Spis treści
USA kończą się sposoby na walkę z paliwowym kryzysem
Pomimo zapewnień prezydenta Donalda Trumpa, że Ameryka korzysta na wzroście cen ropy, kryzys szybko się zbliża – zarówno dla wojny, jak i dla rynku energii. Albo Trump szybko zakończy konflikt z Iranem, albo zmuszą go do tego astronomiczne koszty energii – ocenia Javier Blas, publicysta Bloomberga.
Jego zdaniem Biały Dom w minionym tygodniu zyskał trochę czasu dzięki uwolnieniu 400 mln baryłek ropy przez kraje należące do Międzynarodowej Agencji Energetycznej.
Niemniej każdy kolejny dzień wojny oraz blokady Cieśniny Ormuz będzie powodował presję na cenę surowca, która w przypadku ropy Brent już przekroczyła poziom 100 dolarów za baryłkę, a indeks WTI jest bliski tego poziomu.
Blas podkreśla, że jeśli wojna nie zakończy się po pierwotnie zakładanych przez administrację Trumpa czterech-pięciu tygodniach, to światowa gospodarka zacznie ponosić znaczące straty. Tymczasem, według publicysty Bloomberga, Trump nie ma już skutecznych narzędzi – poza bardzo ryzykowną i potencjalnie nielegalną – interwencją na rynku kontraktów terminowych na ropę.
Co prawda może próbować ograniczyć wzrost cen w USA poprzez dalsze luzowanie przepisów środowiskowych związanych z wydobyciem ropy, czy też poprosić Kongres o zniesienie federalnych podatków paliwowych, ale globalnie sytuacji to nie poprawi. Jeszcze gorszym scenariuszem – w przypadku wysokich cen w USA – byłoby wprowadzenie zakazu eksportu amerykańskiej ropy, co obniżyłoby ceny na amerykańskim rynku, ale dałoby dodatkowy impuls do dalszych wzrostów na świecie.
Javier Blas zaznacza, że dużym błędem Trumpa byłoby też dalsze luzowanie sankcji na rosyjską ropę. Wówczas walka z kryzysem odbywałaby się kosztem wzmacniania reżimu Władimira Putina.
Blas zwraca też uwagę na paliwo, o którym mówi się mniej niż o ropie, LNG czy dieslu. Chodzi o mazut, który m.in służy do napędu statków. Jeśli nic nie zrobimy, to bazy paliwowe w Azji mogą kompletnie opustoszeć – powiedział dziennikowi „Le Monde” Vincent Clerc, szef światowego giganta logistycznego Moller-Maersk.
Na razie branża jakoś rozwiązuje problem przerzucając do Azji mazut z baz w Rotterdamie i Gibraltarze. Jednak kraje Zatoki Perskiej produkują 20% światowego mazutu – ich wypadnięcia z rynku nie da się szybko uzupełnić.
Konkluzja Blasa jest prosta: jedynym trwałym rozwiązaniem jest ponowne otwarcie Cieśniny Ormuz. Jeśli wojna będzie jednak trwać i cena ropy naftowej będzie nadal rosła, rynek rozwiąże problem w bolesny sposób, a mianowicie doprowadzi do załamania popytu i gospodarczej recesji.
– Jeśli wojna będzie trwała miesiącami, aż do kwietnia i maja, scenariusz będzie ponury. Koszt ropy sięgnie niebotycznego poziomu, napędzając inflację, ale większym problemem będzie wzrost gospodarczy. Przedłużenie wojny z dni i tygodni do miesięcy sprawi, że ekonomiści będą musieli zacząć obniżać swoje prognozy PKB. Stagflacja może stać się realnym zagrożeniem – pisze Blas.
Zobacz także: Ceny ropy skaczą jak na trampolinie. Czy uwolnienie rezerw pomoże ustabilizować sytuację?
Jądrowo-odnawialna strategia Francji może być zbyt optymistyczna
Realizacja nowej strategii energetycznej Francji grozi powstaniem strukturalnej nadpodaży energii elektrycznej, która może sprawić, że starzejące się elektrownie jądrowe staną się nierentowne – ocenia Clement Bouilloux, ekspert portalu Montel.
