd szacuje, że dzięki takiemu mechanizmowi wsparcia dla przemysłu może powstać 5 GW nowych mocy w OZE.
Zobacz szczegóły: W UE zaczął się wyścig po tanią, subsydiowaną energię
Na tym tle – według Josephine Steppat – wdrożony przez Berlin pakiet wsparcia jest jak konstrukcja wsporcza wokół budynku wymagającego remontu, która tymczasowo odciąża ściany i zapobiega poważnym uszkodzeniom. Jest to jednak tylko tymczasowe rozwiązanie, a kluczowe będzie to, czy jednocześnie zostanie przeprowadzony właściwy remont.
Zobacz również: Czy resort energii wie, komu obniżył opłatę jakościową?
Nie wszyscy w USA pragną wenezuelskiej ropy
Donald Trump zachęca największe koncerny do inwestycji w wydobycie wenezuelskiej ropy. Przedstawiciele mniejszych firm naftowych, którzy często wspierali finansowo powrót Trump do władzy, widzą w tym zagrożenie dla swoich biznesów w USA – analizuje „Financial Times”.
Dziennik wskazuje, że te obawy dotyczą przede wszystkim spółek zaangażowanych w eksploatację amerykańskich złóż łupkowych, dzięki którym w ostatnich latach USA stały się czołowym producentem ropy i gazu. Wśród nich znaczące grono stanowią firmy z Teksasu, gdzie dominuje poparcie dla Republikanów – również w postaci wsparcia finansowego, w tym podczas ostatniej kampanii prezydenckiej.
Jednak już w minionym roku tamtejsi nafciarze z niepokojem przyjmowali zapowiedzi Trumpa, że ten będzie dążył do obniżenia cen ropy do poziomu 50 dolarów za baryłkę. Według przedstawicieli sektora taki poziom cen surowca uczyniłby wydobycie nierentownym, a także zahamowałby inwestycje w branży.
„Financial Times” wskazuje, że ceny ropy WTI spadły o połowę o 2022 roku, gdy Rosja napadła na Ukrainę. Wówczas ceny przekraczały 120 dolarów za baryłkę, a obecnie wynoszą poniżej 60 dolarów. Agencja Informacji Energetycznej (EIA) jeszcze przed amerykańską interwencją w Wenezueli prognozowała, że cena baryłki w 2026 roku może spaść do 51 dolarów.
Dla mniejszych firm potencjalne ożywienie wenezuelskiego przemysłu naftowego oznacza więc dalsze pogłębienie nadwyżki surowca na rynku. Natomiast już w obecnych realiach liczba pracujących platform wiertniczych w USA spada – na początku 2026 roku było ich 412, czyli o 15 procent mniej niż przed rokiem. EIA przewiduje, że dzienne wydobycie w 2026 roku spadnie o 100 tys. baryłek i będzie to pierwszy spadek od czasów pandemii COVID-19.
Wzburzenie wśród nafciarzy budzi też możliwość dodatkowego wsparcia dla największych koncernów – takich potentatów jak ExxonMobil, Chevron czy ConocoPhillips – w ekspansji w Wenezueli. Nieoficjalnie takie pomysły oceniają jako „zdradę” i porzucenie wyborczego hasła „Ameryka na pierwszym miejscu”.
– Sygnał od administracji jest taki: wolimy wydawać amerykańskie pieniądze na wspieranie wenezuelskiego przemysłu naftowego, niż wspierać nasze przedsiębiorstwa w USA – skomentował na łamach dziennika Kirk Edwards, dyrektor generalny Latigo Petroleum i donator ostatniej kampanii Donalda Trumpa.
Zobacz również: Dlaczego amerykańscy politycy tak pragną wenezuelskiej ropy
Czy upadek brytyjskiego przemysłu naftowego można odwrócić?
Przez wiele dekad wydobycie ropy i gazu było podporą gospodarki Wielkiej Brytanii. Jednak XXI wiek przyniósł stopniowy regres tego przemysłu i trudno będzie ten proces zatrzymać – podkreśla „The Economist”.
Tygodnik pisze o pogarszających się nastrojach społecznych w regionach związanych z przemysłem naftowym, czyli przede wszystkim w Szkocji – na czele z Aberdeen, gdzie większość firm związanych z tym sektorem ma siedzibę.
Brytyjskie wydobycie ropy spada niemal nieprzerwanie od początku XXI wieku, gdy osiągnęło szczyt na poziomie ponad 2 mln baryłek dziennie. Obecnie wynosi około 0,5 mln baryłek.
Wraz z kurczącą się produkcją znikają kolejne tysiące miejsc pracy. W ciągu ostatniej dekady zatrudnienie w sektorze oraz w powiązanych z nim usługach spadło z 450 tys. do 200 tys. osób. Według branżowej organizacji Offshore Energies UK co miesiąc ma znikać kolejne kilka tysięcy miejsc pracy.
W tej sytuacji coraz większa krytyka płynie w stronę rządu Partii Pracy, która po przejęciu władzy od Konserwatystów utrzymała wysokie opodatkowanie branży paliwowej, wprowadzone w 2022 roku, gdy ceny ropy i gazu biły rekordy z powodu ataku Rosji na Ukrainę.
W połączeniu z ograniczeniami dotyczącymi nowych wierceń spowodowało to zastój inwestycyjny w sektorze. W 2025 roku po raz pierwszy nie zatwierdzono żadnych nowych licencji wydobywczych. Dla porównania Norwegia, która również ma dostęp do złóż na Morzu Północnym, zatwierdziła 40 nowych projektów.
Partia Pracy krytykowana jest również za wcześniejsze zapowiedzi, według których spadek zatrudnienia w sektorach ropy i gazu miał być zastępowany w ramach sprawiedliwej transformacji przez „zielone” miejsca pracy w branżach związanych z transformacją energetyczna. Jak dotąd realizacja tych zapowiedzi nie spełnia oczekiwań.
„The Economist” wskazuje, że do odbudowy przemysłu naftowego nawołują znajdujący się w opozycji Konserwatyści oraz populistyczna partia Reform UK. Miałoby to pobudzić inwestycje w północnych regionach kraju oraz wesprzeć brytyjską gospodarkę.
Tygodnik zwraca jednak uwagę, że taka odbudowa będzie trudna, a brytyjskiego sektora naftowego nie można porównywać do norweskiego. Brytyjskie złoża są znacznie mniejsze i starsze, a także potrzebują wyższych cen surowca, aby dawać gwarancje rentownej inwestycji w wydobycie.
Tymczasem ceny ropy na globalnym rynku spadają i trend ten ma się utrzymywać z powodu rosnącej nadpodaży surowca. Nadwyżkom sprzyja zarówno niski wzrost światowej gospodarki czy rozwój elektromobilności (zwłaszcza w Chinach), jak i rosnąca produkcja ropy w takich krajach jak Gujana czy Brazylia.
Międzynarodowa Agencja Energetyczna przewiduje w 2026 roku globalną nadwyżkę na poziomie prawie 4 mln baryłek dziennie. Natomiast bank JPMorgan Chase uważa, że nadpodaż surowca może w tym roku obniżyć ceny ropy do nieco ponad 50 dolarów za baryłkę, a pod koniec 2027 roku mogą one wynosić zaledwie 30 dolarów.
Zobacz także: Greenpeace kontra Polskie Sieci Elektroenergetyczne: spór o rolę gazu w energetyce
