Klimatyczny szczyt przesunięcia – COP26 z rocznym opóźnieniem

Klimatyczny szczyt przesunięcia – COP26 z rocznym opóźnieniem

COP 26 odbędzie się w Glasgow dopiero za półtora roku. Politycznie osłabia i opóźnia ono nacisk na przedstawienie przez państwa swoich zaktualizowanych (zwiększonych) celów na 2030 r., które miały być przedłożone do końca tego roku.

Wygląda na to, że katowicki szczyt COP24 był ostatnim, póki co, regularnie przygotowanym COPem. Po gwałtownej zmianie lokalizacji COP25 z Chile do Madrytu w 2019 i decyzji, żeby z powodu COVID19 nie było szczytu  2020 r. ostatecznie postanowiono, że COP26 odbędzie się prawie dokładnie rok później: 1-12 listopada 2021 r. Brytyjczycy nadal utrzymują, że miejscem szczytu będzie  Glasgow.

Czytaj także: Negocjacje klimatyczne czeka w tym roku ostra niewydolność

Polityczna zmora

Takie przesunięcie ma szereg konsekwencji politycznych, prawnych, negocjacyjnych i organizacyjnych. Politycznie osłabia i opóźnia ono nacisk na przedstawienie przez państwa swoich zaktualizowanych (zwiększonych) celów na 2030 r., które miały być przedłożone do końca tego roku. To polityczne rozluźnienie będzie głównym, choć nie jedynym wrogiem ambicji klimatycznych w ramach Porozumienia paryskiego.

Sposobem za zapobieżenie mu ma być umieszczenie zmian klimatu jako priorytetu dwóch innych szczytów w 2021 r.: G7, któremu przewodzić będzie Wielka Brytania (prezydencja COP26) i G20 pod przewodnictwem Włoch (organizator Pre-COP26).

W 2020 r. sporą rolę w utrzymaniu międzynarodowego zainteresowania klimatem powinien był odegrać wrześniowy szczyt UE-Chiny w Lipsku pod przewodnictwem Niemiec jako Prezydencji UE. Tyle, że właśnie postanowiono, że ze względu na trwającą sytuację epidemiczną zostanie on przesunięty na nieokreśloną przyszłość. Na nową datę będziemy czekać do czasu aż obie strony uznają, że zorganizowanie takiego spotkania jest bezpieczne.

Czytaj także: Kraje UE myślą jak zazielenić zawirusowaną gospodarkę

Analityczna pożywka

Prawne i negocjacyjne konsekwencje przesunięcia szczytu to pożywka dla wszystkich specjalistów od prawa międzynarodowego. I ból głowy dla Sekretariatu Konwencji, który musi się zmierzyć z bezprecedensową sytuacją i zaproponować rozwiązania, na które będą w stanie jednomyślnie zgodzić wszystkie państwa świata. Główny problem jest w tym, że każdy szczyt przyjmuje kilkadziesiąt decyzji, w których określone są terminy kolejnych etapów negocjacji lub nowych zobowiązań. Niektóre z tych terminów mierzone są COPami (określone decyzje mają zapaść na konkretnym szczycie), a niektóre latami.

W tym drugim przypadku określa się konkretny rok. Dobrym przykładem jest obowiązkowe złożenie pierwszych raportów emisyjnych przez wszystkie państwa w 2024 r. (był to jeden z sukcesów tzw. „Katowice Rulebook”). Wypadnięcie z tego grafiku całego roku negocjacji może zagrozić terminowej realizacji nowego zobowiązania sprawozdawczego. Nie ustalono jeszcze m.in. formularzy dla raportów, po wynegocjowaniu których państwa będą potem jeszcze potrzebowały czasu na przygotowanie odpowiednich danych. O tym, jak ważne wiedzą z pewnością wszyscy ci, którzy uczestniczą i orientują się w systemie EUETS.

Czytaj także: COP24 w Katowicach – sukces, który niełatwo zrozumieć

Biurokratyczny ból głowy

Drugim, nawet bardziej skomplikowanym politycznie zagadnieniem będzie organizacja tzw. Globalnego Przeglądu, który planowo miał się odbyć w 2023 r. i potem co 5 lat. Celem jest podsumowanie globalnych postępów w realizacji celów Porozumienia paryskiego i przygotowanie rządów do zwiększenia swoich celów w kolejnej pięciolatce. Każdy z tych przeglądów poprzedzony jest tzw. fazą techniczną kiedy to zbierane są dane. Organizacja ostatniej fazy, tzw. fazy politycznej przeglądu to duże polityczne wyzwanie, z którym musi się zmierzyć Prezydencja szczytu.

