Spis treści
Czy tankowce z ropą dopłyną do celu
Około jednej piątej światowych morskich dostaw ropy i skroplonego gazu ziemnego przepływa każdego dnia przez Cieśninę Ormuz, łączącą Zatokę Perską z Oceanem Indyjskim. Na kilka godzin przed otwarciem rynków naftowych większość traderów spodziewa się, że cena ropy Brent wzrośnie (28 lutego było 72,48 USD za baryłkę). Ale do jakiego poziomu – zastanawia się Bloomberg.
Ruch tankowców przez wąskie gardło Cieśniny Ormuz w dużej mierze zamarł. Kluczowe pytanie brzmi: co będzie potrzebne, aby rosnąca flotylla jednostek oczekujących przy wejściu na ten szlak znów wyruszyła w rejs — i jak szybko to nastąpi?
Irańskie władze oświadczyły w niedzielę, że cieśnina pozostaje otwarta, ale poinformował również, że w ciągu dnia irańskie siły zbrojne zaatakowały trzy tankowce. Armatorzy i traderzy wstrzymali żeglugę.

Kluczowi eksporterzy z Zatoki Perskiej, w tym Arabia Saudyjska, znacząco zwiększyli załadunki ropy w tygodniach poprzedzających ataki. Królestwo posiada magazyny w innych częściach świata poza Zatoką Perską oraz rurociąg do Morza Czerwonego, co umożliwia przekierowanie części eksportu.
Globalne zapasy ropy przechowywane na tankowcach wzrosły w ciągu ostatniego roku, wskazując na nadpodaż na rynku, choć znaczna część nadwyżki to ropa rosyjska i irańska sprzedawana poza oficjalnym obiegiem. OPEC+ ogłosił umiarkowane zwiększenie dostaw od kluczowych członków od kwietnia, a wiele państw — w tym USA i Chiny, dwaj najwięksi konsumenci na świecie — posiada strategiczne rezerwy ropy, z których można skorzystać w razie potrzeby.
Mimo to skuteczne zamknięcie Cieśniny Ormuz byłoby wstrząsem o ogromnej skali dla globalnego rynku ropy – pisze Bloomberg.
Wskutek ograniczonej wymiany ciosów ceny mogą wzrosnąć do około 80 dolarów za baryłkę, a przedłużająca się wojna, która ograniczy dostawy, wywinduje je znacznie wyżej – piszą analitycy Capital Economics cytowani przez „Wall Street Journal”. Gazeta przypomina też, że po wybuchu wojny na Ukrainie w 2022 roku ceny ropy przejściowo sięgnęły 140 dolarów za baryłkę, aczkolwiek uspokaja też, że całkowite zamknięcie Cieśniny Ormuz byłoby dla Iranu trudne.
Bloomberg dodaje, powołując się na traderów, że w całej Azji rafinerie próbują opóźnić terminy załadunku ropy i gazu znajdujących się w Zatoce Perskiej.
Kilku analityków i traderów stwierdziło, że spodziewają się działań USA mających na celu przywrócenie ruchu przez Cieśninę Ormuz. Prezydent Donald Trump wielokrotnie wzywał do obniżenia cen ropy, a wzrost cen paliw zwiększyłby presję na administrację, by szybko zakończyć konflikt.
Możliwym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie chronionych przez US Navy konwojów. Na razie jednak nie ma o tym mowy. Komisarz UE ds. zagranicznych Kaja Kallas zapowiedziała tylko wzmocnienie unijnej misji „Aspides”,w ramach której europejskie okręty chronią żeglugę na Morzu Czerwonym przed ostrzałem jemeńskich sojuszników Iranu.
„Iran odpowiedział w sposób znacznie bardziej agresywny niż poprzednio.Jeśli szybko nie pojawią się sygnały załagodzenia konfliktu, spodziewamy się znaczących wzrostów cen ropy na początku tygodnia” – przewiduje Jorge Leon, szef analiz geopolitycznych w firmie konsultingowej Rystad Energy.
Net Zero umarło, niech żyją OZE
Choć w praktyce cel neutralności klimatycznej w 2050 roku można uznać za martwy, to jednocześnie w żaden sposób nie należy pesymistycznie patrzeć na odnawialne źródła energii, gdyż ich ekspansja w żadnym stopniu nie jest zagrożona – ocenia Javier Blas, publicysta Bloomberga.
Blas podkreśla, że nawet u szczytu popularności cel na 2050 rok wydawał się mało realistyczny. Niemniej zmiany klimatyczne postrzegano jako najważniejszy problem świata, a wszystko inne było temu podporządkowane. Teraz jednak widać, że przy obecnych trendach emisja CO2 prawdopodobnie i tak utrzyma się na poziomie zbliżonym do obecnego przez następne 25 lat.
– Globalny popyt na ropę naftową, gaz ziemny i węgiel osiągnął rekordowo wysoki poziom i prawdopodobnie będzie rósł dalej, co jest dalekie od trajektorii wymaganej do osiągnięcia zerowej emisji netto – zwraca uwagę publicysta Bloomberga i dodaje, że podczas ostatniego szczytu państw tworzących Międzynarodową Agencję Energii pojęcie neutralności klimatycznej, w przeszłości odmieniane przez wszystkie przypadki, praktycznie się nie pojawiało. Dominowało natomiast bezpieczeństwo energetyczne.
