Spis treści
Trzeba wydać miliardy na sieci, aby lepiej móc lepiej wykorzystać OZE
Koszty redysponowania źródeł OZE będą rosnąć, jeśli infrastruktura sieciowa w Europie nie zostanie znacząco rozbudowana – zwłaszcza interkonektory. Jednak sieci to tylko część rozwiązania – analizuje Montel.
Portal zwraca na rosnące rozchwianie europejskiego rynku energii – szybko przybywa godzin z ujemnymi cenami energii, a jednocześnie ceny osiągają bardzo wysokie poziomy podczas wieczornych szczytów zapotrzebowania.
Tempo rozwoju OZE jest znacznie szybsze niż możliwości dopasowania się odbiorców do dynamicznych cen energii, więc rośnie skala interwencji ze strony operatorów, którzy ograniczają nadmiarową produkcję, aby zachować stabilność sieci. Za nierynkowe redysponowanie operatorzy muszą wypłacać wytwórcom odszkodowanie, więc związane z tym koszty systematycznie rosną.
Montel wskazuje, że rozwój sieci mógłby pomóc w ograniczeniu tego zjawiska, a także zniwelowaniu cen pomiędzy poszczególnymi regionami. Problem w tym, że proces planowania i budowy sieci jest zazwyczaj 2-3-krotnie szybszy niż inwestycje w sieci elektroenergetyczne.
Według branżowej organizacji Eurelectric, wydatki na inwestycje sieciowe w Europie do 2050 r. będą musiały się podwoić – do 67 mld euro. Na samo przyłączanie nowych źródeł OZE rocznie potrzeba ok. 18 mld euro.
Z kolei według ENTSO-E, stowarzyszenie europejskich operatorów sieci przesyłowych, do 2030 r. potrzebne jest zwiększenie przepustowości połączeń transgranicznych do 161 GW. Natomiast do 2050 r. powinny one zostać rozbudowane o następne 224 GW.
Koszt tych inwestycji to średnio 13 mld euro. Jednak według założeń ich efektem mają być oszczędności rzędu 23 mld euro rocznie – dzięki ograniczeniu kosztów redysponowania oraz mniejszego zużycia paliw kopalnych do produkcji energii.
Montel cytuje również Johannesa Viehmanna, dyrektora handlowego Next Kraftwerke, firmy która zarządza źródłami OZE o mocy ponad 12 GW. Jego zdaniem inwestycje sieciowe – choć są kluczowe – to nie rozwiążą wszystkich problemów, np. tych związanych z rozproszonymi źródłami, zwłaszcza domową fotowoltaiką. Dlatego rozbudowie sieci powinno towarzyszyć masowe inwestowanie w magazyny energii.
Zobacz również: Inwestycje w wiatraki i fotowoltaikę czekają na kluczowe rozstrzygnięcia
Holenderska energetyka coraz mniej zależna od gazu
Choć Holandia jest największym hubem gazowym w Europie, to zapotrzebowanie tamtejszej energetyki na błękitne paliwo notuje systematyczny spadek – pisze Gavin Maguire, komentator Reutersa.
Holenderski hub TTF – jak przypomina Maguire – kształtuje cenę referencyjną gazu dla większości krajów Europy. Jednocześnie znajdująca się w tym kraju rozwinięta infrastruktura gazociągowa i portowa zapewnia dobry wgląd w trendy wpływające na sytuację na rynku gazu.
Niezależnie od tego w ostatnich latach mocno spada udział gazu w miksie energetycznym Holandii. Jeszcze w latach 2019-2020 wynosił on 59 proc., a kolejne lata przyniosły spadek do kolejno 47 proc., 40 proc., 38 proc. i 36 proc. w 2024 r. W tym czasie wzrosła natomiast produkcja z OZE – o 27 proc. wobec unijnej średniej na poziomie 16 proc.
Do sporego spadku udziału gazu w produkcji energii dochodziło w Holandii już w poprzedniej dekadzie i wtedy rekordowo niski poziom (42 proc.) osiągnięto w 2015 r., po czym nastąpił trwający pięć lat wzrost. Niemniej w ubiegłej dekadzie mniejszą produkcję z gazu zastępowała energetyka węglowa, a obecnie gaz wypychają OZE, a znaczenie węgla staje się coraz bardziej marginalne.
Gavin Maguire, wskazuje, że rosnąca produkcja z OZE pozwoliła w pierwszym półroczu 2025 r. utrzymać Holendrom średnie ceny hurtowe energii na pułapie ok. 90 euro za MWh, czyli zbliżonym do Niemiec czy Szwajcarii, a jednocześnie znacząco niższym niż we Włoszech czy w większości krajów wschodniej Europy. Wciąż były jednak o 1/3 wyższe niż we Francji, która większość energii produkuje w elektrowniach jądrowych.
Komentator Reutersa ocenia również, że widoczny w Holandii trend spadku zużycia gazu w energetyce może stanowić prognostyk dla wielu innych krajów. To z kolei może być długoterminowo niepokojącym sygnałem dla głównych eksporterów gazu, którzy zaopatrują Europę w ten surowiec.
