Spis treści
Europejska chemia w pogłębiającym się kryzysie
Choć wojna na Bliskim Wschodzie przyniosła pewną ulgę w postaci trudności dla azjatyckich konkurentów, to spowodowała też wzrost cen surowców i energii. Jednocześnie zamykanie kolejnych fabryk oznacza dla przemysłu chemicznego w Europie coraz większą erozję dotychczasowych łańcuchów wartości – analizuje „Financial Times”.
Dziennik przytacza opinie przedstawicieli branży, według których nawet zakończenie konfliktu na Bliskim Wschodzie i odblokowanie Cieśniny Ormuz niewiele zmieni w ogólnej sytuacji sektora. W praktyce będzie po prostu oznaczało powrót do sytuacji, w której Azja czy USA mają dużą przewagę konkurencyjną dzięki tańszej energii i mniejszym obciążeniom regulacyjnym.
Przemysł zwraca też uwagę na kolejny czynnik, który przyczynia się do pogłębiającego kryzysu. Według branżowego stowarzyszenia Cefic, liczba zamknięć zakładów w Europie wzrosła sześciokrotnie w ciągu ostatnich czterech lat, co doprowadziło do utraty prawie jednej dziesiątej mocy produkcyjnych i 20 tys. miejsc pracy. Natomiast poziom inwestycji w 2025 roku spadł o ponad 80%.
Firmy chemiczne wskazują, że zamykanie kolejnych fabryk wpływa na dotychczasowe łańcuchy wartości, jakie przez dziesięciolecia tworzyły się w różnych częściach Europy. Szczególnie jest to widoczne na przykładzie największego europejskiego zagłębia przemysłu chemicznego, skupiającego zakłady na terenie Holandii, Belgii i Niemiec.
„Financial Times” wyjaśnia, że zakłady produkcyjne w tej branży zazwyczaj działają w klastrach, aby korzystać ze wspólnej infrastruktury, a materiały wyprodukowane przez jedną firmę często trafiają do sąsiedniej, gdzie służą jako surowiec do wytwarzania innych produktów. Dotyczy to również produktów ubocznych, które dla jednego zakładu są zbędnym odpadem, a dla innego mogą stanowić kluczowy surowiec.
Gdy z takiego łańcucha powiązań wypadają kolejne firmy, to tracą na tym łańcuchy wartości również innych podmiotów, a problemy z rentownością produkcji rozlewają się po branży. W efekcie zdolność Europy do produkcji podstawowych chemikaliów systematycznie spada.
Co prawda sektor chemiczny UE – według danych po 10 miesiącach 2025 roku – wciąż notował nadwyżkę handlową w wysokości 31 mld euro, to Cefic zaznacza, że była ona o ponad 7 mld euro niższa w porównaniu z analogicznym okresem 2024 roku. Ponadto wynikała ona wyłącznie z eksportu specjalistycznych chemikaliów, a nie podstawowych surowców, które mają kluczowe znaczenie dla obłożenia mocy produkcyjnych.
Zobacz także: Polska gospodarka rośnie, ale prądu nie zużywa już tak jak dawniej
Sieciowi spekulanci znaleźli nowy biznes. Tym razem chodzi o centra danych
Posłuchaj artykułu:
Popyt na LNG w Azji ma swój krytyczny pułap cenowy
Rozwijające się kraje Azji są postrzegane przez dostawców LNG jako jeden z kluczowych rynków pod kątem przyszłego zapotrzebowania na gaz. Muszą jednak brać pod uwagę to, że przy dalszym wzroście cen energii produkowanej z gazu coraz bardziej atrakcyjną alternatywą stają się tam fotowoltaika i magazyny energii – pisze David Fickling, publicysta Bloomberga.
Fickling dodaje, po ponad dwóch miesiącach od wybuchu wojny na Bliskim Wschodzie średnie ceny gazu w Azji kształtują się na poziomie powyżej 50 dolarów/MWh, a koszt energii wytwarzanej z tego surowca można natomiast szacować na ponad 100 dolarów/MWh.
Ceny mogą rosnąć nadal, jeśli blokada Cieśniny Ormuz będzie się przedłużać. Z wyliczeń Bloomberga wynika, że już aktualny pułap cen energii z gazu czyni ją mniej konkurencyjną w stosunku do coraz bardziej stabilnych dostaw z fotowoltaiki i magazynów energii.
W Malezji czy Filipinach koszty takiego źródła są szacowane na 70-80 dolarów/MWh, a Indiach nawet poniżej 50 dolarów. Sprzyja temu wysokie nasłonecznienie i dostęp do taniejących technologii z Chin. W tej sytuacji rosnące koszty importu paliw tym bardziej motywują takie kraje jak Bangladesz, Pakistan czy Wietnam do sięgania po alternatywne rozwiązania.
Tymczasem rozwijające się kraje Azji Południowo-Wschodniej dotychczas były przez producentów gazu postrzegane jako kluczowe – obok Chin – pod kątem przyszłego wzrostu zapotrzebowania na LNG. To właśnie ten region świata miał wchłonąć nadwyżki surowca, które według prognoz mają pojawić się w ciągu najbliższych kilku lat w związku z uruchamianiem kolejnych terminali eksportowych LNG – zwłaszcza w USA.
Jednak im więcej rosnącego zapotrzebowania energię będą w stanie pokryć źródła odnawialne i magazyny energii, tym mniejsze będą potrzeby związane z budową nowych elektrowni gazowych. W efekcie ich rola coraz bardziej będzie się ograniczać do pracy nocnej i rezerwowej.
David Fickling podkreśla, że wydarzenia na Bliskim Wschodzie, który dla wielu krajów Azji jest głównym kierunkiem dostaw gazu i ropy, a także związany z tym wzrost cen na globalnym rynku, stanowi wyraźny sygnał do zmniejszania zależności od tych surowców.
Publicysta Bloomberga zaznacza też, że LNG nadal będzie tam potrzebne jako surowiec dla przemysłu i transportu, ale w energetyce jego perspektywy wydają się być coraz słabsze. Taką świadomość muszą mieć też eksporterzy gazu, którzy oczekiwali innego scenariusza.
Zobacz także: Bruksela zostawia kryzys energetyczny rządom
Kosztowny nakaz pracy dla elektrowni węglowych w USA
Wkrótce minie rok od wydania przez administrację Donalda Trumpa nakazu dalszej pracy dla pięciu elektrowni węglowych. Ich właściciele podkreślają, że dalsze utrzymanie tych jednostek kosztowało już kilkaset milionów dolarów, choć niektóre z nich nawet nie produkowały w tym czasie energii – donosi „The New York Times”.
Dziennik przypomina, że ubiegłoroczny powrót Trumpa do Białego Domu pociągnął za sobą działania mające wesprzeć amerykańskich producentów węgla – nie tylko pod kątem wydobycia, ale również większego wykorzystania tego surowca przez energetykę.
Dlatego m.in. federalna Agencja Ochrony Środowiska złagodziła wymogi dotyczące emisji gazów cieplarnianych i rtęci z elektrowni. Ponadto pojawiły się też możliwości związane z pozyskaniem rządowego wsparcia dla modernizacji jednostek węglowych.
Dzięki tym działaniom, a także rosnącemu zapotrzebowaniu na energię, związanego z rozwojem centrów danych, w 2025 roku pierwszy raz od wielu lat wzrosła produkcja energii z węgla – o 13% względem 2024 roku.
„The New York Times” wskazuje jednak, że nie wszyscy właściciele elektrowni węglowych są zadowoleni z działań administracji Trumpa. Przede wszystkim chodzi o właścicieli pięciu elektrowni, którym Departament Energii już niemal od roku nakazuje utrzymanie gotowości do pracy.
Nakaz jest uzasadniany „kryzysem energetycznym” i potrzebą zapewnienia dostaw energii. W praktyce chodzi o elektrownie, które były planowane do zamknięcia z powodów ekonomicznych. Na początku 2025 roku operatorzy węglówek w USA zakładali wyłączenie z eksploatacji ponad 8 GW mocy, a ostatecznie udało się odstawić mniej niż jedną trzecią z tej puli.
Departament Energii systematycznie przedłuża nakaz pracy o kolejne trzy miesiące i nie zanosi się na to, aby tej praktyki zaprzestał. Władze stanów Michigan, Minnesota oraz Illinois, a także liczne organizacje pozarządowe uważają działania rządu za bezprawne i walczą w sądach o ich wstrzymanie.
Z kolei właściciele elektrowni podkreślają, że koszty ich utrzymania są liczone w setkach milionów dolarów, choć niektóre z nich w ciągu ostatniego roku nawet nie wyprodukowały żadnej energii. Koszty są związane m.in. z utrzymywaniem pracowników oraz zapasów paliwa, a także przeprowadzaniem nieplanowanych wcześniej remontów. Według firm energetycznych znacząca część tych kosztów będzie musiała zostać przerzucona na odbiorców energii.
Zobacz również: Bankowcy przyzwyczaili się, że OZE zawsze dostają wsparcie. Czas zacząć się odzwyczajać
Falowniki pod lupą Brukseli. Czy Europa odetnie się od chińskich technologii?
Posłuchaj artykułu:
Indie stawiają w budowę wielkich pieców
Do 2035 roku Indie chcą osiągnąć produkcję stali poziomie 400 mln ton rocznie. Za większość nowych mocy wytwórczych ma odpowiadać technologia wielkopiecowa – wskazuje „Financial Times”.
Dziennik powołuje się na raport Global Energy Monitor, według którego w fazie rozwoju obecnie znajdują się projekty dotyczące wielkich pieców o łącznych mocach wytwórczych na poziomie 319 mln ton – o 5% więcej niż rok wcześniej.
Oprócz inwestycji w nowe piece istotne znaczenie mają także modernizacje istniejących mocy, co według autorów raportu oznacza wydłużenie ich pracy o kolejne 15-20 lat. W efekcie impuls do przechodzenia na mniej emisyjne technologie jest osłabiany nie tylko przez budowę nowych hut wielkopiecowych, ale też wydłużanie eksploatacji już istniejących zakładów.
Łącznie globalne moce wytwórcze hut stali wynoszą ponad 2,2 mld ton rocznie, z czego 66% przypada na technologię wielkopiecową. Jednocześnie odpowiada ona za 88% emisji CO2 związanych z produkcją stali.
Najwięcej mocy wytwórczych w wielkich piecach jest w Chinach – około 886 mln ton, które przewyższają swoimi zdolnościami kolejne producenta przeszło dziesięciokrotnie. Drugie miejsce zajmują Indie (86 mln ton), a następnie Japonia (77 mln ton), Korea Południowa (53 mln ton) i Rosja (52 mln ton).
„Financial Times” podkreśla, że Indie odpowiadają obecnie za ponad 60% rozwijanych mocy wielkich pieców, co jest związane z planami osiągnięcia możliwości produkcji 400 mln ton stali rocznie do połowy przyszłej dekady.
W sumie te plany obejmuje wielkie piece o wydajności 212 mln ton rocznie. Kolejne pod tym względem są Chiny (68 mln ton), Indonezja (21 mln ton), Wietnam (15 mln ton) oraz Malezja (12 mln ton). Według Global Energy Monitor plany inwestycyjne Indii stanowią obecnie największe zagrożenie dla dekarbonizacji hutnictwa stali.
Zobacz również: Bruksela zaczyna interwencję w systemie ETS. Zmiana jest ważniejsza niż się wydaje
