Spis treści
Ponad pięć godzin trwały obrady sejmowych komisji energii oraz ds. deregulacji w sprawie najważniejszego rządowego projektu o kryptonimie UC84. Ustawa ma uwolnić sieci energetyczne z inwestycji, tzw. zombie, które nie mają szans na realizację, ale najczęściej są wystawiane na sprzedaż, co określane jest jako „spekulacja”. Problem występuje w większości krajów UE.
Projekt wzbudził olbrzymie kontrowersje i mocno podzielił branżę. Z jednej strony projekt rządu popierają PSE i operatorzy systemów dystrybucyjnych. Uważają, że nie ma lepszego sposobu na odblokowanie inwestycyjnego pata, który jest związany z olbrzymią ilością wydanych warunków przyłączeń.
Dlatego zaproponowano m.in.: skrócenie ważności warunków przyłączenia z 24 do 12 miesięcy, zwiększenie kwoty zaliczki na poczet opłaty za przyłączenie z 30 zł na 60 zł za każdy kilowat mocy przyłączeniowej, wprowadzenie bezzwrotnej opłaty za rozpatrzenie wniosku o przyłączenie (1 zł za za każdy kilowat mocy, nie więcej niż 100 tys. zł), a także wnoszenie zabezpieczeń finansowych do wniosków o przyłączenie. To właśnie jest największa kość niezgody, bo zabezpieczenia będą też stosowane do projektów, które już uzyskały warunki przyłączenia.

Kolejnym kontrowersyjnym punktem są terminy na uzyskanie wszystkich potrzebnych pozwoleń, 36 miesięcy dla elektrowni wiatrowych, 24 miesiące dla PV.
Przeciw tym propozycjom protestują mali deweloperzy, skupieni wokół Polskiej Izby Energetyki Odnawialnej i Rozproszonej (PIGEOR). Do protestów przyłączyło się także Polskie Stowarzyszenie Fotowoltaiki i Magazynowania Energii, Polskie Stowarzyszenie Energii Słonecznej, Polska Izba Magazynowania Energii oraz Krajowa Izba Klastrów Energii.
Czytaj też: Branża OZE ostro kłóci się o rządowy projekt

Projektowi nie sprzeciwiają się za to duzi gracze na rynku – wielkie korporacje zagraniczne i polskie państwowe czempiony, choć oficjalnie nie zabierają głosu. Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej skupiające zarówno polskich, jak i zagranicznych potentatów, nie jest mu przeciwne i nie przyłączyło się do protestów innych organizacji.
Czy biurokracja jest jak powódź
Dwa tygodnie temu, 14 lutego, prace nad ustawą odroczono o dwa tygodnie. Wczoraj, 25 lutego, prace wreszcie ruszyły. I zaczęły się od mocnego uderzenia – poseł Krzysztof Tchórzewski (PiS) zgłosił wniosek o odrzucenie ustawy. – Ustawa pogłębi chaos i opóźni, a nie przyspieszy rozwój OZE – argumentował były minister energii.
Wniosek został odrzucony głosami koalicji. Po kilku godzinach przedzierania się przez legislacyjny gąszcz komisje przyjęły projekt, wraz z kilkunastoma zgłoszonymi w porozumieniu z rządem poprawkami. Najważniejsza z nich wprowadza pojęcie „siły wyższej”, która opóźniła działania inwestorów. W razie jej wystąpienia umowy przyłączeniowe nie wygasają z automatu w proponowanym przez ustawę terminie i można je przedłużyć.
Autorzy poprawki proponują, żeby „siłą wyższą” były nie tylko klęski żywiołowe, wojny, ataki terrorystyczne czy zakłócenia dostaw, ale także „przewlekłość postępowań administracyjnych, w tym opóźnienia w wydawaniu decyzji, pozwoleń i opinii przez organy administracji publicznej”. W praktyce chodzi o pozwolenia budowlane i środowiskowe.
W ten sposób chyba po raz pierwszy w historii polskiej legislacji padła propozycja uznania biurokracji – największej bolączki inwestorów – za „siłę wyższą”, taką samą jak powódź albo trzęsienie ziemi. Niestety, sejmowi legislatorzy nie docenili wkładu autorów poprawki w polską myśl prawodawczą i poprosili o jej przeredagowanie.
Ostateczną wersję tego przepisu poznamy pewnie pod koniec tygodnia.
Niewiele brakuje do kompromisu
Podczas dyskusji w Sejmie strony pozostały przy swoich argumentach. Henryk Majchrzak, były prezes PSE, obecnie pracujący dla dużego polskiego inwestora Enerco, mówił, że niewiele już zostało do poprawienia aby ustawa była „do przyjęcia”. Chodzi głównie o zmniejszenie zabezpieczeń i wydłużenie do 5 lat terminu na uzyskanie pozwoleń dla elektrowni wiatrowych.
Na zakończenie prac komisji Ireneusz Zyska (PiS) stwierdził, że ustawa jest niekonstytucyjna, gdyż działa wstecz i niesie za sobą „bezprecedensowe zwiększenie obciążeń finansowych”. Na sali zapachniało kolejnym wetem prezydenta Karola Nawrockiego.
Prezydent ani jego otoczenie nie zabierał głosu w sprawie ustawy, jednak jego doradcy znają problem. – Mamy ogromną liczbę projektów które nie powstaną, technicznie nie mają racji bytu. Najbardziej absurdalny o jakim słyszałem, to instalacja oddalona o kilkanaście km od miejsca gdzie ma być przyłączona, bo tam się udało uzyskać warunki. To nie jest właściwa droga – mówił trzy miesiące temu w podcaście Polityki Insight „Energia do zmiany” Marcin Izdebski, prezydencki doradca, były dyrektor w resorcie aktywów państwowych, znający dobrze sytuację energetyki.
Role już rozdane, scenariusz gotowy
Ale walka polityczna rządzi się swoimi prawami. W tym spektaklu role wydają się już być rozdane. Rząd mówi, że ustawa jest potrzebna bo odblokuje rozwój odnawialnych źródeł OZE. PiS po krótkim wahaniu występuje w obronie zagrożonych przez nią przedsiębiorców. Jest więcej niż prawdopodobne, że gdyby rząd z opozycją zamienił się rolami, to w obronie tychże przedsiębiorców wystąpiłaby obecna koalicja – taka jest logika walki politycznej w Polsce.
Jeśli rząd chce rzeczywiście, aby ustawa weszła w życie, to warto rozważyć kolejne ustępstwa, bo najgorszym rozwiązaniem byłoby kolejne prezydenckie weto. Stracilibyśmy dwa lata oczekiwania na wygaśnięcie wydanych w olbrzymiej ilości warunków przyłączeń, które blokują realne inwestycje. – W razie weta cały wysiłek włożony w opracowanie ustawy pójdzie jak krew w piach – podsumował krótko w rozmowie z nami jeden z urzędników resortu zaangażowanego w prace.
Rząd już raz popełnił błąd, wkładając w przepisy, które miały ułatwić życie branży wiatrowej nieszczęsne 500 metrów „no bo przecież obiecywaliśmy 500 metrów”. Prezydent zawetował ustawę, w efekcie nie ma ani 500 metrów ani poprawy procedur środowiskowych i budowlanych.
Jeśli rząd chce mieć ustawę, może z punktu widzenia sieciowców dalece niedoskonałą, ale posuwającą sprawę do przodu, to powinien pójść na jakieś ustępstwa wobec „protestantów” z branży. A jeśli po raz kolejny chce „pięknie polec”, to oczywiście może to wyzyskać w walce politycznej, ale obleje egzamin z prakseologii.