Zobacz także: Na wysokie ceny gazu w Polsce nie ma prostych recept
Amerykańskie cła dodały skrzydeł producentom grafitu
Dwucyfrowe wzrosty cen akcji zanotowali producenci grafitu spoza Chin w reakcji na ogłoszenie przez USA antydumpingowej stawki celnej na poziomie 93,5 proc. import tego materiału z Państwa Środka. Grafit to kluczowy materiał dla przemysłu bateryjnego – informuje „Financial Times”.
Dziennik wymienia takie grupy jak australijskie Syrah Resources oraz Novonix, czy kanadyjski Nouveau Monde Graphite i południowokoreańskie Posco Future M. Ich akcje dzięki decyzjom amerykańskich władz zyskały od 15 do 25 proc.
Natomiast bezpośrednim impulsem do wprowadzenia tak wysokiego cła były apele amerykańskich producentów. W efekcie całkowita stawka celna na chiński grafit będzie wynosić 160 proc.
Decyzja Waszyngtonu została odebrana przez rynek oraz analityków jako impuls, który powinien się przełożyć na rozwój branży w USA. Ponadto decyzja ta ma wskazywać na priorytetowe podejście rządu w temacie zmniejszania zależności od chińskich łańcuchów dostaw.
Grafit pełni rolę anody w bateriach litowo-jonowych, a przeciętna bateria samochodu elektrycznego zawiera od 50 do 100 kg grafitu. Według prognoz firmy analitycznej Fastmarkets, popyt na ten surowiec ze strony amerykańskich producentów samochodów elektrycznych ma wzrosnąć do 2034 r. do ok. 700 tys. ton rocznie, wobec ponad 100 tys. ton w 2024 r.
„Financial Times” wskazuje, że dotychczas amerykańscy producenci samochodów niechętnie podchodzili do wspierania krajowych dostawców grafitu, gdyż wiąże się to z dużym wzrostem kosztów. Jednocześnie wyrażali obawy co do jakości tego surowca.
Największy producent elektryków, czyli Tesla, wprost stwierdziła, że amerykańscy dostawcy grafitu „nie wykazali jeszcze technicznych możliwości wytwarzania komercyjnych ilości” tego minerału „w jakości i czystości wymaganej przez koncern oraz innych producentów baterii”.
– Biorąc pod uwagę obecny niedobór dostawców anod spoza Chin, dodatkowe koszty importu prawdopodobnie odbiją się negatywnie na azjatyckich producentach akumulatorów – również tych, którzy obsługują amerykańskich producentów pojazdów elektrycznych, takich jak Tesla, General Motors i Ford. Dodatkowe koszty mogą zostać przerzucone na amerykańskich konsumentów – ocenia „Financial Times”.
Zobacz również: Gigantyczna kolejka po dotacje na magazyny energii. Wnioski na blisko 28 mld zł
USA nacjonalizują kopalnię metali ziem rzadkich
Amerykański rząd stał się największym udziałowcem firmy MP Materials, która zarządza jedyną w USA kopalnią pierwiastków ziem rzadkich. Waszyngton chce zmniejszyć zależność od Chin, ale będzie to bardzo trudne – podkreśla „The Economist”.
Jak wskazuje tygodnik, rząd kupił 15 proc. udziałów w MP Materials za 400 mln dolarów, dzięki czemu stał się największym udziałowcem spółki. Jednocześnie jest to największa nacjonalizacja w amerykańskiej gospodarce od czasów pierwszej wojny światowej, gdy doszło do upaństwowienia infrastruktury kolejowej.
MP Materials posiada małą kopalnię w Kalifornii oraz fabrykę w Teksasie. Dzięki dokapitalizowaniu firma ma znacząco zwiększyć dostawę magnesów, wykorzystywanych m.in. w elektromobilności, lotnictwie wojskowym oraz elektronice.
Zapotrzebowanie ze strony tego ostatniego sektora sprawiło, że w ostatnich dniach spółka podpisała również wartą 500 mln dolarów umowę z koncernem Apple. Dotyczy ona zakupu zakupu magnesów, a także pomocy w budowie zakładu recyklingu metali ziem rzadkich.
„The Economist” wskazuje, że Chiny odpowiadają za ok. 80 proc. zapotrzebowania USA w pierwiastki ziem rzadkich, co budzi niepokój w wielu branżach. Pekin o swojej dominacji w tej dziedzinie systematycznie przypomina ograniczając eksport tych surowców w odpowiedzi na cła wprowadzane przez Waszyngton.
Tygodnik przypomina też, że historia MP Materials jest naszpikowana różnymi trudnościami. W 2002 r. kopalnia Mountain Pass została zamknięta z powodu chińskiej konkurencji i problemów środowiskowych. Uruchomiona przez nowego właściciela w 2012 r. po trzech latach ogłosiła upadłość.
W 2017 r. została kupiona przez dwóch finansistów, którzy doprowadzili ją do otwarcia na początku 2025 r. Co istotne, pomogła im w tym Shenghe – chińska firma z branży metali ziem rzadkich, która aktualnie ma 8 proc. udziałów MP Materials.
Konkludując „The Economist” wskazuje, że rzucanie rękawicy Chińczykom w dziedzinach, w których zdobyli dominującą pozycję stanowi sporo ryzyko. Najbardziej spektakularnym przykładem jest upadek grupy Northvolt, która miała zmniejszyć zależność Europy od baterii Chin.
Zobacz też: 5 mld zł na fabrykę elektryków. W grze auta z Polski i Chin