Prezydent Karol Nawrocki zdecydował dziś o zawetowaniu dużej nowelizacji kilku ustaw, w tym tzw. ustawy wiatrakowej.
Przepisy wprowadzały ułatwienia i zachęty do produkcji biometanu. Rozstrzygały także kwestie dotyczące rezerwowego sprzedawcy energii elektrycznej, czy wypłaty pieniędzy zgromadzonych przez prosumentów na tzw. depozycie prosumencki.
Ustawa przedłużała jednocześnie mrożenie cen energii elektrycznej dla gospodarstw domowych przez ostatni kwartał tego roku.
Kluczową częścią ustawy był jednak kolejny element liberalizacji przepisów dotyczących inwestycji w farmy wiatrowe. Jak już dziś pisaliśmy, przepisy nie miałyby znaczącego wpływu na rzeczywiście realizowane projekty dużych farm wiatrowych. Ułatwiałyby raczej realizację małych projektów. Byłyby natomiast pozytywnym sygnałem dla inwestorów wiatrowych, a jednocześnie zostałyby źle odebrane przez niechętnie nastawionych do transformacji energetycznej wyborców doktora Nawrockiego.
W trakcie prac nad ustawą wprowadzono jednak przepisy, które inwestorom wiatrowym niekoniecznie były jednak na rękę. Wzmocniono możliwości blokowania projektów przez armię oraz zamieniono mało czytelny schemat partycypacji społecznej w energii produkowanej przez turbiny wiatrowe na żywą gotówkę, która miała być wypłacana okolicznym mieszkańcom.
Zwracaliśmy na to uwagę w dzisiejszym artykule: Czy polskie wiatraki faktycznie tak bardzo potrzebują 500 metrów?
Zgodnie z zawetowanym przez Prezydenta projektem, inwestorzy wiatrowi mieli przeznaczać dla okolicznych mieszkańców lub gminy po 20 tys. zł za każdy 1 MW mocy zainstalowanej w turbinach wiatrowych. Dla pojedynczego nowego wiatraka o mocy 5 MW, oznaczało to koszt 100 tys. zł, a dla farmy składającej się np. z 15 turbin, byłoby to już 1,5 mln zł wypłacanego co roku okolicznym mieszkańcom.
Pojedynczy właściciel nieruchomości znajdującej się w promieniu 1 km od wiatraka (gmina mogłaby poszerzyć ten obszar do 2 km), otrzymywałby nie więcej niż 20 tys. zł rocznie, niezależnie od tego czy choćby widzi turbinę, czy też znajduje się ona np. za zadrzewieniami. Pieniądze przysługiwałyby wszystkim mieszkańcom wokół turbin, a nie tylko właścicielom nieruchomości, którzy dzierżawią swoje grunty pod turbinę. Ci ostatni już dziś mogą liczyć, w zależności od projektu i negocjacji, na 100-200 tys. zł rocznie.
Weto oznacza, że partycypacja społeczna ograniczy się do możliwości zakupu „udziałów” w turbinie wiatrowej i korzystaniu z energii generowanej przez turbinę na zasadzie wirtualnego prosumenta. Możliwość taka istnieć będzie jednak przez 15 lat, a udziały będą mogły zostać nabyte przez mieszkańców odpłatnie.
Fundusz partycypacyjny zawetowany przez prezydenta miał być wypłacany mieszkańcom przez cały okres użytkowania farmy wiatrowej, aż do jej rozbiórki.