Jak Rockefeller miał elektryfikować Polskę - bilans XX-lecia międzywojennego

Jak Rockefeller miał elektryfikować Polskę - bilans XX-lecia międzywojennego

We wrześniu 1939 roku zakończyła się historia II Rzeczpospolitej. Co w tym czasie udało się osiągnąć w rozwoju energetyki? Za czyje pieniądze rozwijała się polska elektroenergetyka? I na ile zrealizowano ambitne plany budowy elektrowni i rozwoju sieci? Oto energetyczny bilans XX-lecia międzywojennego na kanwie „Wieku energetyków”, autorstwa dziennikarzy WysokieNapiecie.pl.

Dokładnie 80 lat temu Niemcy, a następnie Rosja zaatakowały Polskę. Porażka kampanii wrześniowej położyła kres dwudziestojednoletniej pozaborowej niepodległości naszego kraju. Dziś okres XX-lecia międzywojennego kojarzymy głównie z wojną z bolszewikami, przewrotem majowym, czy charyzmatyczną postacią Józefa Piłsudskiego. Spośród osiągnięć gospodarczych zwykle pamiętamy najwyżej budowę portu w Gdyni, reformy Grabskiego czy budowę kolejowej magistrali węglowej.

A jak na tym tle wyglądał rozwój energetyki? Jak realizowano plan elektryfikacji kraju i budowy krajowego systemu elektroenergetycznego na wzór tych, jakie powstawały wówczas na Zachodzie czy w Czechosłowacji? Skąd brano wówczas pieniądze na t inwestycje? Piszemy o tym  w książce pt. „Wiek Energetyków. Opowieść o ludziach, którzy zmieniali Polskę", wydanej przez WysokieNapiecie.pl przed kilkoma miesiącami i nominowanej niedawno do tytułu najlepszej książki ekonomicznej roku w konkursie Dziennika Gazety Prawnej. Poniżej publikujemy jej fragmenty, stanowiące krótkie podsumowanie osiągnięć polskiej energetyki w okresie XX-lecia międzywojennego.

Zobacz więcej: „Wiek energetyków” nominowany do nagrody dla najlepszej książki ekonomicznej roku

Trudne początki

Pod koniec 1918 roku wyczerpująca wojna światowa doprowadziła ostatecznie do rozpadu trzech mocarstw – Rosji, Niemiec i Austro-Węgier. Ten niezwykle korzystny zbieg okoliczności państwa Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polska, wykorzystały do proklamowania swojej niepodległości. W stosunku do sytuacji sprzed rozbiorów obszar kraju skurczył się ogromnie, ale o rzadko zaludnione i słabo rozwinięte obszary na wschodzie, gdzie Polacy stanowili mniejszość. Polska połowicznie przegrała też spór o ponowne zwierzchnictwo nad najważniejszym portem morskim – Gdańskiem, który otrzymał status wolnego miasta pod protektoratem Ligi Narodów.

Ogromnym sukcesem było było przyłączenie do Polski części Górnego Śląska z kopalniami i elektrowniami

Ogromnym sukcesem okazało się natomiast przyłączenie do Polski części Górnego Śląska. Na mocy traktatu z Niemcami z 1922 roku po polskiej stronie granicy znalazła się połowa hutnictwa, większość górnictwa węgla kamiennego, wiele fabryk i liczne elektrownie. Był to niewątpliwy sukces polskiej dyplomacji i uczestników trzech powstań śląskich. Trzeba bowiem pamiętać, że Górny Śląsk należał wcześniej do Polski przez zaledwie trzysta lat i to jeszcze w średniowieczu.

Zobacz także: Jak wyglądała polska energetyka w 1918 roku?

Młoda Polska była zlepkiem trzech, a nawet czterech kawałków (Królestwo Polskie nie zawsze dzieliło los Kresów Wschodnich). Przez ponad sto lat rozwijały się one ekonomicznie, politycznie i kulturalnie w różny sposób i w innym tempie. Różnice dotyczyły systemów sądowniczych, kredytowych, miar, norm, sieci kolejowych i telekomunikacyjnych, czy waluty. Jeszcze na początku 1919 roku w Polsce płacono markami, rublami, hrywnami, karbowańcami i monetami lokalnymi. Diametralnie odmienny był także poziom rozwoju gospodarczego poszczególnych dzielnic. Różnice, choćby w sieci kolejowej, nie zatarły się jeszcze zupełnie po stu latach od odzyskania niepodległości.