Opublikowana w lutym strategia zakłada, że moc zainstalowana w fotowoltaice wyniesie w 2035 roku 55-80 GW wobec 30 GW w 2025 roku. W przypadku lądowych wiatraków ma to być wzrost do 35-40 GW z 25 GW, a morskich farm wiatrowych – do 15 GW z obecnych 2 GW.
Ponadto rząd podtrzymuje rozbudowę największej w Europie floty reaktorów jądrowych, liczącej aktualnie 57 jednostek, o kolejne sześć reaktorów. Pierwszy z nich zostanie oddany do użytku nie wcześniej niż w 2038 roku. Do tego w 2026 roku rząd ma podjąć decyzję, czy plan inwestycyjny w energetyce jądrowej rozszerzyć o kolejne osiem reaktorów.
Clement Bouilloux zaznacza jednak, że już w 2030 roku przewidywana jest produkcja około 420 TWh ze źródeł jądrowych i około 205 TWh ze źródeł odnawialnych, czyli łącznie 625 TWh.
Tymczasem zapotrzebowanie w 2025 roku wyniosło 446 TWh, a RTE – francuski operator sieci przesyłowej – prognozuje w optymistycznym scenariuszu elektryfikacji gospodarki wzrost zapotrzebowania do 510 TWh w 2030 roku.
To jednak zależy od tempa wdrażania samochodów elektrycznych, inwestycji w centra danych czy działań związanych z efektywnością energetyczną. Jak na razie w ubiegłym roku popyt na energię wciąż był niższy niż przed pandemią COVID-19 – wyniósł dokładnie o 1,8% mniej w 2019 roku.
Bouilloux zaznacza również, że rozwiązaniem w tej sytuacji nie jest eksport, gdyż w latach 2024-2025 roku Francja eksportowała około 17% wytwarzanej energii, a mimo tego elektrownie jądrowe musiały zmniejszać obciążenie w słoneczne dni, gdy tania energia z fotowoltaiki zalewała rynek.
Elektrownie jądrowe, budowane w latach 70. i 80. ubiegłego wieku, nie są przystosowane do tak elastycznej pracy, co dodatkowo wpływa negatywnie na ich stan techniczny i większe potrzeby remontowe.
Clement Bouilloux zaznacza, że w 2025 roku Francja wyprodukowała 530 TWh energii elektrycznej, co juz wystarczyłoby na pokrycie prognozowanego wysokiego zapotrzebowania na rok 2030. Mimo tego strategia energetyczna zakłada duże inwestycje w nowe moce i wzrost produkcji energii, co może skutkować problemami z wykorzystaniem potencjału wytwórczego – zwłaszcza najstarszych reaktorów jądrowych, których utrzymanie i remonty będą coraz droższe.
– Moc bez skoordynowanego popytu to nie siła, tylko presja i marnotrawstwo publicznych pieniędzy. Jeśli elektryfikacja nie zmaterializuje się na odpowiednią skalę i w odpowiednim tempie, to Francja stanie przed wyborem, którego nigdy nie planowała: wyłączaniem elektrowni jądrowych.
Zobacz też: KE prezentuje plan na „Made in Europe”, a Polska wciąż szuka definicji local content
Tesla wchodzi na brytyjski rynek energii
Tesla otrzymała koncesję na sprzedaż energii elektrycznej w Wielkiej Brytanii. Firma może dołączyć do grona podmiotów, które zmieniają układ sił na brytyjskim rynku, ale niektórzy politycy widzą widzą w działalności koncernu Elona Muska zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa – donosi „Financial Times”.
Dziennik wskazuje, że Ofgem – brytyjski odpowiednik URE – wydał decyzję dla Tesla Energy Ventures po długiej i dogłębnej ocenie, co zajęło regulatorowi siedem miesięcy.
