Spis treści
Plany odchodzenia od węgla pojawiły się już pod koniec PRL
Klęska ekologiczna, protesty społeczne i ogromne dotacje do górnictwa sprawiały, że już pod koniec PRL nawet twardogłowi towarzysze zaczęli głośno mówić o stworzeniu w polskiej energetyce miksu energetycznego w miejsce monokultury węglowej. Strona PZPR-owska przy obradach Okrągłego Stołu w 1989 roku podkreślała, że „podstawowym warunkiem niedopuszczenia w przyszłości do klęski ekologicznej jest ograniczenie spalania węgla, zarówno jako źródła energii pierwotnej jak i końcowej”. Jak dodawali przedstawiciele rządu: „we wszystkich wariantach należy uwzględnić rozwój energetyki w oparciu o źródła odnawialne”.
Już po wygraniu demokratycznych wyborów przez opozycję, Sejm w 1990 roku przyjął uchwałę, w której za cel uznawał „zmniejszenie udziału paliw stałych, a zwiększenie udziału paliw węglowodorowych i różnych rodzajów energii odnawialnych” oraz „podjęcie działań zmierzających do zmiany krzywej obciążenia elektrycznego (taryfy, liczniki wielotaryfowe, sterowanie licznikami)”.
Na tym się jednak skończyło i kolejne 15 lat politycy wszystkich opcji zastanawiali się, co najwyżej, jak utrzymać możliwe dużą liczbę etatów socjalnych w kopalniach, podczas gdy kolejni ministrowie finansów rwali włosy z głów na myśl jak to sfinansować z pieniędzy podatników. Dopiero wejście Polski do UE sprawiło, że w 2005 roku zaczęła raczkować transformacja energetyczna. Wówczas ruszył system zielonych certyfikatów.
Od dotowania łupin z Afryki po nowe moce w całym kraju
Efekty pierwszej dekady tej transformacji były umiarkowane. Zielone certyfikaty w większości wspierały bowiem… produkcje prądu z węgla z dodatkiem biomasy importowanej m.in. z Afryki i Ameryki Południowej. Napędziły jednak inwestycje w pierwsze duże farmy wiatrowe. Udział OZE zaczął być widoczny w systemie.

Lawinowy przyrost nowych mocy przyniosła dopiero systemu wsparcia na kontrakty różnicowe (zawierane od 2016 roku) oraz spadek cen turbin wiatrowych i fotowoltaiki, przy wzroście wydajności obu technologii. Ważną cegiełkę (1,5 mln polskich rodzin, które same zainwestowały w produkcję „zielonego” prądu na dachach swoich domów) dołożył do tego program „Mój Prąd” (wprowadzony w 2019 roku).
Udział węgla spadł z 90% do 50%
Dynamikę tych 20 lat transformacji najlepiej oddadzą cyfry. Podczas gdy w 2005 roku udział węgla w produkcji prądu w Polsce wynosił 92% i po dekadzie spadł do 81%, to po kolejnej dekadzie wyniósł już 52%.

Między 2005 a 2025 rokiem najsilniej skurczyła się produkcja prądu z węgla brunatnego (-32 TWh) i kamiennego (-21 TWh), a najbardziej wzrosła generacja z wiatru (+24 TWh), fotowoltaiki (+20 TWh), gazu ziemnego (+19 TWh) i biomasy (+5 TWh). Całkowita generacja prądu w kraju wzrosła o 11% (+17 TWh).

Ile nas to kosztowało?
W ostatnich latach, na fali drożejącego gazu, węgla i praw do emisji CO2, zyskiwać znacznie zaczęła narracja obwiniająca źródła odnawialne za wzrost rachunków. Najkrócej mówić, to odwracanie kota ogonem, w które uwierzyła część Polaków. W rzeczywistości skok cen energii był efektem drastycznego wzrostu cen paliw kopalnych wywołanego wojną na Ukrainę i odcięciem się Europy od dostaw węgla i gazu z Rosji. Wpływ był zresztą globalny, bo odczuli go nie mniej odbiorcy energii elektrycznej choćby, w… Australii. Wszystko za sprawą płynnych globalnych rynków węgla i LNG.
Najlepiej sytuację obrazuje porównanie szczytu kryzysu energetycznego z sierpnia 2022 roku z sierpniem 2021 roku. Gaz na polskiej giełdzie podrożał rok do roku o 448%, węgiel dla ciepłowni o 359%, węgiel dla elektrowni o 158%. Ceny prądu wzrosły o 382%. W tym samym czasie ceny praw do emisji CO2 (w złotówkach) spadły o 7%, ceny zielonych certyfikatów, wspierających instalacje OZE sprzed 2016 roku potaniały o 19%, a aukcje OZE dla nowych dużych farm wiatrowych i fotowoltaicznych zamknęły się na poziomie o 21% wyższym rok do roku – kwotą 326 zł/MWh w umowach na 15 lat (gdy, przypomnijmy, elektrownie węglowe sprzedawały na polskiej giełdzie prąd na kolejny rok po niemal 1800 zł/MWh, czyli pięć razy drożej).

