Energetyka po 100 latach wraca do źródeł: ogromnych inwestycji w OZE

Energetyka po 100 latach wraca do źródeł: ogromnych inwestycji w OZE

W dniu odzyskania przez Polskę niepodległości, 11 listopada 1918 roku, gotowy był już plan elektryfikacji kraju. Miał się opierać na energetyce wodnej. W czasach PRL wygrał jednak węgiel. Po stu latach ponownie wracamy do gigantycznych inwestycji w „zielone” elektrownie.

Polska wyszła z I wojny światowej niepodległa, ale zrujnowana gospodarczo. Niemcy rozbierali i wywozili nawet trakcje tramwajowe, a Rosjanie ukradli, zdeponowane u siebie na początku wojny, majątki polskich przemysłowców z Królestwa. W kraju płacono kilkoma walutami, stosowano odmienne przepisy i miary.

U zarania II Rzeczpospolita była zacofana względem uprzemysłowionego Zachodu pod wieloma względami – także rozwoju elektroenergetyki. Jak można przeczytać w, wydanej przez WysokieNapiecie.pl w 2018 roku, książce „Wiek energetyków”, podczas gdy w państwach lepiej rozwiniętych elektrownie okręgowe obejmowały już ogromne obszary, docierając nawet do małych miasteczek i większych wsi (w 1918 roku 34 proc. obywateli Czechosłowacji miało już dostęp do elektryczności), Polska wciąż była państwem rolniczym, gdzie elektroenergetyka opierała się na lokalnych elektrowniach zlokalizowanych tylko w dużych miastach.

W 1918 roku roczne zużycie energii elektrycznej per capita w chwili odzyskania niepodległości wynosiło w Polsce ok. 38 kWh. Dla porównania w Czechach było to już blisko 90 kWh/os., a w Niemczech jeszcze przed wielką wojną przekroczyło 200, podczas gdy w USA dochodziło do 400 kWh.

Zobacz także: Jak wyglądała polska energetyka w 1918 roku?

Plany elektryfikacji z czasów zaborów

Gdy 11 listopada 1918 roku Niemcy podpisały kapitulację, a Rada Regencyjna przekazała naczelne dowództwo Józefowi Piłsudskiemu, istniały już jednak plany elektryfikacji całego zjednoczonego kraju, tworzone przez polskich elektrotechników jeszcze pod zaborami i podczas wojny.

Już półtora roku wcześniej, w kwietniu 1917 roku, w Warszawie zorganizowany został zjazd polskich techników ze wszystkich trzech zaborów. Uznali oni jednomyślnie, że „należy dążyć do zaopatrzenia naszych miasteczek a nawet wsi w oświetlenie elektryczne żarowe, jako stanowiące jeden z najważniejszych czynników podnoszenia się poziomu kultury kraju” oraz, że należy szybko powołać urząd elektryfikacyjny, „któryby podjął badania naturalnych źródeł energii, opracował zasady elektryfikacyi i ujął w swe ręce kontrolę nad celowością budujący się elektrowni i sieci”.

Rozwijając te postulaty Alfons Kühn tłumaczył w swoim referacie, że zamiast budować małe elektrownie węglowe rozsiane po kraju i dowozić do nich węgiel, należałoby zbudować krajowy system elektroenergetyczny, dzięki któremu moglibyśmy wykorzystać energię odnawialną elektrowni wodnych. „Spadków wodnych przewieźć nie możemy, o ile więc ich nie użytkujemy na miejscu, ginie bezpowrotnie ukryta w nich energia. Powstaje zatem sprawa przetworzenia energii cieplnej, czy wodnej, na miejscu w energię elektryczną i przesłanie dopiero tej ostatniej za pomocą sieci przewodów wysokiego napięcia” – przekonywał.

„Ale, nie dość by energia elektryczna była wszędzie, ona musi być prócz tego tania [...]. Dotychczasowy system budowania małych elektrowni miejscowych, poruszanych przy użyciu przeważnie przywożonego węgla, daje wynik przypuszczalny następujący: […] Gdybyśmy więc ten system nadal stosowali, wypadałoby nam wydać na zbudowanie elektrowni 2 miliardy rubli, a koszt wytwarzania energii równałby się 550 milionom rubli rocznie. Jeżeli zbudujemy wielkie elektrownie w miejscach, gdzie są siły przyrody do zużycia i pokryjemy cały kraj siecią […] wydalibyśmy na budowę 1,2 miliarda rubli, oszczędzając jednorazowo 800 milionów, rocznie wytwarzanie kosztowałoby 330 mil. przy oszczędności 220 milionów rubli” – wyliczał Kühn. „Ale stosowanie tej drugiej metody możliwe jest, gdy elektryfikacyą zajmuje się państwo” −  dodał.

Tworzone przez niego plany, przejęte następnie przez polski rząd (w którym sam przez kilka lat był ministrem) zakładały więc budowę dużych elektrowni wodnych w Karpatach i połączenie ich z elektrowniami cieplnymi i odbiorcami zlokalizowanymi w Zagłębiu Staropolskim, Warszawie i Poznaniu, a z czasem z kolejnymi regionami.

Elektryfikacja Pomorza

Zanim jednak rząd skonkretyzował plany elektryfikacji kraju i – przede wszystkim − sposób ich finansowania minęło kilka lat. W tym czasie sprawy we własne ręce brali przedsiębiorcy tacy jak menadżerowie polskich oddziałów Siemensa i AEG, którzy już w grudniu 1918 roku założyli koncern „Siła i Światło”, którego spółka-matka była pierwszą spółką akcyjną zarejestrowaną w II Rzeczpospolitej. Jeszcze w tym samym miesiącu „Siła i Światło” zaczęła rozmowy z niemieckimi firmami, na temat odkupienia od nich elektrowni znajdujących się na terenie Polski oraz zachodnioeuropejskimi i amerykańskimi inwestorami, którzy zechcieliby te inwestycje sfinansować.

Zobacz także: Siła i Światło: 100 lat pierwszego polskiego koncernu energetycznego

Gdy w styczniu 1920 roku polskie władze przejęły Kujawy i Pomorze, sprawy we własne ręce przejęli także tamtejsi energetycy, w tym wykształcony na Politechnice Gdańskiej, przez lata pracujący w Siemensie i walczący o odzyskanie przez Polskę niepodległości Alfons Hoffmann. Jako urzędnik odpowiedzialny za elektryfikację Pomorza przejął on nadzór nad – rozpoczętą przez Niemców w 1914 roku – budową elektrowni wodnej o mocy 4 MW w Gródku. Gdy inwestycja weszła w kluczową fazę, Hoffmannowi – pomimo bardzo trudnej sytuacji ekonomicznej kraju − udało się namówić ministra przemysłu i handlu Gabriela Narutowicza, który przez lata wybudował wiele hydroelektrowni w państwach Europy Zachodniej, na państwową pożyczkę, która sfinansowała zakup kluczowych urządzeń. Wykonanie wielu innych elementów elektrowni Hoffmann zlecił polskim firmom, nie tylko ze względu na koszty, ale też na chęć rozwoju polskiego przemysłu.

Sukces „Gródka” był na tyle duży, że chwilę później Hoffmann pozyskał kolejną pożyczkę z Banku Gospodarstwa Krajowego i rozpoczął budowę dwukrotnie większej elektrowni wodnej „Żur”, wraz ze 140-killometrową linią wysokiego napięcia (60 kV) do budowanego właśnie portu w Gdyni. Tam z kolei, ze względu na ryzyka zimowego spadku produkcji w tych – największych w Polsce – elektrowniach wodnych (spowodowanych zamarzaniem rzek), „Gródek” wybudował szczytową i zapasową elektrownię węglową. Do tej sieci dołączyły też Grudziądz i Toruń, tworząc najrozleglejszy w II RP system elektroenergetyczny.

Negocjacje z Amerykanami

W końcu w 1924 roku rząd usiadł do stołu rozmów na temat elektryfikacji Polski z American-European Utilities Corporation (AEUC), utworzonego m.in. przez Rockefellerów, kontrolowanego przez nich banku Chase, koncernu Westinghouse i wielu innych inwestorów z USA. Podpisana w 1925 roku umowa przedwstępna przewidywała elektryfikację obszarów pomiędzy Górnym Śląskiem, Zagłębiem Dąbrowskim, Częstochową, Łodzią, Warszawą i Lublinem, a więc najważniejszymi ośrodkami gospodarczymi Polski. Amerykanie mieli też zbudować dużą elektrownię wodną na Dunajcu. Ministerstwo szacowało, że już w pierwszych latach na realizację zaplanowanych inwestycji potrzebnych będzie 30 mln dol. (to równowartość dzisiejszych 20 mld zł). Dla porównania wszystkie wpływy podatkowe budżetu państwa wyniosły w 1923 roku 45 mln dol., a cały budżet roczny nieznacznie przekraczał 100 mln dol. Koszty inwestycji były więc, dla biednej Polski, wprost niewyobrażalne. Aby je sfinansować, AEUC miało otrzymać koncesję na 60 lat, czyli do lat 80-tych XX wieku. Projekt umowy szybko trafił jednak na ostry sprzeciw. W rozmowach u premiera zaniepokojenie propozycją Amerykanów wyrażali przedstawiciele przemysłu, oponowała Państwowa Rada Elektryczna i Zrzeszenie Elektrowni Kopalnianych. Pod ich naciskiem od rozmów odstąpiono.

