Energetyczne drogi Niemiec i Polski się rozchodzą

Energetyczne drogi Niemiec i Polski się rozchodzą

Niemieckie ministerstwo gospodarki ujawniło plany zmuszenia elektrowni do dodatkowej redukcji CO2. To cios w tamtejsze siłownie węglowe i sposób na podniesienie cen uprawnień do emisji z pominięciem Brukseli.

Należące do Vattenfalla i RWE niemieckie elektrownie na węgiel brunatny należały do największych wygranych Energiewende - czyli niemieckiej transformacji energetycznej.

Zamknięcie części siłowni atomowych w połączeniu z niskimi cenami uprawnień do emisji CO2 spowodowało, że stały się świetnym biznesem, ale jednocześnie były odpowiedzialne za wzrost emisji CO2, co z z politycznego punktu widzenia jest w Niemczech trudne do przyjęcia.

Rząd przyjął więc w grudniu 2014 r.  „Plan Działań na Rzecz Ograniczenia Emisji CO2".  Zgodnie z nim, emisja powinna spaść do 2020 o 40 proc. ,zaś kilka dni temu Ministerstwo Gospodarki i Energetyki ujawniło szczegóły planu.  
   
Energetyka ma zmniejszyć emisję z 349 mln ton CO2 do 290. Z czego 22 mln ton ma zostać osiągnięte środkami administracyjnymi, zaś 37 mln - dzięki większemu udziałowi OZE i efektywności energetycznej. 

Jak mają działać „środki przymusu“?

Niemieckie siłownie będą musiały kupować dodatkowe uprawnienia do emisji CO2. Ich liczba zależy od wieku siłowni. Elektrownie powyżej 21 lat będą mogły emitować najwyżej 7 mln ton CO2 na 1 GW mocy.

Ta liczba będzie stopniowo coraz mniejsza - 40-letnia elektrownia ma emitować tylko 3 mln ton na GW. Oczywiście modernizacje zwiększające sprawność siłowni są uwzględniane. Jeśli siłownie nie zmieszczą się w standardach, to będą musiały dokupić uprawnienia do emisji CO2 na rynku.

Niemcy, jak to Niemcy, podają dokładne oceny skutków regulacji. Wedle resortu gospodarki jedynie 10 proc. elektrowni straci na nowych zasadach, cena prądu wzrośnie o 2 centy za kWh. W dokumencie niemieckiego Ministerstwa Gospodarki zakłada się, że ceny dodatkowych uprawnień do emisji kupowanych przez elektrownie, a emitowanych przez niemiecki rząd, wyniosą 18-20 euro.

Niemiecki plan rodzi mnóstwo pytań. Przede wszystkim takiego rozwiązania nie przewiduje dyrektywa ETS, która wprowadza jeden europejski system handlu emisjami, a nie dwa rodzaje uprawnień – „unijne” i „krajowe”, ale część krajów postanowiła już nie oglądać się na UE i wprowadza własne rozwiązania.

Brytyjczycy mają specjalny podatek nałożony na elektrownie, gdy cena uprawnień spadnie poniżej 18 euro – kwota ta została zostały zresztą zamrożona do 2020 r. Dziś uprawnienia oscylują wokół 7 euro.

Choć niemieccy prawnicy mają sporo wątpliwości, to Siegmar Gabriel, wicekanclerz i minister gospodarki wywodzący się z SPD przedstawiał projekt jako w pełni zgodny z ETS i służący podniesieniu cen uprawnień zgodnie z projektem dyrektywy o mechanizmie rezerwy stabilizacyjnej, która zalega w Parlamencie Europejskim.

Rezerwa "zdejmuje" części uprawnień z rynku i tym sprzyja  samym podniesieniu ich ceny. MSR ma być wdrożony od 2020 r. ,ale „zieloni” politycy domagają się jej wejścia w życie już w 2017 lub 2018 r.

Kilkanaście dni temu polski rząd ogłosił, że ma poparcie kilku rządów  zdolnych zebrać  mniejszość blokującą w Radzie UE wszelkie inicjatywy przyspieszenia MSR.

Kto zyska, kto straci?

Najwięcej do stracenia ma drugi gracz na niemieckim rynku, czyli koncern RWE, który ostrzegł przed konsekwencjami takiego kroku.

Zdaniem  firmy jeśli plan wszedłby w życie, to elektrownie na węgiel brunatny stałyby się nierentowne i trzeba by je zamknąć. To z kolei spowodowałoby zniknięcie 30 tys, miejsc pracy w elektrowniach i kopalniach oraz dwa razy tyle w otoczeniu.

Trudno powiedzieć, na ile te szacunki są prawdziwe, ale bez wątpienia RWE znajdzie się w trudnej sytuacji – elektrownie tej firmy w Nadrenii-Westfalii są najstarsze.

Trochę tylko lepiej może poczuć się szwedzki Vattenfall, który dysponuje elektrowniami na węgiel brunatny w byłej NRD. Są nowsze niż te RWE, ale i tak szwedzki koncern, który chce je sprzedać będzie musiał to zrobić z dużym dyskontem, bo ryzyko regulacyjne jest olbrzymie.

Gdy cena hurtowa prądu pójdzie w górę, sarkać będzie też przemysł energochłonny. Na razie jest beneficjentem Energiewende, bo korzysta z obniżenia cen hurtowych dzięki taniej energii z OZE, a nie jest obciążany opłatami dla konsumentów, które finansują rozwój technologii wiatraków i paneli. BASF czy Thyssen to okręty flagowe niemieckiej gospodarki, rząd słucha ich bardziej uważnie niż firm energetycznych.

Kto zyska na planie Gabriela? Przede wszystkim elektrownie na gaz, które ostatnio w Niemczech były „Czarnym Piotrusiem”. Wysokie ceny gazu w połączeniu z niskimi cenami uprawnień do emisji wypychały te elektrownie z rynku. Na gazówki stawiał największy niemiecki koncern energetyczny E.ON, który od dawna apelował o zwiększenie cen uprawnień.

Projekt Gabriela wywołał już kontrowersje w łonie rządzącej w Niemczech koalicji. Skrytykował go poseł CDU Joachim Pfeiffer, który odpowiada za energetykę w swojej partii.

Tymczasem Reuters ujawnił, że w Niemczech toczą się prace nad stworzeniem mechanizmu „zimnej rezerwy” dla elektrowni, które zapewniałyby stabilność systemu. To nowość bo dotychczas nad Łabą odżegnywano się od rynku mocy i podobnych działań, twierdząc, że system poradzi sobie nawet po planowanym wyłączeniu elektrowni atomowych w 2022 r. Rezerwa miałaby objąć elektrownie o mocy 4 tys. MW wyłonione w przetargach.

Rozmówca Reutersa podkreśla jednak, że najprawdopodobniej rezerwa nie będzie potrzebna.

Zobacz także...

Komentarze

Patronat honorowy

Partnerzy portalu

PSE