1. Główna
  2. >
  3. Rynek
  4. >
  5. Po co prezydent proponuje klimatyczne referendum?

Po co prezydent proponuje klimatyczne referendum?

Zamiast dyskusji o tym, o co Polska ma grać negocjując w UE, prezydent zaproponował referendum, które ma rozhuśtać emocje, ale żadnego problemu nie rozwiąże.
referendum klimat oze s

Politycy w Polsce przywołują  referendum nie wtedy gdy chcą poznać opinię większości społeczeństwa w jakiejś sprawie, ale wtedy gdy jest im to wygodne dla celów doraźnej walki politycznej. Nie inaczej jest z proponowanym przez prezydenta referendum w sprawie Zielonego Ładu.

Ale nie jest to miejsce na analizę stosunku polskich polityków do instytucji referendum i hipokryzji, która im towarzyszy w tej sprawie.

Jako wielki zwolennik instytucji referendum i człowiek o wiele bardziej wierzący w tzw. zbiorową mądrość społeczną niż w dobre intencje polityków, niezależnie od ich proweniencji, propozycją prezydenckiego pytania czuję się zdegustowany.

Brzmi ono tak: Czy jest Pani/Pan za realizacją polityki klimatycznej, która doprowadziła do wzrostu kosztów życia obywateli, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej?

plakat popierający referendum "Solidarność"
20 maja manifestację popierającą referendum zorganizowała m.in „Solidarność”, przedstawiając taki np. transparent. Dymiący komin ma być chyba symbolem dobrobytu, choć trudno powiedzieć, dlaczego w znaku zakazu obok paneli PV i wiatraków znalazła się też roślina oraz…CO2.

Jaka jest alternatywa dla referendum

Czy rzeczywiście doprowadziła do wzrostu kosztów życia obywateli, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej? Odpowiedź na skomplikowane pytania brzmi – jak zwykle – „to zależy”.

Uzasadnienie wniosku prezydenta zawiera krytykę unijnej polityki klimatycznej, z którą można się zgodzić lub nie. Zdaniem niżej podpisanego UE uwikłała się w sprzeczne cele i powinna wybrać priorytety,  o czym obszernie pisaliśmy.

Czytaj więcej: Europa uwikłała się w sieć strukturalnych sprzeczności. ETS jest jedną z nich

Ale propozycja prezydenckiego referendum nie jest żadnym rozwiązaniem problemu.

Prezydencka krytyka nie zawiera żadnych wyliczeń dla alternatywnej polityki – tzn. ile kosztowałby prąd czy ciepło, gdyby Polska nie znalazła się w UE i nie była objęta unijnymi rozporządzeniami i dyrektywami, albo gdyby wynegocjowała w 2005 r. całkowite wyłączenie z polityki klimatycznej, jednocześnie,  tracąc wszystkie związane z tym unijne środki i  fundusze.

Trzeba pamiętać, że te środki to  nie tylko dochody polskiego fiskusa z systemu handlu emisjami ETS, które od 2013 r. przekroczyły 120 mld zł.

 Także znaczna część unijnych funduszy strukturalnych jest związana z celami klimatycznymi i środowiskowymi, ewentualne wynegocjowanie nieuczestniczenia w polityce klimatycznej (zakładając, że w ogóle było to możliwe, co jest wielce wątpliwe) oznaczałoby pozbawienie Polski grubych miliardów euro unijnych funduszy.

Ale takie snucie alternatywnych scenariuszy to tylko ćwiczenie dla ekonomistów. Referendum, jeśli ma być racjonalne, polega na przedstawieniu mieszczącej się w granicach rozsądku alternatywy. W pytaniu prezydenta ta alternatywa nie jest sensowna – sprowadza się do pytania „czy chcesz płacić więcej”, nie tłumacząc co jest do stracenia, jeśli płacić nie będziemy.

Oczywiście, że na tak postawione pytanie większość obywateli, łącznie z niżej podpisanym, odpowie, że nie chce. Jaka byłaby reakcja gdyby w 2021 r. premier Mateusz Morawiecki zapytał obywateli w referendum o podwyżkę składki zdrowotnej?