Rzeczpospolita była ponadto państwem wieloetnicznym. Na wielu obszarach mniejszość niemiecka, litewska, ukraińska czy białoruska stanowiły większość mieszkańców. Według spisu powszechnego z 1931 roku język polski był uznawany za ojczysty przez niespełna 69 proc. mieszkańców, a narodowość polską deklarowało 65 proc. obywateli.

Zobacz też: Polak tworzył jedne z pierwszych samochodów elektrycznych na świecie

Każdy z braci pierwszego ministra przemysłu RP wybrał inną ojczyznę: Litwę, Białoruś i Polskę

Poziom złożoności tamtejszych układów społecznych w pewnym stopniu ilustruje przykład pierwszego w Rzeczpospolitej ministra przemysłu i handlu, mającego zająć się także rozwojem energetyki – Jerzego Iwanowskiego. Jego ojciec, przez lata pracujący jako carski urzędnik w Petersburgu, uważał się za obywatela Wielkiego Księstwa Litewskiego, matka, baronówna von Reichel, była córką pruskiego oficera z Alzacji i polskiej szlachcianki. Każdy z jego trzech braci wybrał z kolei inną ojczyznę – prof. Tadas Ivanauskas był członkiem Akademii Nauk Litwy i litewskim działaczem niepodległościowym, Wacłau Iwanouski został ministrem edukacji Białoruskiej Republiki Ludowej, a Stanisław Iwanowski był wileńskim prawnikiem i polskim działaczem społecznym.

Cel: elektryfikacja. Problem: brak pieniędzy

W powstającej administracji państwowej II RP bardzo szybko znalazło się jednak miejsce dla jednostki zajmującej się elektryfikacją. O utworzeniu Urzędu Elektryfikacyjnego przy Ministrze Przemysłu i Handlu rząd zdecydował niespełna trzy miesiące po odzyskaniu niepodległości – 7 lutego 1919 roku.

Już w lutym 1919 roku powstał Urząd Elektryfikacyjny. Miał ludzi i plany. Brakowało tylko... pieniędzy

Szybko okazało się jednak, że postawione przed nim zadania są ogromne, chęci też, brak tylko pieniędzy na ich realizację. Gospodarka dopiero podnosiła się z upadku, Polska nie była jeszcze w stanie ściągać efektywnie podatków, a większość budżetu pochłaniała armia. Brakowało chętnych na przyznanie Polsce kredytów zagranicznych, bo los kraju był niepewny. Jak mówił w 1919 roku w Sejmie poseł ks. Stanisław Adamski: wybitni finansiści amerykańscy przy pertraktacjach o kredyt dla Polski przedewszystkiem mówią: „znamy znacznie lepsze lokaty, niż lokowanie pieniędzy w Polsce”, nieuporządkowane stosunki wewnętrzne nie zachęcają do umieszczania pieniędzy zagranicznych w Polsce.

Belgijski kapitał

Zanim rządowi udało się pozyskać jakąkolwiek pożyczkę od Amerykanów, aż milion dolarów uzyskała w Stanach Zjednoczonych pierwsza spółka założona w II RP: „Siła i Światło”. Utworzyli ją Polacy z doświadczeniem menadżerskim w Siemensie i AEG, którzy postanowili poprzejmowanie od inwestorów z Niemiec i Austrii akcje polskich elektrowni. Jeszcze w 2019 roku skupili pakiety kontrolne akcji siłowni w Pruszkowie (w budowie) i Sosnowcu. Po kolejnych pożyczkach w Anglii i Polsce okazało się jednak, że spółka nie ma już dalszej zdolności kredytowej, aby realizować dalsze plany. Dlatego jej menadżerowie zdecydowali się na wejście do firmy belgijskiej spółki, przypominającej dzisiejsze fundusze inwestycyjne.

W 1926 kupiła na warszawskiej giełdzie część akcji Siły i Światła, a wkrótce, za namową Polaków, Belgowie zaangażowali się jeszcze bardziej. Obie firmy wprowadziły na brukselską giełdę Societe Belgo-Polonaise de Force et de Traction Electriques (Sobepol). Siła i światło miała w niej 25 proc. akcji uprzywilejowanych, które dawały jej 50 proc. głosów i kontrolę operacyjną. Pozostała część należała do kilku belgijskich inwestorów. Sobepol kupił z kolei od Siły i Światła pakiety kontrolne dwóch elektrowni i tramwajów, dając warszawskiemu koncernowi zastrzyk gotówki na kolejne inwestycje.