Na rachunkach za prąd ponosimy ok. 5 zł rocznie (ok. 40 gr miesięcznie) kosztów utrzymywania starego systemu wsparcia OZE (zielonych certyfikatów) oraz ok. 15 zł rocznie (1.20 zł miesięcznie) w ramach nowego systemu wsparcia. W sumie koszty dopłat, głównie historycznych inwestycji, bowiem nowe elektrownie OZE zwykle same dopłacają państwu w ramach kontraktów różnicowych, kosztują przeciętną polską rodzinę ok. 1,60 zł miesięcznie, wpływając na obniżenie ich kosztów zakupu prądu o co najmniej 10-20 zł miesięcznie (w postaci obniżania hurtowych cen prądu).

Jak wzrosły ceny prądu dla gospodarstw domowych?
Wróćmy jednak do perspektywy ostatnich 20 lat. Średnie całkowite ceny energii elektrycznej z dystrybucją i VAT w płaskiej taryfie G11, dla przeciętnego odbiorcy domowego (2000 kWh rocznego poboru) wzrosły w latach 2005-2025 z 0,42 zł/kWh do 1,23 zł/kWh. Prąd z dystrybucją jest zatem trzykrotnie droższy niż 20 lat temu. Jeżeli jednak obie wartości sprowadzimy do wartości obecnej złotówki, to ceny realne wzrosły z 0,84 zł/kWh do 1,26 zł/kWh, czyli o 50% a nie 200%. Tak działa inflacja w długim okresie czasu.

Ile prądu kupimy za miesięczną pensję?
A jak to się ma do wynagrodzeń? W 2005 roku przeciętna pensja wynosiła ok. 1700 zł, podczas gdy w 2025 roku było to już 6399 zł netto. Z kolei minimalna płaca wzrosła w tym okresie z 617 zł do 3511 zł na rękę. Oczywiście, tu znów należałoby uwzględnić inflację, aby zrozumieć jak można było przeżyć za 617 zł miesięcznie. Jednak lepszym porównaniem będzie po prostu podzielenie cen prądu przez płace.
W 2005 roku za minimalne wynagrodzenie można było kupić 1470 kWh, podczas gdy w ubiegłym roku już 2854 kWh, czyli niemal dwukrotnie więcej. Dla porównania – co może być zaskakujące − bochenków chleba za pensję minimalną kupimy dziś tylko o 40% więcej niż dwie dekady temu (produkcja pieczywa jest bardziej pracochłonna, więc wzrost wynagrodzeń realnych waży w cenie chleba więcej niż w cenie prądu).

Czy prąd jest tani?
No dobrze, ale przecież dziś zużywamy więcej prądu niż 20 lat temu, bo korzystamy z udogodnień, jakie wtedy były rzadkością, jak komputery osobiste, zmywarki, kuchnie indukcyjne itp. Zatem czy koszt zakupu prądu w domowych budżetach spadły? Tak, i to wyraźnie. Unijne etykiety energetyczne i normy wymusiły taki spadek zużycia jednostkowego (co widać szczególnie po zamianie żarówek na LEDy, ale w wydajności sprzętu AGD i RTV zmiany także są znaczące), że łączny pobór energii elektrycznej przez gospodarstwa domowe przez ostatnie dwie dekady wzrósł tylko o ok. 20% (wliczając w to już autokonsumpcję prądu z fotowoltaiki), przy wzroście liczby gospodarstw domowych o 10% i niewielkim wzroście mieszkańców kraju. `
Zatem wydatki na prąd, podobnie zresztą jak i na inne źródła energii, pochłaniają coraz mniejszą część naszych budżetów domowych. W 2005 roku było to 10%, obecnie ok. 7%.

Ceny prądu a elektryfikacja gospodarki
Nie oznacza to jednak, że wysokość cen prądu można zignorować. Z punktu widzenia niezależności energetycznej i rozwoju gospodarczego ważna jest elektryfikacja gospodarki. Znaczenie ma więc przede wszystkim koszt energii elektrycznej względem kosztów gazu ziemnego czy paliw płynnych. Na tym tle prąd w Polsce nadal jest atrakcyjnym nośnikiem energii, chociaż już nie we wszystkich obszarach – np. wysokie koszty energii wraz z dystrybucją istotnie ograniczają opłacalność samochodów elektrycznych korzystających wyłącznie z publicznych ładowarek. Także w przemyśle gaz ziemny wypada często korzystniej od energii elektrycznej z sieci.

