Atomowy sojusz Amerykanów z Michałem Sołowowem– mały reaktor czy wielki PR

Atomowy sojusz Amerykanów z Michałem Sołowowem– mały reaktor czy wielki PR

Dlaczego jeden z najbogatszych Polaków podpisał list intencyjny z General Electric Hitachi w sprawie budowy reaktora jądrowego nowej generacji? Hipotez jest kilka, ale najmniej prawdopodobna jest najprostsza- rzeczywiście chodzi o reaktor.

Komunikat amerykańsko-japońskiej spółki General Electric Hitachi o podpisaniu listu intencyjnego ze oświęcimskim Synthosem wywołał istną lawinę spekulacji w naszym kraju.  Niektórzy wręcz wieszczą już, że jeden z najbogatszych Polaków sam zbuduje tu elektrownię atomową, ubiegając państwowe firmy. Od podpisania listu intencyjnego do budowy elektrowni atomowej droga jednak daleka.

Przedstawmy zatem najpierw co wiemy, a potem możemy pomyśleć o tym, czego nie wiadomo.

Mały, ale elastyczny

Główny bohater całej imprezy, czyli reaktor BWRX-300, należy do nowej generacji tzw. SMR czyli small modular reactors. W teorii mają one być wyraźnie lepsze od swoich wielkich poprzedników – mniejsze, modularne jednostki, dużo tańsze i znacznie bardziej elastyczne, czyli lepiej współpracujące ze źródłami odnawialnymi. Istniejące reaktory są drogie w budowie i nie nadają się  do szybkiego włączania i wyłączania, więc nie mieszczą się w modelu  rynku energii rozwijanym w Europie czy USA. GEH zapewnia, że koszty budowy i eksploatacji małego reaktora będą porównywalne z elektrowniami gazowymi.

BWRX-300 istnieje na razie wyłącznie jako projekt. Reaktor czeka na certyfikację w Kanadzie i USA. GEH próbuje przyciągnąć jak najwięcej firm, które chciałyby współpracować oraz pozyskać państwowe fundusze na dalsze badania reaktora. W USA utworzył w tym celu konsorcjum z gigantem budowlanym Bechtel, operatorem elektrowni Exelon oraz Massachussets Institute of Technology. Departament Energii USA przyznał konsorcjum dotację  1,9 mln dol. Nie jest to wielka suma, zważywszy, że konkurencyjny projekt NuScale zdążył już przepalić subsydia ponad sto razy większe.

GEH podpisał też listy intencyjne z kompletnie nieznaną spółką Fermi z Estonii oraz innym operatorem elektrowni USA – Dominion Energy.  Ten ostatni jednak zastrzegł, że choć włoży w projekt bliżej nieokreśloną sumę, to nie zamierza na razie budować żadnego reaktora.

Co wiadomo o liście intencyjnym?

Przede wszystkim z samego komunikatu nie wynika, że oprócz ogólnej współpracy spółka Michała Sołowowa wyłoży jakiekolwiek pieniądze, choć po internecie krąży informacja, że reaktor będzie kosztował miliard dol. Według  źródeł portalu WysokieNapiecie.pl zbliżonych do producenta rzeczywiste koszty budowy tego reaktora są co najmniej dwa razy wyższe, choć oczywiście trzeba poczekać do zakończenia badań.

Sam właściciel oświęcimskiej spółki chemicznej powiedział „Pulsowi Biznesu” m.in. „"Małe reaktory modułowe mogą odegrać znaczącą rolę przy rozwiązywaniu stojących przed Polską wyzwań, związanych z modernizacją sektora energetycznego oraz osiągnięciem potrzebnego stopnia dekarbonizacji a nasze podejście do tej inwestycji opiera się na kombinacji ekologii i komercji”. Jak dowiedziało się WysokieNapiecie.pl, Sołowow wysłał też podobny w treści list do premiera Mateusza Morawieckiego.  Poinformował w nim o podpisaniu listu intencyjnego z GEH, przewidywanym czasie inwestycji (10 lat) oraz poprosił rząd o współpracę. Na razie reakcje polityków są pozytywne – projekt pochwalił minister finansów Jerzy Kwieciński.

Natomiast sam Synthos nabrał wody w usta, spółka nie wydała nawet żadnego oświadczenia w tej sprawie, rozsyła dziennikarzom komunikat  GEH i, jak nam przekazała rzeczniczka Agata Kościelnik, „na ten moment” to wszystkie informacje. Trochę dziwne zachowanie jak na firmę, która chce ratować świat.