Co ma dać referendum?

Czemu zatem referendum miałoby służyć?  W uzasadnieniu  wniosku skierowanego do Senatu, czytamy, że „referendum klimatyczne, jako bezpośrednie wyrażenie woli polskiego suwerena, nada polskiemu stanowisku w działaniach na poziomie Unii Europejskiej fundamentalną, niezaprzeczalną legitymację demokratyczną. Zmiana Europejskiego Zielonego Ładu jest tematem coraz intensywniejszej debaty politycznej w całej Unii Europejskiej. Rzeczpospolita Polska, jako jedno z większych państw członkowskich, ma potencjał do odegrania kluczowej roli w kształtowaniu strategii Unii Europejskiej – pod warunkiem, że jej stanowisko będzie zakorzenione w wyraźnie wyrażonej, demokratycznej woli obywateli.

Potrzebne jest bowiem poznanie zdania obywateli w tak istotnych sprawach jak wpływ polityki klimatycznej realizowanej przez rząd na wzrost kosztów życia milionów obywateli, warunków funkcjonowania polskiego przemysłu, rolnictwa, przedsiębiorstw, bezpieczeństwa energetycznego kraju, a także kierunków i metod prowadzenia dalszej polskiej polityki w tym zakresie.

Pytanie referendalne pozostaje poza sporem dotyczącym zmian klimatycznych ani nie jest pytaniem o stosunek obywateli do ochrony środowiska. Dotyczy ono wyłącznie oceny konkretnej polityki: czy jej dotychczasowe i przyszłe koszty gospodarcze oraz społeczne są proporcjonalne do osiąganych efektów, a przede wszystkim – czy obywatele akceptują dalsze ich ponoszenie w niezmienionej lub zaostrzonej formie.

Głos przeciwko realizacji tej polityki nie oznacza sprzeciwu wobec członkostwa Polski w Unii Europejskiej. Oznacza natomiast zobowiązanie władz publicznych do prowadzenia aktywnej polityki w celu ochrony obywateli i gospodarki przed kosztami polityki klimatycznej – w tym poprzez działania na forum Unii Europejskiej, renegocjowanie regulacji, wykorzystywanie przez rząd dostępnych instrumentów prawnych oraz kompensowanie kosztów. Rząd samodzielnie dobiera instrumenty realizacji tego mandatu, stosownie do bieżących uwarunkowań politycznych i prawnych.

Zatem prezydent sądzi, że rząd wyposażony w silny mandat społeczny wyrażony w referendum wynegocjuje z UE lepsze warunki. Zastanówmy się jednak  dlaczego PiS, którego politycy teraz popierają referendum „klimatyczne”, nie zorganizowali go przez osiem lat swoich rządów.

Czy referendum coś zmienia

Odpowiedź jest dość prosta – bo dobrze zdawali sobie sprawę, że referendum niewiele zmieni. Unijna polityka klimatyczna składa się z kilkunastu rozporządzeń i dyrektyw, które zresztą wniosek prezydenta wymienia szczegółowo. Trzeba w trakcie ich uchwalania lub nowelizacji zawierać mnóstwo ważnych i mniej ważnych kompromisów. 

Żeby coś ugrać w jednej sprawie, trzeba  ustąpić w innej. W teorii najważniejszą rolą rządu jest w takiej sytuacji prawidłowa ocena interesów kraju i całej gospodarki, wybranie „mniejszego zła” lub „większego dobra”.  

Na ile kolejne rządy PO i PiS potrafiły to robić a na ile kierowały się doraźnym interesem politycznym lub interesami różnych lobbies, to temat na oddzielną dyskusję, chyba już dla historyków, bo bez dostępu do nieujawnionych póki co rządowych dokumentów trudno to oceniać.

W jaki sposób wynik referendum miałby niby wzmacniać polskie stanowisko w negocjacjach? Brak zgody społeczeństwa na politykę klimatyczną dałby raczej mandat  nie do negocjacji lecz do zakwestionowania całości tejże polityki.