Javier Blas zaznacza, że taka zmiana akcentów to przede wszystkim wpływ USA. Jednocześnie nie można zarzucać poglądom forsowanym przez administrację Trumpa, że odbiegają od rzeczywistych danych, gdyż te świadczą o niesłabnącym popycie na paliwa kopalne. Ale to nie grozi w żaden sposób katastrofą dla OZE.
– Energetyka odnawialna ma się bardzo dobrze. W dającej się przewidzieć przyszłości elektryczność będzie najszybciej rozwijającą się formą energii. Świat nadal będzie uzależniony od paliw kopalnych, ale większa część rosnącego zapotrzebowania na energię będzie pokrywana przez fotowoltaikę, wiatraki czy geotermię – stwierdza Javier Blas i dodaje, że OZE zastąpią paliwa kopalne, ale zajmie to znacznie więcej czasu niż kiedyś sądzono.
Zobacz też: Czy OZE sprawdziły się w czasie ostrej zimy?
W USA może powstać gazowa gigaelektrownia
W Ohio może powstać ogromna elektrownia gazowa o mocy ponad 9 GW, a za jej sfinansowanie ma odpowiadać japoński kapitał. Jeśli inwestycja zostanie zrealizowana, to w przyszłości może zostać jednym z największych źródeł emisji CO2 w USA – donosi Bloomberg.
Agencja wskazuje, że jak na razie znane są tylko wstępne informacje na temat tego przedsięwzięcia udostępnione przez administrację rządową. Przede wszystkim wiadomo, że na czele projektu o szacunkowej wartości 33 mld dolarów ma stać japoński SoftBank Group Corp. Przewidywana moc elektrowni to 9,2 GW.
Projekt ma wpisywać się w realizację zobowiązań, które zadeklarowało Tokio w ramach negocjacji handlowych z Donaldem Trumpem. Ceną za łagodniejszą politykę celną Waszyngtonu jest zainwestowanie przez japońskie przedsiębiorstwa 550 mld dolarów w USA. Energetyka, zwłaszcza ta oparta na paliwach kopalnych, jest szczególnie ceniona przez administrację Trumpa.
Bloomberg wskazuje, że na terenie Ohio oraz pobliskich stanów głównym operatorem sieci jest PJM Interconnection, który notuje duży wzrost zapotrzebowania na energię z uwagi na rozwój centrów danych, pracujących na potrzeby sztucznej inteligencji. W efekcie wydłużana jest eksploatacja elektrowni węglowych, a jednocześnie uruchamiane są kolejne inwestycje dotyczące energetyki gazowej.
Według BloombergNEF w 2025 roku gaz i węgiel odpowiadały za około 56% produkcji energii elektrycznej w USA, a emisje CO2 z sektora energetycznego wzrosły w ubiegłym roku o 3,6%. BloombergNEF wylicza również, że jeśli projekt ogromnej elektrowni gazowej w Ohio zostanie zrealizowany, to stanie się ona jednym z największych źródeł emisji CO2 w USA.
Analitycy wyliczają, że jeśli będzie pracować ze współczynnikiem wykorzystania mocy na poziomie 65% i będzie wykorzystywać technologię turbin w cyklu kombinowanym, to prawdopodobnie będzie emitować około 19,4 mln ton CO2 rocznie. Z kolei firma analityczna Rhodium Group ocenia, że może to być 16,2 mln ton.
Zobacz również: Globalny potentat wybuduje elektrownię gazową na Podkarpaciu
Surowcowa strategia Waszyngtonu jest obarczona dużym ryzykiem
USA mogą przełamać dominację Chin w zakresie krytycznych minerałów, ale w tym celu powinny skoncentrować się na zawężonych działaniach. Zbyt chaotyczna strategia może okazać się nieskuteczna, a dodatkowo spowoduje zakłócenia na globalnym rynku surowców – ocenia „The Economist”.
W Waszyngtonie – jak podkreśla tygodnik – rosną obawy, że w przyszłości pozycja Chin na rynku pierwiastków ziem rzadkich oraz innych strategicznych metali może doprowadzić do podobnych perturbacji w światowej gospodarce jak kryzys naftowy w latach 70. ubiegłego wieku. Wówczas kraje arabskie wstrzymały eksport ropy do krajów wspierających Izrael.
Tymczasem Pekin już wielokrotnie w ostatnich latach używał metali ziem rzadkich jako karty przetargowej w sporach handlowych z krajami zachodu – zwłaszcza z USA. W efekcie nawet Donald Trump musiał hamować agresywną politykę celną wobec Chin, mając świadomość, że w dłuższym terminie całkowite odcięcie dostaw niektórych surowców może stanowić problem zarówno dla amerykańskiego przemysłu, jak i wojska.
