Spis treści
Niemcy mają problem ze spekulacyjnymi projektami magazynów energii
W Niemczech o przyłączenie do sieci ubiegają się bateryjne magazyny energii o łącznej mocy ponad 720 GW. Problem w tym, że ponad połowę z nich mogą stanowić projekty spekulacyjne oraz tzw. projekty zombie – donosi Energate Messenger.
Portal powołuje się na wyniki ankiety, które wśród kilkunastu największych operatorów sieci przesyłowych i dystrybucyjnych przeprowadziło stowarzyszenie branży energetycznej BDEW. Ankieta obejmowała magazyny energii o mocy co najmniej 1 MW. Jak dotąd operatorzy wydali warunki przyłączenia dla inwestycji o łącznej mocy 78 GW.
Jednak w kolejce po przyłącze czekają projekty o mocy przeszło 720 GW. Dla porównania obecnie moc zainstalowana jednostek wytwórczych – konwencjonalnych i odnawialnych – wynosi w Niemczech 263 GW. Z kolei szczytowe zapotrzebowanie na moc to około 80 GW.
Natomiast już wydane warunki przyłączenia na poziomie 78 GW przekraczają przewidzianą w planach rozwoju sieci wielkość wielkoskalowych magazynów energii w perspektywie najbliższych dwóch dekad. Aktualnie moc zainstalowana wielkoskalowych bateriach w Niemczech wynosi ponad 2 GW.
Energate Messenger zwraca jednak uwagę, że zarówno w przypadku już wydanych warunków przyłączeniowych, jak i tych, które oczekują w kolejce po przyłącze, robiące wrażenie liczby należy postrzegać dosyć sceptycznie. Wśród tych setek gigawatów projektów tylko niewielka część ma już konkretnie przygotowany proces inwestycyjny oraz zapewnione źródła finansowania.
BDEW szacuje, że przeszło połowę moga stanowić tzw. projekty zombie, a także projekty spekulacyjne, których właściciele nie zamierzają realizować, lecz liczą na odsprzedanie ich z dużym zyskiem dzięki posiadaniu rzadkiego „dobra” w postaci przyłącza do sieci. W efekcie o dostęp do sieci trudniej jest tym podmiotom, którzy dysponują odpowiednim potencjałem, aby realizować inwestycje.
Zdaniem organizacji proces przyłączeniowy powinien być kształtowany według reguł, które w większym stopniu będą brały pod uwagę kwestie ekonomiczne, a także realne potrzeby systemu elektroenergetycznego.
Dlatego BDEW zaapelowało do rządu w Berlinie o zmiany w regulacjach, aby w procesie przyłączeniowym przestała rządzić zasada „kto pierwszy, ten lepszy”. Zwłaszcza, że Katherina Reiche, szefowa resortu gospodarki i energii, niedawno zapowiadała szybkie zmiany w rozporządzeniach sieciowych, mające pomóc w rozładowaniu kolejek po przyłącza.
Zobacz też: Magazyny energii LFP poniżej 420 zł/kWh. Nawet sodowo-jonowe są droższe
Norwegowie nie chcą płacić za bilansowanie niemieckiej energetyki
Rząd w Oslo zastanawia się, czy Norwegii opłaca się nadal utrzymywać kable, które łączą ją z sąsiadami po drugiej stronie Bałtyku. Wyborcom nie podoba się bowiem to, że popyt generowany przede wszystkim przez Niemcy podbija ceny energii dla norweskich gospodarstw domowych – pisze Euractiv.
Terje Aasland, minister energii w norweskim rządzie, w rozmowie z portalem zasugerował, że Oslo, podobnie jak Sztokholm i Helsinki, mogą mieć już dość tego, że reszta Europy patrzy na północ w poszukiwaniu energetycznej pomocy, gdy nie wieje wiatr lub nie świeci słońce.
– Wspólnie ze Szwecją i Finlandią zabiegamy o to, aby zwiększyli zasoby dyspozycyjnych mocy w swoich systemach elektroenergetycznych. Norweskie elektrownie wodne nie są w stanie samodzielne zastąpić dyspozycyjnych mocy w Europie – podkreślił Aasland.
Euractiv wskazuje, że Norwegia ma znacznie lepiej rozwinięte interkonektory z pozostałymi krajami UE niż wiele sąsiadujących ze sobą krajów unijnych. Jednocześnie jej energetyka opiera się głównie na elektrowniach wodnych, mogących dosyć stabilnie produkować tanią energię. Popyt na nią znacząco rośnie, gdy potrzebują jej sąsiedzi po drugiej stronie Bałtyku – zwłaszcza w Niemczech, gdzie istnieje duży opór przed podzieleniem kraju na strefy cenowe.
Import z Norwegii pomaga ograniczać Niemcom wzrost hurtowych cen energii, ale jednocześnie podbija ceny norweskim gospodarstwom domowym, spośród których około 90 procent korzysta z taryf dynamicznych. Natomiast w Niemczech większość odbiorców korzysta z taryf ze stałą stawką.
Z tego powodu norwescy wyborcy krzywo patrzą na podmorskie interkonektory, gdyż widzą w nich przyczynę wyższych rachunków. Dlatego rząd zastanawia się na losem dwóch kabli – Skagerak 1 i 2. Do użytku oddano je w drugiej połowie lat 70. XX wieku, więc wkrótce powinny zostać zmodernizowane, jeśli dalej mają pozostawać w użyciu.
Terje Aasland w rozmowie z portalem Euractiv wskazał, że obecnie sytuacja jest inna niż wtedy, gdy te kable oddawano do użytku. Dodał również, że „kluczowa jest symetria”. Norweski eksport energii elektrycznej do UE wzrósł mniej więcej trzykrotnie od początku XXI wieku.
Choć jest to korzystne dla producentów energii, to wyższe koszty ponoszą konsumenci. Dlatego publicznie podnoszony jest temat ograniczenia eksportu energii, do czego w naturalny sposób doprowadziłoby ograniczenie liczby interkonektorów.
Minister Aasland zapowiedział, że decyzję odnośnie przyszłości kabli Skagerak 1 oraz 2 rząd podejmie po otrzymaniu raportu od Stattnet – operatora krajowej sieci elektroenergetycznej.
Zobacz także: Nie będzie aukcji na zwolnione przyłącza do sieci
Jeśli zachód chce budować energetykę jądrową, to musi ją odczarować
Rosnące zapotrzebowanie na energię zwiększyło poparcie dla inwestycji w energetykę jądrową, której globalna moc zainstalowana miałaby wzrosnąć trzykrotnie do 2050 roku. Do tego będzie potrzeba jednak od 150 do 250 mld dolarów rocznie – wskazuje Sama Bilbao y León, dyrektor generalna Światowego Stowarzyszenia Energii Jądrowej (WNE), na łamach „Financial Times”.
W ten sposób odnosi się m.in. do opublikowanego w ostatnich dniach raportu, przygotowanego na zlecenie brytyjskiego rządu, którego autorzy postulują radykalny reset przepisów dotyczących energetyki jądrowej.
Według raportu z powodu zbyt dużej biurokracji, która przekłada się na wydłużenie projektów oraz ryzyko dla inwestorów, Wielka Brytania stała się najdroższym miejscem na świecie pod kątem kosztów budowy elektrowni jądrowych. Eksperci przygotowali blisko 50 zaleceń dla rządu, których wprowadzenie ma przyspieszyć realizację projektów.
Sama Bilbao y León podkreśla, że Zachód ostatni raz doświadczał dużej fali inwestycji w energetyce jądrowej w latach 70. XX wieku, co było reakcją na kryzys naftowy. Po pięciu dekadach od tamtych wydarzeń realia polityczne i regulacyjne są całkiem odmienne.
Przede wszystkim jednak budżety państw są bardzo napięte, a trudne doświadczenia związane z projektami jądrowymi budowanymi w ostatnich latach sprawiły, że elektrownie jądrowe są postrzegane jako trudne do zrealizowania. Zdaniem dyrektor WNE to przekonanie należy podważyć, a główną przeszkodą pozostaje finansowanie.
– Kosztów nie da się uzasadnić wyłącznie względami politycznymi, technicznymi czy środowiskowymi. Bez odpowiedniego uzasadnienia biznesowego sektor prywatny nie będzie widział powodu do inwestowania, a inwestycje publiczne nie będą postrzegane jako opłacalne – stwierdza Sama Bilbao y León.
Dodaje przy tym, że w elektrowniach jądrowych „nie ma niczego wyjątkowego, co czyniłoby je trudniejszymi do sfinansowania niż jakakolwiek inna złożona, kapitałochłonna infrastruktura”. Co prawda początkowe koszty są wysokie, ale obiekty są budowane z myślą o stabilnym wytwarzaniu energii przez co najmniej 60 lat, co oznacza długą perspektywę przynoszenia zwrotu z inwestycji. Do tego potrzeba równowagi w podziale ryzyka pomiędzy rządami a inwestorami oraz dostawcami finansowania.
Szefowa WNE zwróciła również uwagę, że obecnie na świecie w budowie jest ponad 70 reaktorów. W ciągu ostatniej dekady Azja podwoiła swoją moce w energetyce jądrowej, a w ciągu kilkunastu lat Zjednoczone Emiraty Arabskie zwiększyły jej udział w swoim miksie energetycznym od zera do blisko jednej czwartej.
Z kolei na Zachodzie sektor jądrowy przez lata znajdował się w stagnacji, przez co spadał również potencjał branży i jej możliwości finansowe. Dopiero teraz, na fali wzrostu popularności energetyki jądrowej, zaczyna się odbudowa łańcuchów dostaw oraz zasobów kadrowych. Finansowanie jest więc kluczowe, aby mogła ruszyć nowa fala inwestycji.
Zobacz też: Rząd nie wyciąga wniosków z własnych błędów w sprawie inwestycji energetycznych
Amerykanie buntują się przeciwko budowie energochłonnych centrów danych
Amerykańskie gospodarstwa domowe płacą za energię więcej niż kiedykolwiek. Ceny rosną z powodu zwiększonego popytu ze strony przemysłu i centrów danych, a także droższego gazu – donosi Bloomberg.
Agencja podaje, że detaliczne ceny energii we wrześniu osiągnęły średni poziom ponad 18 centów za kWh, co oznaczało wzrost rok do roku o 7,4 procent. Dynamika wzrostu była najwyższa od blisko dwóch lat, a analitycy oczekują utrzymania się trendu wzrostowego również w 2026 roku.
Bloomberg wyjaśnia, że ceny podnosi rosnące zapotrzebowanie ze strony przemysłu oraz centrów danych. Ponadto głównym źródłem energii w USA są elektrownie gazowe, a ceny błękitnego paliwa były we wrześniu o 30 procent wyższe niż rok wcześniej.
O rosnącym sprzeciwie lokalnych społeczności wobec budowy nowych centrów danych, czego powodem jest m.in. wzrost cen energii, pisze natomiast „Financial Times”. Dziennik opisuje protesty mieszkańców stanu Georgia, który jest jednym z głównych miejsc lokowania wielkoskalowych serwerowni, mających pracować na potrzeby sztucznej inteligencji.
Przykładem jest planowana inwestycja w kampus centrów danych Project Sail, którego zapotrzebowanie na moc ma docelowo wynosić 600 MW, a koszt przedsięwzięcia jest szacowany na 17 mld dolarów. Według danych Data Center Map na terenie stanu Georgia już istnieje około 160 centrów danych, a w całym USA jest ich ponad 4 tysiące.
Inwestorów tego typu obiektów przyciągają do stanów takich jak Georgia ulgi podatkowe oraz niższe od krajowej średniej ceny energii dla odbiorców komercyjnych. Jednak im większe zagęszczenie centrów danych, tym większy sprzeciw powodują one u lokalnych społeczności. Dlatego Georgia należy – obok Indiany – do stanów, gdzie protestów jest najwięcej.
Do najczęściej spotykanych argumentów protestujących należą obawy związane ze wzrostem cen energii, a także ponoszeniem kosztów modernizacji sieci elektroenergetycznych. Obok energochłonności centrów danych obawy wzbudza też ich zapotrzebowanie na wodę, a także związane z budową wycinki lasów, hałas oraz obciążenie lokalnych dróg.
Zobacz również: Znamy taryfy na prąd na 2026 w Tauron i E.ON. Bez zmian lub nieco taniej