Przecież obywatele nie dają rządowi w pytaniu referendalnym zgody na korzystne zmiany w dyrektywie budynkowej w zamian za ustępstwa Polski  w kwestii ETS (przykładowo), ale mają zakwestionować całość polityki klimatycznej – dosłownie opowiedzieć się przeciwko jej realizacji.

Ale tego prezydent wprost nie pisze. Jego doradcy w sprawach energetyki, była wiceprezes Wanda Buk, były wiceminister aktywów Karol Rabenda i  były dyrektor w tym resorcie Marcin Izdebski zbyt dobrze znają realia, żeby coś takiego prezydentowi zaproponować.

Skończyłoby się to tak, jak w 2018 r. – ówczesny minister środowiska Jan Szyszko doprowadził do tego, że samotna Polska nie zgodziła się na zmiany w dyrektywie ETS i została przegłosowana. Nie dowiemy się już nigdy co było wtedy do ugrania, wiadomo tylko, że KE i dyplomaci z różnych krajów pytali polskich przedstawicieli „jaka jest wasza cena za zgodę”. Odpowiedzi nie było.

Czytaj również: Gorzki koniec negocjacji w sprawie CO2

Referendum w sprawie „wyjścia” z polityki klimatycznej, podobnie jak jakiegokolwiek innego fragmentu unijnego prawodawstwa, prowadzi też do bardzo ciekawych eksperymentów logicznych.

Przypuśćmy, że ktoś w Holandii, Francji czy Danii wpadnie na pomysł referendum w sprawie składki do unijnego budżetu, która przypada na Polskę. Pytanie mogłoby być np. takie: „Czy chcesz aby budżet naszego kraju przestał odprowadzać do UE składki przeznaczone na fundusze strukturalne dla Polski, która nie przestrzega unijnego prawodawstwa klimatycznego”.

Nie idźmy tą drogą, jak mawiał Aleksander Kwaśniewski.

Debata jest potrzebna

Piszący te słowa sam pisał jeszcze w 2009 r., że referendum w sprawie polityki klimatycznej – połączone z referendum w sprawie energetyki atomowej – ma sens. Ale realia wówczas były inne, referendum mogło służyć przede wszystkim „rozbujaniu” debaty publicznej w tej sprawie.

Dziś ta debata jest już wystarczająco rozbujana, a referendum w wariancie prezydenckim jest słabo maskowaną pułapką na rząd. Cokolwiek by nie wynegocjował, opozycja zawsze może powiedzieć, że to za mało i rząd sprzeniewierzył się społeczeństwu, które przecież dało głos w referendum.

Tyle, że  za kilka lat „zgniłe kompromisy”, będzie być może będzie musial zawierać zupełnie inny rząd. Prawo i Sprawiedliwość boleśnie przekonało się samo, ile wart był głoszony przezeń w 2015 r. program renesansu polskiego węgla.

zrodla produkcji 2005 2025 oze gaz wegiel

Czytaj także: Zaskakujący bilans rządów PiS w energetyce

Prezydenckie referendum jest też niestety znakiem dalszego psucia debaty publicznej w Polsce. A przecież prezydent w sprawach energetyki zaczął całkiem nieźle –  zaproponował projekt ustawy, która praktycznie całość dochodów Polski z ETS – około 15 mld zł rocznie – przeznaczała na obniżenie rachunków za prąd.

Marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty schował projekt do szuflady i źle zrobił, bo debata publiczna w tej sprawie jest potrzebna i byłaby bardzo pouczająca.

W gruncie rzeczy dyskusja sprowadza się to do dylematu, który ma nie tylko państwo, ale każdy obywatel – czy wydać pieniądze na konsumpcję i poczuć się lepiej dziś czy też je zainwestować na przyszłość,  nie mając jednak pewności czy wszystkie inwestycje się zwrócą, bo takiej pewności nie ma nigdy.

Można się z prezydenckim projektem ustawy nie zgadzać, ale o tym należy ze społeczeństwem rozmawiać.

Prezydent mógłby też przedstawić swoje postulaty w sprawie systemu ETS 2, który ma objąć opłatami węgiel i gaz ziemny zużywany w domach oraz benzynę i diesla.