Zaledwie rok później Ministerstwo Robót Publicznych rozpoczęło negocjacje z inną amerykańską firmą – W. A. Harriman and Co. z Nowego Jorku. Harriman był młodym bankierem inwestującym pieniądze ojca – barona kolejowego, który tuż po I wojnie światowej zajmował 11. miejsce na liście najbogatszych Amerykanów wg Forbesa (Henry Ford był trzy miejsca przed nim).

Harriman ustalił z rządem podobny projekt inwestycji, co poprzednicy. W pierwszych pięciu latach powstać miało 450 km linii przesyłowych o napięciu 100 kV, łączących największe ośrodki przemysłowe: Warszawę, Łódź i Radom z elektrowniami węglowymi na Śląsku i – mającą powstać – elektrownią wodną w Rożnowie o mocy przynajmniej 30 MW. W tym czasie Amerykanie mieli przyłączyć do sieci na obszarze objętym koncesją wszystkie miasta liczące ponad 5 tys. mieszkańców, a w kolejnej pięciolatce także liczące ponad 3 tys. W ciągu pierwszej dekady Harriman i spółka mieli wpompować w elektryfikację środkowej Polski przynajmniej 25 mln dol., a w ciągu kolejnych pięciu dekad jeszcze 75 mln dol. Umowa miała obowiązywać do 1989 roku. Negocjacje ponownie były torpedowane i w końcu zakończyły się fiaskiem.

Kilka lat później natura przypomniała politykom najważniejszy z powodów, dla których zapora i hydroelektrownia na Dunajcu miały powstać. W lipcu 1934 roku doszło do ogromnej powodzi. Według rządowych szacunków przyniosła ona Polsce 75 mln zł strat.  Dla porównania koszt zapory, planowanej od blisko dwóch dekad, wyniósłby 45 mln zł. Dopiero po powodzi budowa zapory ruszyła. Równolegle ruszyło projektowanie linii Rożnów-Mościce-Starachowice-Warszawa. Obie budowy wpisywały się w ostatni wielki projekt inwestycyjny II RP – Centralny Okręg Przemysłowy.

Zobacz także:  Jak Rockefeller miał elektryfikować Polskę - bilans XX-lecia międzywojennego

Inwestycje XXI wieku

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że plany elektryfikacji II Rzeczpospolitej to wyzwanie porównywalne z dekarbonizacją naszej gospodarki, którą zakłada – ratyfikowane przez Polskę w 2016 roku – Porozumienie paryskie.

Z kolei inwestycje w wielkie (jak na owe czasy) elektrownie wodne przypominają skalą dzisiejsze plany inwestycji w morskie farmy wiatrowe. Koszt budowy pierwszych 6 GW wiatraków na Bałtyku może wynieść, wraz z budową podmorskich sieci, ok. 70 mld zł. Dla porównania kapitalizacja giełdowa największej polskiej spółki energetycznej – Polskiej Grupy Energetycznej – to 11 mld zł. Dlatego, podobnie jak na początku XX wieku, wszystkie polskie spółki zaangażowane w te inwestycje (PGE, Orlen, Polenergia) pozyskały już lub właśnie wybierają współinwestorów.

Te inwestycje także będą wymagać rządowego wsparcia. Projekt ustawy gwarantującej dochody inwestorom na 25 jest już procedowany przez rząd. Jednak, podobnie jak blisko 100 lat temu, prace nad nim także stale się wydłużają. Podobnie jak w przypadku budowy hydroelektrowni przed setką lat, tak i w przypadku morskich farm wiatrowych na Bałtyku rząd upatruje szansy na rozwój krajowego przemysłu.

Oby historycy oceniający za kolejne 100 lat nasze dzisiejsze zmagania z energetycznymi wyzwaniami ocenili je jako wykorzystane szanse, które pozwoliły Polsce rozwinąć gospodarkę i nareszcie dogonić pod względem ekonomicznym Zachód. Tego możemy sobie życzyć w Narodowe Święto Niepodległości.

Zobacz także krótką historię polskiej energetyki w formie klipu powstałego w części na bazie "Wieku energetyków":

Rynek energii wspiera

Zielone technologie rozwija

Zobacz także...

Komentarze

Patronat honorowy

Partnerzy portalu

PSE