„The Economist” zaznacza jednak, że jeśli Waszyngton będzie chciał w pośpiechu zmniejszyć surowcową zależność od Państwa Środka idąc drogą na skróty, to prawdopodobnie tego celu nie osiągnie. Według tygodnika najlepszą obroną wobec używania przez Chiny surowców jako broni jest zwiększenie roli globalnego rynku, gdyż to konkurencja najlepiej wpływa na dostępność, ceny i jakość towarów.
Trzeba mieć świadomość, że Chińczycy swoją pozycję w tym sektorze osiągnęli nie dzięki gwałtownym ruchom, tylko długoletniej i stabilnej polityce. USA tego sukcesu nie osiągną, jeśli będą w pośpiechu dokonywać nieprzemyślanych inwestycji w kolejne złoża, sięgając głównie po argument bezpieczeństwa surowcowego. Taka polityka bowiem winduje ceny projektów i stanowi pożywkę dla wszelkiego spekulantów.
Dlatego Waszyngton powinien skupić się na zawężonym kręgu surowców – znacznie mniejszym niż aktualna lista licząca 60 pozycji – w tym miedzi, aluminium czy cynku, do których dostęp na globalnym rynku nie jest aż tak utrudniony. Ponadto sporą rolę w tym przypadku może odegrać recykling.
Zdaniem „The Economist” USA powinny położyć nacisk na niektóre metale ziem rzadkich, kluczowe przede wszystkim ważnych dla wojska i być może dla ochrony zdrowia. Dotyczy to zarówno złóż, jak i rafinacji metali. Działania te powinny być również skoordynowane z sojusznikami, gdyż egoistyczny wyścig Waszyngtonu po ograniczone zasoby może powodować nerwowe ruchy także w innych krajach Zachodu.
Zobacz także: W ustawie sieciowej potrzebny jest kompromis. Groźba weta jest realna
Ile centrów danych wytrzyma brytyjska energetyka?
Planowane w Wielkiej Brytanii centra danych mają większy popyt na moc niż wynosi obecnie szczytowe zapotrzebowanie w brytyjskim systemie elektroenergetycznym. Rząd musi znaleźć kompromis uwzględniający potencjał energetyki, a także ambicje związane ze rozwojem sztucznej inteligencji (AI) oraz ochroną klimatu – podkreśla „Financial Times” w redakcyjnym komentarzu.
Dziennik powołuje się na dane przedstawione przez Ofgem, brytyjskiego regulatora rynku energii, który wyliczył, że obecnie o przyłączenie do sieci ubiegają się centra danych o łącznym zapotrzebowaniu na moc na poziomie 50 GW. Tymczasem szczytowe zapotrzebowanie na moc w systemie sięga aktualnie 46 GW.
W tej sytuacji kluczowe staje się wyważenie priorytetów, a w pierwszej kolejności ocena projektów, gdyż wiele spośród 140 planowanych centrów danych mogą stanowić projekty spekulacyjne.
Ofgem szacuje, że przeszło 70 z nich to projekty dojrzałe, w przypadku których inwestorzy są zdeterminowani, aby rozpocząć budowę. Problem w tym, że ich łączne zapotrzebowanie na moc sięga 20 GW. Tymczasem według rządowych założeń do 2030 roku miałyby powstać centra danych na potrzeby AI o mocy co najmniej 6 GW.
Wielka Brytania chciałaby się stać istotnym graczem w tej dziedzinie, aby pobudzić gospodarkę, a także zwiększyć niezależność cyfrową od USA w obliczu coraz mniej partnerskiej polityki administracji Donalda Trumpa wobec Europy.
Rząd przewiduje zachęty dla inwestycji w tego typu obiekty, gdyż ma świadomość konkurencji ze strony innych krajów, m.in. Francji czy państw Skandynawskich. Niemniej Francuzi mają atuty w postaci największej w Europie floty reaktorów jądrowych, a Szwedzi czy Norwegowie duże zasoby taniej energii z elektrowni wodnych.
„Financial Times” wskazuje, że w tej sytuacji rząd musi brać pod uwagę ograniczone możliwości brytyjskiej energetyki, która zmaga się z trudnościami związanymi z przebudową systemu elektroenergetycznego. Dotyczy to m.in. braku wystarczających sieci przesyłowych, pozwalających na transport energii produkowanej przez morskie wiatraki u wybrzeży Szkocji na południe kraju.
Do tego Wielka Brytania ma ambitny cel dekarbonizacji energetyki do 2030 roku, zatem masowa budowa nowych elektrowni gazowych w celu zaopatrzenia w energię centrów danych tego celu by nie wspierała. Ponadto większa rola gazu w miksie energetycznym, podobnie jak dodatkowe inwestycje w sieci, finalnie mogłyby skutkować wyższymi cenami energii dla pozostałych odbiorców.
W tej sytuacji, jak wskazuje dziennik, rząd powinien postawić na te projekty, które byłyby lokowane na północy kraju, aby ciężar ich zasilania przejęły lokalne źródła wytwórcze. Ponadto powinny być preferowane centra danych, których inwestorzy zamierzają również inwestować we własne moce wytwórcze oraz magazyny energii.
Zobacz też: Skutki walki o przetarg PSE rozlały się na polskie budownictwo