W ten sposób Tesla rozszerza swoją działalność na Wyspach, gdzie dotychczas – oprócz sprzedaży samochodów elektrycznych – dostarczała również domowe magazyny energii Powerwall oraz instalacje fotowoltaiczne. Ponadto od 2020 roku Tesla ma licencję na wytwarzanie energii elektrycznej i jest największym dostawcą wielkoskalowych baterii.
„Financial Times” podkreśla, że Tesla Energy Ventures może dołączyć do grona takich firm jak Octopus Energy czy Fuse Energy, które na fali transformacji energetycznej zdobyły znaczącą pozycję na brytyjskim rynku energii elektrycznej – kosztem takich grup jak British Gas.
Jednocześnie decyzja Ofgem nie podoba się niektórym politykom, którzy Teslę postrzegają przez pryzmat właściciela koncernu, czyli Elona Muska, który nie stroni od politycznego zaangażowania – w tym krytykowania brytyjskiego rządu.
Ed Davey, lider Liberalnych Demokratów, stwierdził nawet, że Tesli należy odebrać koncesję na sprzedaż energii, a „Elon Musk stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego”. Inne środowiska przeciwne miliarderowi, skupione wokół inicjatywy Best for Britain, podkreślają, że tak „niebezpieczna i złowroga” postać nie powinna mieć nic wspólnego z brytyjską infrastrukturą krytyczną.
Zobacz również: Jak zmieniła się energetyka i ceny prądu przez 20 lat?
Energochłonne centra danych na politycznym celowniku
Sprzeciw wobec budowy centrów danych znalazł się wśród tematów kampanii wyborczej do francuskich samorządów. Do najczęściej podnoszonych argumentów należy potencjalny wpływ tych obiektów na środowisko i ceny energii, przy jednoczesnym braku korzyści dla mieszkańców w postaci nowych miejsc pracy – analizuje Reuters.
Agencja przywołuje m.in. przykład miasteczka Le Bourget pod Paryżem, gdzie jeden z głównych kandydatów do lokalnych władz obiecuje wyborcom wycofanie planów dotyczących lokowania tam centrów danych, gdyż – jego zdaniem – takie inwestycje nie przynoszą istotnych korzyści mieszkańcom.
Dotyczy to zwłaszcza takich miejscowości, które podupadły w wyniku zamknięcia dużych zakładów przemysłowych – tak jak miało to miejsce w przypadku Le Bourget i fabryki koncernu Alstom. Centra danych, budowane na fali rozwoju sztucznej inteligencji (AI), nie są bowiem w stanie zapewnić setek czy tysięcy miejsc pracy, a jednocześnie budzą obawy lokalnych społeczności z uwagi na swoją energochłonność i potencjalny wpływ na środowisko.
Reuters doliczył się co najmniej dziesięciu miast, gdzie sprzeciw wobec budowy nowych centrów danych lub zaostrzenie kontroli takich inwestycji jest tematem kampanii wyborczej – w tym w Marsylii i Bordeaux. Marcowe wybory samorządowe są postrzegane również jako sondaż nastrojów politycznych przed wyborami prezydenckimi w 2027 roku.
Tymczasem prezydent Emmanuel Macron podkreśla, że budowa centrów danych to klucz do odzyskania kontroli nad krytyczną infrastrukturą technologiczną, a Francja powinna włączyć się wyścig związany z rozwojem sztucznej inteligencji. Francuskim atutem w rywalizacji o inwestycje w centra danych ma też być m.in. dostęp do czystej i stosunkowo taniej energii jądrowej,
Agencja zwraca też uwagę, że w Europie wcześniej podobne nastroje społeczne pojawiły się m.in. w Irlandii, gdzie centra danych mają aż 22-procentowy udział w krajowym zapotrzebowaniu na energię. Natomiast aktualnie najwięcej sprzeciwu związanego z tymi przedsięwzięciami widać w USA, gdzie trwa boom inwestycyjny dotyczący AI.
Zobacz też: Globalny potentat wybuduje elektrownię gazową na Podkarpaciu