Łatwo jest napisać, zgodnie z prawdą zresztą, że  „najbardziej dotknięte będą gospodarstwa domowe o niższych dochodach, szczególnie te ogrzewające domy węglem lub gazem oraz korzystające z samochodu jako podstawowego środka transportu”.

Dużo trudniej z politycznego punktu widzenia jest zadeklarować „nie podpiszę ustawy o ETS 2 jeśli nie będzie w niej tego, tego i tego”, bo wymagałoby to przyznania, że jakieś kompromisy będą potrzebne.

W słynnej „skrzynce Dworczyka” znalazł się mail od premiera Mateusza Morawieckiego: „PEP 2040 (Polityka Energetyczna Państwa, która zakładała odejście od węgla – red.) nie powinien być przedstawiany jako realizacja oczekiwań UE, bo to stwarza wrażenie submisywne uciekania przed dyktatem Brukseli. Trzeba akcentować, że to jest polski scenariusz transformacji. Robimy to dla siebie, a nie dla Brukseli”. Dalej Morawiecki pisał, że trzeba to akcentować szczególnie „w mediach naszego obozu, które znacznie lepiej łykają opowieść węglową niż transformacyjną”.

Jaką opowieść „łyknął” prezydent Nawrocki?

Pomysł na referendum

Z jednym zdaniem z uzasadnienia prezydenckiego wniosku trudno się nie zgodzić. „Demokracja nie polega na tym, że obywatele jedynie dowiadują się o decyzjach – tylko na tym, że mają na nie wpływ. Demokracja wymaga, żeby obywatele decydowali o tym, w którą stronę idą sprawy państwa. Referendum jest najlepszym narzędziem realizacji tego celu”.

Proponuję zatem zadać obywatelom następujące pytanie: „czy jesteś za finansowaniem z budżetu (a zatem z Twoich podatków) partii politycznych, które mianują na stanowiska państwowe ludzi niekompetentnych i zawłaszczają instytucje państwa”.

Ciekawe, jaka byłaby odpowiedź suwerena…  

Czytaj również: Czy spółki skarbu państwa mogą być zbawione od polityków?

Partner działu Klimat:
Zielone technologie rozwijają:
Europejscy politycy obiecali w marcu poluzowanie przepisów dot. emisji dla przemysłu. Ale przedstawione przez Komisję Europejską zmiany mają kosmetyczny charakter, a niektóre normy są wręcz zaostrzane.
Przemysł europa unia ue fot. Depositphotos
Fot. Depositphotos
Partner działu Klimat:
Zielone technologie rozwijają:
Profesor Czarnek ma rację - paliwa kopalne to spory koszt. Przeciętna polska rodzina płaci rocznie 300 zł za emisję CO2 z produkcji prądu z węgla i gazu na jej potrzeby. Kolejne 600-800 zł wydaje na dotacje do pensji górników, 200 zł na budowę i utrzymanie elektrowni węglowych i gazowych, 1000 zł za import ropy i paliw oraz… 20 zł/rok na dopłaty do źródeł odnawialnych.
rachunek oze opata g11 zarowka prad
Zagraniczna prasówka energetyczna: Europejska chemia w pogłębiającym się kryzysie; Popyt na LNG w Azji ma swój krytyczny pułap cenowy; Kosztowny nakaz pracy dla elektrowni węglowych w USA; Indie stawiają w budowę wielkich pieców.
Clean and polluting energy
Firmy energochłonne muszą walczyć o swoją konkurencyjność. Fot. Depositphotos
Zielone technologie rozwijają:
Partner działu Klimat:
Minister finansów Andrzej Domański zapowiada ujawnienie szczegółów windfall tax, który ma przejąć część nadzwyczajnych zysków firm korzystających na kryzysie energetycznym wywołanym wojną w Zatoce. Tymczasem Iran częściowo odblokowuje cieśninę Ormuz, ceny paliw lotniczych rosną, Bałtyk przyspiesza z offshore, Niemcy budują nowy rynek mocy dla gazu, a USA zwiększają wsparcie dla technologii SMR.
ropa gaz podatek domiar oze
Fotowoltaikę wspiera:
Zielone technologie rozwijają:
Technologie wspiera: