Spis treści
Od kilku miesięcy toczy się debata na temat potrzeby dofinasowania URE.
Czytaj również: Biedne URE nie dźwignie transformacji energetycznej
Moim zdaniem dorzucenie regulatorowi 20 czy 180 mln złotych rocznie jest wrzucaniem pieniędzy do instytucji nieprawidłowo zbudowanej, która nie ma zagwarantowanej niezależności od zmiennej władzy politycznej.
W krótkim terminie dorzucenie tych pieniędzy spowoduje przyspieszenie procesów taryfikowania czy innych prostych działań administracyjnych. Będą miały z tego pożytek setki firm czekających na załatwienie takich jednostkowych spraw, ale nie dotkniemy jądra problemu, który zafundowali nam politycy od roku 1997.
Czytaj również::Urząd Regulacji Energetyki to element transformacji o którym zapomniano
Szefowie polskiego URE, tak jak praktycznie cała polska administracja są zależni od zmiennych układów politycznych. Wynika to z niskich zarobków, ale przede z tego, że kariera danej osoby zależy od głównych przedsiębiorstw tego sektora i ich zwierzchników politycznych.

Z pozoru w Niemczech system regulacji jest podobny ale BNetzA działa inaczej niż URE i nie jest to tylko kwestia pieniędzy.
Nasz regulator powinien mieć zapewnioną niezależność personalną w sposób, jaki jest stosowany w stanach Georgia czy Luizjana w USA. Stan jest podzielony na pięć okręgów, a ich organ regulacyjny składa się z pięciu osób o kadencjach „na zakładkę”, wybieranych przez obywateli i nieusuwalnych przez czas tej swojej kadencji.
Obieralny, pięcioosobowy organ nie wykonuje poleceń polityków, choć oczywiście w głosowaniu może brać je pod uwagę.
Wiele innych stanów w USA ma podobne systemy uniezależnienia organu regulacyjnego od decyzji aktualnie rządzących polityków.
Jednak nie wybór przez obywateli, właściwy zresztą dla wielu urzędów w USA, jest najważniejszy.
Jawne procedury w USA, poufne w Polsce
Najistotniejszym zagadnieniem jest system ustalania taryf. W Polsce decydują o tym politycy poprzez właściwe przepisy. Całość procesu taryfowania jest poufna, a argumenty stron nie są dostępne publicznie.
Decyzje o tym dlaczego kogoś nie można przyłączyć w danej lokalizacji są nie do podważenia, bo nie ma dostępu do wielu źródłowych danych o pracy sieci – zatem nie można ich wykorzystać jako dowodu w sporze z przedsiębiorstwem sieciowym.
W USA proces taryfowania jest całkowicie jawny, wnioski o te taryfy oraz sposób uwzględnienia w nich określonych grup kosztów są jawne, przesłuchania na temat zatwierdzenia tych taryf są jawne, stowarzyszenia konsumentów, lokalne spółki sieciowe oraz NGO-sy mogą składać wnioski itd.
W Georgii i wielu innych stanach jest nawet rzecznik publiczny konsumentów aktywnie uczestniczący w tych procedurach. Rozbudowany proces dowodowy umożliwia zainteresowanym zrozumienie skutków każdej istotnej decyzji.
W USA inwestycje prywatne… koszty też
Warto też wiedzieć, że w USA duże obiekty infrastrukturalne np. rurociągi gazowe czy linie energetyczne mogą być budowane albo jako prywatna inwestycja (z zasadą, że udziałowiec ma prawo do odpowiedniej części zdolności przesyłowej i może nią handlować dość swobodnie) z taryfami, jakie sobie udziałowcy ustalą, albo jako publiczne obiekty. Wtedy jednak obowiązuje zasada dostępu stron trzecich i ostre zasady taryfowania.
Właśnie dzięki tym zasadom amerykańskie terminale LNG sfinansowały (z pieniędzy swoich zagranicznych klientów, w tym polskich firm) budowę „prywatnych” gazociągów, którymi pobierają gaz ze złóż w dalszych częściach Teksasu i innych stanów.
W USA to niezależni regulatorzy decydują jaki ma być układ wniosku taryfowego i czy można uśredniać pewne koszty na różne grupy odbiorców.
W USA istniejący odbiorcy nie są obciążani znacznymi kosztami przyłączania nowych odbiorców do tej samej sieci. Również przyłączanie nowych wytwórców niepotrzebnych dla już istniejących grup odbiorców nie może być (w zasadzie) przerzucane na odbiorców – chyba, że nowi wytwórcy w pełni zastępują tych, co kończą swoją działalność itd. itp.
Niezależność regulatorów w części USA irytuje z administrację prezydenta, bo nie ma na nich wpływu. Regulatorzy mają ma „wyłączną władzę” do ustalania „sprawiedliwych i rozsądnych” stawek (just and reasonable rates) dla podmiotów podlegających jego jurysdykcji (regulowane, przedsiębiorstwa użyteczności publicznej).
Przykładowo regulatorzy stanowi zaczęli w roku 2025 żądać od inwestorów w nowe centra danych podpisania zobowiązania do zapłaty 85% kosztów zapewnienia im dostaw energii (koszty przyłącza plus nowe moce na okresy szczytowego zapotrzebowania), czyli gwarancji zapłaty za te koszty nawet w sytuacji jeśli nie uruchomią swoich inwestycji w terminie.
Z drugiej strony regulatorzy chronią finanse przedsiębiorstw sieciowych, bo muszą zapewniać im możliwość uzyskania rozsądnej stopy zwrotu i utrzymania zdolności kredytowej (standard wywodzony także z orzecznictwa Sądu Najwyższego USA). Nie ma zatem możliwości zatwierdzania jakiejś inwestycji bez wyjaśnienia skąd będą środki oraz, czy nagle operator nie stanie przed bankructwem.