Synthos jest sławny

Co zyskują obie strony? Co do Michała Sołowowa, to teorie są dwie – idealistyczna i merkantylna.

Wg tej pierwszej to, co biznesmen powiedział „Pulsowi Biznesu” i napisał w liście do premiera rzeczywiście oddaje jego intencje. Pytanie jednak dlaczego w takim razie nie powiedział jasno, ile pieniędzy jest w stanie włożyć w ten projekt i w jaki sposób. Warto pamiętać, że przychody Synthosu w 2018 r. wyniosły 7 mld zł a zysk netto 530 mln zł, samodzielna budowa SMR wydaje się więc mało realna.

Wg teorii merkantylnej list intencyjny jest po prostu częścią większego dealu. Koncepcje są dwie. –Moim zdaniem Sołowow chce sprzedać Synthos i pomyślał, że w ten sposób wypromuje spółkę i podniesie jej wartość – mówi nam osoba dobrze obeznana z sytuacją. Rzeczywiście, informacja o liście z GEH obiegła cały świat, pisały o niej portale w USA, pojawiła się nawet w mediach rumuńskich. Trudno więc o lepszą promocję.

Potwierdzeniem tej koncepcji może być fakt, że wg naszych informacji w miejscu utknęły prace nad budową nowej elektrociepłowni gazowej w Synthosie. Blok o mocy ok. 120 MW miała zastąpić istniejące źródło węglowe. - Rozmowy z kilkoma kluczowymi europejskimi dostawcami technologii ciągnęły się wiele miesięcy, ale kilka tygodni temu Synthos je zakończył - mówi nasz rozmówca. Jeśli rzeczywiście Sołowow chciałby sprzedać spółkę, to takie działanie miałoby sens.

Druga koncepcja teorii merkantylnej jest taka, że Sołowow wyświadczył po prostu przysługę amerykańskim partnerom, oczekując czegoś w zamian. Jeśli to prawda, to wkrótce się dowiemy, o co chodzi.

O ile więc cele kieleckiego biznesmena są zagadkowe, o tyle strategia GEH wydaje się dość jasna. Podpisanie listu intencyjnego zbiegło się z wielką współorganizowaną przez GEH konferencją w Brukseli, poświęconą małym reaktorom. Gościł zresztą na niej Michał Sołowow. GEH próbuje zapewne pozyskać sobie sojuszników, list intencyjny z liczącą się w UE grupą przemysłową może być dowodem na to, że BWRX-300 cieszy się komercyjnym zainteresowaniem i warto go wesprzeć. Prace nad reaktorem typu SMR toczą się m.in. we Francji (projekt NuWard) oraz w Wielkiej Brytanii. Wszystkie te projekty będą konkurować o poparcie Komisji Europejskiej.

Ojej, co się stanie z naszym atomem?

Równocześnie kilka dni temu Komisja Europejska opublikowała raport pt. „Nuclear energy sensitivity analizes” („Analiza wrażliwości energetyki atomowej”). Wynika z niego, że urzędnicy w Brukseli nagle przypomnieli sobie o energetyce atomowej, która przez ostatnie trzy lata była pomijana we wszelkich planach na przyszłość.  Kiedy Bruksela zaczynała prace nad nowym modelem rynku energii w 2015 r. atom jeszcze się tam pojawiał, ale w trakcie prac nad pakietem zimowym kompletnie zniknął. W konsekwencji rynek energii został zaprojektowany pod źródła odnawialne i współpracujące z nimi maksymalnie elastyczne technologie, takie jak magazyny energii lub nowoczesne bloki gazowe.

Czytaj także„Czysta planeta dla wszystkich”. Bruksela przedstawia wizję gospodarki bez CO2

W UE mamy w tej chwili elektrownie atomowe o mocy 120 GW (produkują 27 proc. prądu w UE) i nie widać na horyzoncie co mogłoby je szybko zastąpić jako źródła bezemisyjne. Raport stwierdza więc, że „bardzo ważnym czynnikiem” będzie wydłużenie czasu pracy obecnych  jednostek. Ale urzędnicy Komisji dodają, że niezbędna będzie budowa nowych elektrowni, bo czasu pracy znacznej części z nich nie da się już wydłużyć.

Komisja pociesza się, że plany budowy nowych atomówek ma wiele krajów, nieco naciągając przy tym fakty. Np. wlicza do krajów planujących nową elektrownię atomową Litwę, która już kilka lat temu porzuciła mrzonki o budowie następczyni zamkniętej poradzieckiej elektrowni w Ignalinie. Trudno też wyobrazić sobie, że po 2 GW atomówek zbudują po 2040 r. Bułgarzy, Słoweńcy czy Słowacy, bo prostu ich na to nie stać. Polska oczywiście zaliczona jest do krajów planujących nowe elektrownie atomowe, zgodnie z tym co podaje rząd (3,3 GW w 2035r, 6,6  GW w 2040). Realnością tych planów nikt w Brukseli się nie zajmuje, przyjmując je za dobrą monetę.

Czytaj także: Czy energetyka atomowa w Europie ma przyszłość?

W zaprojektowanym bowiem przez Komisję Europejską modelu rynku energii budowa nowych elektrowni atomowych jest kompletnie nieopłacalna. A w każdym z czterech rozpatrywanych przez Komisję scenariuszy w 2050 r. ciągle jest 106 GW elektrowni atomowych, co oznacza, że trzeba wydłużyć życie 18 -20 GW oraz wybudować do 2050 85-90 GW nowych mocy atomowych.  Tymczasem budowa nowych reaktorów wg raportu Komisji może kosztować w latach 2015 -2050 ok. 350 mld euro, a remonty starych od 76 do 134 mld euro. Jeśli właściciele tych elektrowni mieliby zainwestować takie pieniądze, to  potrzebny byłby specjalny model pomocy publicznej, ale nie wiadomo, czy to wystarczy. A wspieranie energetyki jądrowej z funduszy UE jest wykluczone- nie zgodziliby się na to na pewno Niemcy i Austriacy.

Nawet jeśli energetyka atomowa może stracić przewagę konkurencyjną wobec OZE w średnim okresie, pozostaje ważnym bezemisyjnym źródłem energii elektrycznej. Zwłaszcza długookresowo pełna dekarbonizacja systemu energetycznego UE wymaga wzrostu popytu na prąd wskutek elektryfikacji oraz potencjalnego wprowadzenia paliw syntetycznych jako środków zmniejszających emisję gazów cieplarnianych. Jakkolwiek większość tego popytu zostanie pokryta przez OZE, jeśli przekroczy on określony poziom, możliwości inwestycji w niskokosztowe OZE wyczerpią się i wówczas zarówno OZE, jak  i atom pozostaną konkurencyjne ekonomicznie. Budowa elektrowni atomowych wymaga kompetencji i olbrzymiego doświadczenia, które może zostać utracone jeśli energetyka jądrowa zostanie porzucona w średnim terminie. Sukces reanimowania energetyki atomowej w połowie stulecia po okresie hibernacji jest wątpliwy” – martwią się urzędnicy Komisji, podkreślając jak ważne jest wydłużenie czasu pracy istniejących reaktorów.

Urzędnikom potrzebna szklana kula

Wygląda więc na to, że w Brukseli po trzech latach milczenia zwolennicy atomu nieco podnieśli głowy.  Brak jest ciągle analizy jakimi metodami można reanimować energetykę jądrową. Kraje UE są w jej ocenie głęboko podzielone, Austriacy zaskarżają do Trybunału Sprawiedliwości UE decyzje Komisji zatwierdzające pomoc publiczną dla elektrowni atomowych, m.in. w Wielkiej Brytanii. Zniecierpliwiony premier Czech Andrej Babis stwierdził niedawno, że Czechy postawią nową elektrownię bez oglądania się na Brukselę, ale to raczej buńczuczne machanie szabelką niż realne plany. Czesi bowiem, podobnie jak Polacy, nie mają żadnego modelu finansowania takiej inwestycji.

Czytaj także:Nadspodziewanie szczery plan dla energii i klimatu

Z atomowej mgły nie wyłania się więc żaden kształt. Nie tylko w Polsce nikt nie ma pojęcia co robić, recepty nie mają także urzędnicy w Brukseli. Ale gospodarka nie znosi próżni, historia uczy, że jeśli wystąpiło palące zapotrzebowanie na jakąś technologię, to ta technologia prędzej czy później się pojawiała. Być może będzie nią właśnie SMR. A może coś zupełnie innego, czego nie jesteśmy w stanie dziś przewidzieć?

Czytaj także: Nieustające bicie atomowej piany

Zobacz także...

Komentarze

Patronat honorowy

Partnerzy portalu

PSE