Zobacz także: Siła i Światło: 100 lat pierwszego polskiego koncernu energetycznego

Do dziś "Siła i Światło" określana jest przez część historyków jako firma belgijska, co nie oddaje rzeczywistości ówczesnych konstrukcji finansowych

Dzięki takim konstrukcjom finansowym do 1939 roku Siła i Światło zgromadziła w swojej grupie kapitałowej dziewięć spółek, od zakładów górniczych „Silesia”, przez producenta kabli, elektrownie, tramwaje elektryczne, aż po firmę ubezpieczeniową. Jej dyrektor finansowy, Janusz Regulski, oceniał w swoich wspomnieniach, że łączna wartość inwestycji spółki od 1918 do 1939 roku przekraczała 160 mln zł, co równało się wówczas 30 mln dolarów. Niestety, ze względu na brak zrozumienia modelu finansowania, do dziś wielu historyków uważa, że była to firma belgijska. W rzeczywistości cały czas kontrolowali ją i rozwijali Polacy, choć w znacznej mierze za pieniądze belgijskich inwestorów.

Jak Rockefeller chciał zelektryfikować Polskę

Inwestycje „Siły i Światła” były jednak kroplą w morzu potrzeb całego państwa. Już w 1918 roku Polska mocno bowiem odstawała od Europy Zachodniej pod względem elektryfikacji. Wiele miast nie miało elektrowni w ogóle, a te, które istniały, nie były ze sobą połączone liniami energetycznymi. Zgodnie z planami, tworzonymi jeszcze pod zaborami, w niepodległej Polsce powstać miała jedna lub kilka dużych elektrowni wodnych na południu kraju i linie elektroenergetyczne łączące ją z elektrowniami i odbiorami energii w największych ośrodkach przemysłowych.

Ze względów bezpieczeństwa podstawę energetyki II RP miały tworzyć elektrownie wodne i gazowe, a nie węglowe

Co ciekawe, planowany ogólnokrajowy system elektroenergetyczny miał się opierać na odnawialnym źródle energii zamiast na elektrowniach węglowych ze względów… bezpieczeństwa. Brano bowiem pod uwagę ryzyko przerwania dostaw węgla kamiennego z Górnego Śląska, a import większych ilości z innych kierunków nie był możliwy.

Jednak ogromny zbiornik i elektrownia wodna wymagały ogromnego kapitału, którego wciąż w Polsce brakowało. Dlatego, podobnie jak w przypadku innych wielkich inwestycji II RP (portu w Gdyni, magistrali węglowej czy gazociągów) uwaga rządu zwróciła się w stronę dużego zagranicznego inwestora, która byłby w stanie przeprowadzić elektryfikację na szeroką skalę przy niewielkim udziale kapitałowym Banku Gospodarstwa Krajowego.

Amerykanie mieli wydać na elektryfikację II RP równowartość dzisiejszych 80 mld zł. Rząd III RP chciałby aby za podobną kwote budowali dziś elektrownię atomową

W 1924 roku Ministerstwo Robót Publicznych usiadło do stołu negocjacyjnego z American-European Utilities Corporation (AEUC), utworzonego m.in. przez Rockefellerów, kontrolowanego przez nich banku Chase, koncernu Westinghouse i wielu innych inwestorów z USA. Podpisana w 1925 roku umowa przedwstępna przewidywała elektryfikację obszarów pomiędzy Górnym Śląskiem, Zagłębiem Dąbrowskim, Częstochową, Łodzią, Warszawą i Lublinem, a więc najważniejszymi ośrodkami gospodarczymi Polski. Amerykanie mieli też zbudować dużą elektrownię wodną na Dunajcu. Ministerstwo szacowało, że już w pierwszych latach na realizację zaplanowanych inwestycji potrzebnych będzie 30 mln dol. (to równowartość dzisiejszych 20 mld zł). Dla porównania wszystkie wpływy podatkowe budżetu państwa wyniosły w 1923 roku 45 mln dol., a cały budżet roczny nieznacznie przekraczał 100 mln dol.

Biorąc pod uwagę ówczesny poziom rozwoju gospodarczego kraju, te nakłady inwestycyjne porównać można do dzisiejszych planów budowy elektrowni atomowej. a ponieważ historia kołem się toczy, dziś znów polski rząd spogląda w stronę Amerykanów.

Sytuację mógł skomplikować przewrót majowy. Oto w istniejącym ponownie od ośmiu lat kraju, który zaczął zyskiwać zaufanie zagranicznych inwestorów, doszło do walk na ulicach i usunięcia demokratycznie wybranych władz. Reakcja amerykańskiej prasy na zamach nie była jednak tak zła, jak mogłoby się wydawać. Już na początku czerwca marszałek Piłsudski trafił na okładkę tygodnika Time, a poświęcony mu artykuł napisany został w uspokajającym tonie.

W tym samym miesiącu AEUC  wystąpiło więc o nadanie mu uprawnienia rządowego (koncesji) na 60 lat. Jednocześnie rozpoczęli rozmowy z właścicielami elektrowni na obszarze, który mieli zelektryfikować. Chcieli kupować od nich nadwyżki mocy i dostarczać im energię z innych elektrowni, gdyby zachodziła taka potrzeba.

Forsowany przez Ministerstwo Robót Publicznych projekt szybko trafił jednak na ostry sprzeciw. W rozmowach u premiera zaniepokojenie propozycją Amerykanów wyrażali przedstawiciele przemysłu, oponowała Państwowa Rada Elektryczna i Zrze­szenie Elektrowni Kopalnianych. Warszawski Przegląd Wieczorny skarżył się na niejawność pertraktacji i porównywał negocjacje z AUEC do innej umowy z amerykańskimi inwestorami – Towarzystwem Ulena. Uzyskane wówczas przez kilka większych miast kredyty na budowę m.in. wodociągów, kanalizacji i elektrowni miejskich okazały się gorzką pigułką. Amerykanie narzucili miastom na tyle ostre warunki, pokrywając swoje ryzyko inwestycji w niestabilnej Polsce, że wiele samorządów okazało się niewypłacalnych, a kredyty spłacał za nie rząd. Ostatecznie w 1927 roku rozmowy z AEUC zakończyły się fiaskiem.

Negocjacje z Harrimanem

Zaledwie rok później Ministerstwo Robót Publicznych rozpoczęło negocjacje z inną amerykańską firmą – W. A. Harriman and Co. z Nowego Jorku. Harriman był młodym bankierem inwestującym pieniądze ojca – barona kolejowego, który tuż po I wojnie światowej zajmował 11. miejsce na liście najbogatszych Amerykanów wg Forbesa (Henry Ford był trzy miejsca przed nim).

Harriman ustalił z rządem podobny projekt inwestycji, co poprzednicy. W pierwszych pięciu latach powstać miało 450 km linii przesyłowych o napięciu 100 kV, łączących największe ośrodki przemysłowe: Warszawę, Łódź i Radom z elektrowniami węglowymi na Śląsku i – mającą powstać – elektrownią wodną w Rożnowie o mocy przynajmniej 30 MW. W tym czasie Amerykanie mieli przyłączyć do sieci na obszarze objętym koncesją wszystkie miasta liczące ponad 5 tys. mieszkańców, a w kolejnej pięciolatce także liczące ponad 3 tys. W ciągu pierwszej dekady Harriman i spółka mieli wpompować w elektryfikację środkowej Polski przynajmniej 25 mln dol., a w ciągu kolejnych pięciu dekad jeszcze 75 mln dol. Umowa miała obowiązywać do 1989 roku.

Ponownie jednak posypały się głosy sprzeciwu. Przeciwnicy przekonywali, że koncesja oznacza monopolizację energetyki, że oddaje się tak ważną inwestycję w obce ręce, że będzie to oznaczało ograniczenie możliwości rozwoju istniejących elektrowni, że proponowana cena prądu jest za wysoka.

Harriman odpowiadał, że argumenty „monopolizacji” były podnoszone przez właścicieli elektrowni, które także korzystały z prawa monopolu w obszarach własnych koncesji. Wyliczał także, że Zrzeszenie Elektrowni Kopalnianych, które zarzucało mu zbyt wysoką taryfę (70 gr/kWh) samo – w podaniu o koncesję z 1927 roku – oczekiwało 1,10 zł/kWh, a w drodze pertraktacji z ministerstwem zeszło do 95 gr/kWh. Amerykanie ujawnili też, że wspólnicy wspomnianego Zrzeszenia Elektrowni Kopalnianych zawarli między sobą umowę kartelową, która miała ograniczać konkurencje między ich dziesięcioma elektrowniami po ich połączeniu, do czego się przymierzali. Ostatecznie ponownie przeważyły argumenty przeciwko wielkiej elektryfikacji kraju przez zagraniczną firmę, więc Amerykanie koncesji nie dostali.

W gorzkich słowach, w dużej mierze antycypując przyszłość, zerwanie rozmów z Harrimanem w 1930 roku podsumowywał prof. Karol Pomianowski z Politechniki Warszawskiej: otóż nie ulega żadnej wątpliwości, że wykonanie elektryfkacji ze środków państwowych lub samorządowych jest wykluczone. Państwo ma inne i znacznie pilniejsze zadanie, jak choćby rozwiązanie kwestii mieszkaniowej. Jeśli środki Państwa nie pozwoliły dotychczas zakupić elektrownię OEW [w Chorzowie – przyp. aut], nie pozwalają na dokończenie rozpoczętej już zapory w Porąbce, trudno przypuścić, aby mogły wystarczyć na przeprowadzenie planowej elektryfikacji. Finanse samorządowe nie pozwalają również na udział samorządów w tak kosztownem przedsięwzięciu. Istniejące elektrownie samorządowe walczą z kryzysem finansowym i zmuszone są szukać do pomocy kapitałów zagranicznych (Elektrownia „Gródek", Kujawska Elektrownia, Lublin, Włocławek i t. d.). Zresztą przedsiębiorstwo takie może prosperować tylko w ręku prywatnem, w ręku Państwa czy instytucji publicznej mogłoby się łatwo stać deficytowem, przy cięższym z natury rzeczy aparacie administracyjnym.

Pomianowski się nie mylił, rzeczywiście oparcie tych inwestycji jedynie na kapitale polskim było niezwykle trudno. Z resztą nawet gdyby Amerykanie dostali koncesję, możliwe, że i oni nie byliby w stanie rozpocząć inwestycji. Jesienią 1929 roku wybuchł bowiem na świecie wielki kryzys. Podczas czarnego czwartku na Wall Street wiele amerykańskich fortun runęło w gruzach, a to był dopiero początek pogrążania się wielu światowych gospodarek w recesji. Bardzo mocno odczuła ją także Polska. Do początku lat 30. gospodarka II RP skurczyła się o połowę. Bezrobocie sięgnęło 42 proc. Na wsiach i miasteczkach, dokąd nowojorski świat finansjery docierał wcześniej najwyżej za sprawą gazet, tym razem odcisnął on bardzo realne piętno. Dobrze obrazuje to jedna z wielu dramatycznych cyfr – zakup maszyn rolniczych spadł o 92 proc. Polska wieś cofnęła się do czasów handlu wymiennego, ciągnąc za sobą miasteczka i większe miejscowości, które świadczyły do tej pory usługi dla rolników.

Rząd sam zabiera się za elektryfikację Polski

Załamanie gospodarki sprawiło, że zamiast więc wspierać elektryfikację, rząd zajął się łataniem budżetu. W 1931 roku Sejm przyjął ustawę o państwowym podatku od energji elektrycznej. Zakładał on doliczanie do cen światła 10 proc. państwowego podatku, a w miastach liczących ponad 25 tys. mieszkańców także kolejnych 2,5 proc. dodatku komunalnego. Zwolnienie dostali tylko odbiorcy w sześciu województwach na ścianie wschodniej, gdzie rozwój elektroenergetyki był tak marny, że i tak nie było czego opodatkowywać. Zaledwie rok po wejściu w życie podatku od elektryczności rząd przyjął ustawę o… popieraniu elektryfikacji. Zwalniała ona inwestycje w nowe elektrownie i sieci wysokich napięć z wielu danin publicznych. Ponownie szczególnie preferowane były inwestycje na ścianie wschodniej. Tak chwiejna polityka państwa względem energetyki jeszcze bardziej zniechęciła inwestorów.

Dekadę po bezowocnych negocjacjach ws. budowy zbiornika retencyjnego i elektrowni na Dunajcu za 45 mln zł, rzeka wylała powodując... 75 mln zł strat. Dopiero wtedy inwestycja ruszyła

Dopiero dekadę po rozpoczęciu bezowocnych negocjacji z Amerykanami w sprawie budowy elektrowni wodnej na Dunajcu natura przypomniała politykom najważniejszy z powodów, dla których ta zapora miała powstać. Ogromny wylew Dunajca w lipcu 1934 roku kosztował Polskę, według rządowych szacunków, 75 mln zł strat.  Budowę, wartej 45 mln zł zapory i elektrowni wodnej, rozpoczęto więc już w następnym roku. Równolegle ruszyło projektowanie linii Rożnów-Mościce-Starachowice-Warszawa. Obie budowy wpisywały się w ostatni wielki projekt inwestycyjny II RP – Centralny Okręg Przemysłowy.

Przemawiając w Sejmie wicepremier i minister skarbu Eugeniusz Kwiatkowski porównywał tę inwestycję do swojego poprzedniego gospodarczego dziecka: Tak, jak ongiś całym programem i symboliką polityczno-gospodarczą stało się to słowo: Gdynia – tak dziś stawiamy nowe hasło w programie uprzemysłowienia, które otrzymuje symboliczną i skróconą nazwę: okręg centralny – Sandomierz. […] okrąg ten musi się stać pomostem, który stworzy rynek zbytu i dla płodów rolnych okręgów wschodnich, i dla surowców i półproduktów okręgów zachodnich, i odbiorcę energii, opartej o siły wodne i ciepło gazu ziemnego, a skoncentrowanej na południu.

Wytyczone w 1937 roku okręgi elektryfikacyjne do dziś widać m.in. w strukturze PGE

Zmiany powoli zaczęły następować też w innych regionach kraju, poza wschodem, gdzie do wojny właściwie nic się nie zmieniło. Rząd podzielił w 1937 roku zachodnią część Polski na siedemnaście okręgów elektryfikacyjnych obejmujących po kilka-kilkanaście powiatów i zaczął wydawać koncesję na ich elektryfikację. Powstałe wówczas przedsiębiorstwa jak Zempoł do elektryfikacji okręgu łódzkiego (późniejszy Zakład Energetyczny Łódź-Teren), Zeork (późn. Zakład Energetyczny w Skarżysku Kamiennej) czy Lubzel (pod tą marką funkcjonował przez kolejnych 80 lat) dały początek strukturze organizacyjnej elektroenergetyki, która w wielu koncernach, zwłaszcza w PGE, jest widoczna do dziś.

Ostatecznie pod koniec XX-lecia udało się zapoczątkować budowę elektrowni w Rożnowie i pierwszej sieci o krajowym znaczeniu - z Rożnowa, przez COP do Warszawy. Obie budowy przerwał jednak wybuch wojny. Zostały dokończone przez Niemców w czasie okupacji.

Energetyczny bilans XX-lecia międzywojennego

Trudno wyobrazić sobie cięższy początek budowania gospodarki i wciąż nowej gałęzi przemysłu, jaką była energetyka, niż miała Polska po odzyskaniu niepodległości. Po 123 latach podziałów, zniszczeniach wojennych, bez granic, w trakcie walk o terytorium, bez pieniędzy w kasie państwa i ze skromnymi kapitałami własnych obywateli, a do tego bez wiarygodności kredytowej na świecie.

 

W tej trudnej sytuacji, choć zdawano sobie sprawę, że energetyka jest niezwykle ważną dziedziną nowoczesnej gospodarki i że trzeba ją rozwijać jak najszybciej, nie skorzystano z szansy na szybszy rozwój za zagraniczne pieniądze. Starano się jak najwięcej zrobić własnym sumptem. Za własne pieniądze. Często z sukcesami. Choć zwykle były to sukcesy bardziej lokalne, niż globalne. Elektryfikacja przebiegała więc dość wolno. Niemal zupełnie pomijając przy tym wschodnią połowę kraju i wsie.

Co ciekawe, chociaż do wybuchu wojny nie udało się połączyć pomorza z Warszawą, a Warszawy z południem kraju, to Polska miała połączenia międzynarodowe – poprzez dwa połączenia z Niemcami część górnośląskich kopalń importowała 10 GWh energii elektrycznej z niemieckiej elektrowni Bobrek. Z kolei po zajęciu przez Polskę Zaolzia, to pozostało przyłączone do czeskiej elektrowni w Morawskiej Ostrawie i importowało stamtąd brakujące 30 GWh energii elektrycznej rocznie.

Zobacz też: Elektrownia, mleczarnia i rower w piwnicy, czyli skąd powstańcy mieli prąd?

Pomimo wspomnianych wyżej problemów w elektryfikacji kraju, polska energetyka urosła w dwudziestoleciu międzywojennym czterokrotnie. Moc elektrowni wzrosła z 0,4 do 1,7 GW, a produkcja z 1 do 4 TWh. Powoli zaczął rozwijać się także krajowym przemysł elektrotechniczny. Choć często jeszcze produkował na zagranicznych licencjach, to coraz więcej inwestował także we własne rozwiązania.

Zobacz także...

Komentarze

Patronat honorowy

Partnerzy portalu

PSE