Oczywiście system w USA nie jest idealny, a spory o sposób wyliczania taryf (i o wzrastające opłaty mocowe) są na porządku dziennym.
Wszystkie grzechy URE
Istnieje długa lista tematów, w których URE nie podejmowało działań przez lata choć problem narastał – jak choćby wydanie kilkunastu tysięcy MW warunków przyłączenia do sieci, które nie miały zdolności do zapewnienie przesyłu takich ilości energii. To URE nie podjęło wystarczająco wcześnie działań, aby zmusić operatora systemu gazowego do budowy odpowiednich magazynów gazu i dodatkowych FSRU.
To URE zatwierdziło standard dla 6 mln liczników „inteligentnych”, które są zbyt mało inteligentne i nie da się wprowadzić obowiązkowo taryf dynamicznych.
Przez te ponad 27 lat URE podejmowało tylko niekontrowersyjne decyzje tak, aby się nie narazić wpływowym lobbies.
Sytuacja sektora Anno Domini 2025 jest właśnie pośrednio skutkiem takiego, a nie innego ukształtowania praw i obowiązków URE.
Nie jest to wina ludzi, którzy tam pracowali czy pracują – oni po prostu zostali wrzuceni w te tryby. Tak jak chrześcijanie wrzuceni na arenę w Rzymie do walki z doświadczonymi gladiatorami.
Dziesiątki firm działających w Polsce są zadowolone z nieudolności tego organu regulacyjnego i wcale nie potrzebują zmian.
Polskim problemem są oczywiście niezwykle niskie zarobki kierowniczych osób w URE (w stosunku do gigantycznej władzy nad miliardowymi inwestycjami), co pokazały oba cytowane artykuły. A przez to osoby kierujący URE, choć formalnie nieusuwalne, to koniec końców swoją ścieżkę życiową widzą w pracy w sektorze prywatnym za lepsze pieniądze.
Jak powinien wyglądać nowy regulator
.„Nowe URE” powinno mieć prawo swoimi decyzjami odtajniania wielu danych sektora celowo ukrywanych przez podmioty w tym np. opublikowanie wszystkich nazw podmiotów czekających na przyłączenie z podaniem lokalizacji miejsca przyłączenia oraz tego, kiedy uzyskały one te warunki. Dotyczy to także odtajnienia danych o wielu sprawach technicznych – w tym o przyczynach każdej istotnej awarii w sektorze, która miała skutki cenowe dla rynku czy skutki inwestycyjne.
„Nowe URE” powinno dostać jasne i precyzyjne uprawnienia w kwestii zgody na dalsze wyłączanie i jakich obiektów. Dziś mówi o tym liczący jedno zdanie artykuł prawa energetycznego.
Proces wydawania zgody na wyłączenie jakiegoś bloku powinien być przezroczysty, tak jak to jest w USA, z możliwością zaskarżania takiej decyzji przez podmioty, które obawiają się o bezpieczeństwo systemu.
Od czasu katastrofy kwietniowej w Hiszpanii i Portugalii zezwalanie na wyłączenie niektórych bloków ma krytyczne znaczenie i nie można tego zostawić tylko w rękach osoby, czy osób kontrolowanych tylko przez polityków.
„Nowe URE” powinno zdecydować, czy akceptuje poziom taryf jakie otrzymywać będą uprzywilejowane projekty jądrowe, w tym formuły przenoszenia nieznanych lub nadmiernych kosztów budowy tych obiektów na odbiorców energii.
Jak na razie rząd obiecał już 60 mld złna projekt, który ani nie ma ustawy o jego finansowaniu, ani decyzji Prezesa URE akceptującej sposób podziału kosztów obiektu na różne grupy taryfowe w różnych regionach kraju.
„Nowe URE” potrzebuje kadry, aby przygotować się do sytuacji, w której nie będziemy mogli wypełnić z przyczyn finansowych zasad dekarbonizacji sektora. Według mnie EC Będzin to dopiero pierwszy test – potrzebna będzie jasna procedura wyłączania obiektu ciepłowniczego lub obiektu energetycznego z powodu jego upadłości lub niezdolności do regulowania zobowiązań finansowych z tytułu ETS.
Czytaj również: Scenariusz dla elektrowni węglowych jest już gotowy
Warto także dodać prosty zapis, jaki istniał w roku 1997 – pracownicy merytoryczni nowego URE mają zarabiać co najmniej średnią z sektora, który nadzorują. Ten prosty zapis istniał prawie 30 lat temu, ale został uchylony.
Wraz z ustawowymi zmianami w samym URE koniecznym byłoby „przy okazji” wzmocnienie niezależności PSE i Gaz-Systemu od rządu RP . Np. 1/3 rady nadzorczej i 1/3 składu zarządu powinna być wybierana w konkursie organizowanym przez URE.
Długa ręka polityków wymaga także tutaj istotnego skrócenia, bo widać było w przeszłości jakie skutki ta ingerencja powodowała.
Dopiero wspólne działania i URE i operatorów sieci przesyłowej dadzą jakieś rezultaty.
Jeśli taka ustawa weszłaby w życie, to kolejnym krokiem byłoby dorzucenie można by dorzucić do „nowego URE” 120-180 mln złotych rocznie.
Niezależność nowego URE nie może być oczywiście absolutna. Musi istnieć realna możliwość odwołania się od decyzji nowego URE do wyspecjalizowanego sądu, który także powinien być wzmocniony, bo dziś na wyroki Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów czeka się kilka lat.
Dopóki nie ma opisanej prawdziwej niezależności URE oraz transparentności jego działań uważam, że dosypywanie dodatkowych publicznych pieniędzy na „stare” URE nie ma sensu.