Gdyby szczyty się nie przesunęły o rok, to organizacja szczytu z przeglądem – i to co 5 lat - przypadałaby Grupie Wschodnioeuropejskiej, w której jest Polska. A teraz w sumie nie wiadomo, czy wystarczy czasu żeby przygotować ten przegląd i np. czy nie mógłby on się odbyć rok później. Formalnie taka możliwość istnieje, ale zaburzyłaby start pięcioletnich cyklów z pewnością wywołując mnóstwo frustracji. Być może też państwa będą chciały uniknąć odpowiedzialności związanej w organizacją przeglądu, albo odwrotnie - właśnie będą chciały się zaangażować i się zamienić na  kolejności w rotacji. Opcji do rozważenia jest całkiem sporo.

Organizacyjnie trzeba te wszystkie zmiany przemyśleć i spiąć i to biorąc pod uwagę, że dwutygodniowa sesja przygotowawcza przewidziana na październik br. może się również nie odbyć przez koronawirusa. W tym samym COVIDowym cieniu będzie jeszcze w tym roku, prawdopodobnie, cichutko konał na choroby współistniejące także Protokół z Kioto, a konkretnie jego drugi okres zobowiązań (2013-2020), któremu do wejścia w życie brakuje 7 ratyfikacji.

Czytaj także: Szczyt klimatyczny w Madrycie przyniósł fiasko. I co dalej?

Latający wirus

Brak odpowiedniego międzynarodowego klimatycznego nacisku oraz skutki koronawirusa prowokują do oporu linie lotnicze, które od początku 2021 r. miały zacząć redukować swoje emisje w ramach globalnego mechanizmu (tzw. CORSIA).  Nieprzekraczalny w kolejnych latach poziom emisji miał być wyliczony na podstawie średniej z emisji z lat 2019-2020. Jednak dzięki wirusowi, który spowodował  prawie całkowite zahamowanie ruchu lotniczego, poziom odniesienia znacząco się obniżył. Aby go utrzymać linie lotnicze musiałyby znacząco obniżyć swoje emisje, na co, jak twierdzą nie mają obecnie środków: ani finansowych ani technologicznych. Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych (IATA) wnioskuje więc, aby za podstawę służyły dane o emisjach wyłącznie z 2019 r.

Po drugiej stronie barykady stoją natomiast organizacje proklimatyczne wskazując, że dotychczasowe cele i tak nie były wystarczająco ambitne, więc zwiększenie ich jest, nawet zupełnie nieumyślne, całkiem dobrym pomysłem. Jest w tym sporo prawdy ponieważ CORSIA nie wyznaczyła wystarczająco ostrych standardów dla kredytów redukcyjnych, którymi miałyby się rozliczać linie lotnicze. Co prawda w marcu br. uznano, że jednostki CER z kiotowskiego Mechanizmu Czystego Rozwoju (CDM) starsze niż 2016 r. nie mogą być wykorzystywane w celu rozliczeń, ale cena tych, które nadal są dostępne na rynku i tak nie rzuca na kolana: waha się w okolicach 0,25 – 0,32 euro.

Znacznie mniej zaawansowane są natomiast dyskusje o redukcjach emisji z transportu morskiego

Czytaj także: Polska chce aby lotnictwo płaciło więcej za CO2. Bilety zdrożeją?

Wschód i Zachód

Podczas tak gwałtownych przetasowań w polityce klimatycznej świat przygląda się działaniom największych emitentów. Jak podaje portal Climate Home News do pewnego stopnia nadzieję na powstrzymanie konsumpcyjnego szaleństwa daje fakt, że chiński Narodowy Kongres Ludowy bezprecedensowo nie przyjął celu wzrostu PKB na kolejny rok. Wynika to z niepewności związanej z pocovidowym kryzysem. Przy okazji nie przyjął jednak także celu redukcji energochłonności, co również wcześniej było standardem. Jednocześnie, pomimo dynamicznego rozwoju OZE, w samym marcu zatwierdzono budowę pięciu nowych elektrowni węglowych o łącznej mocy 7960 MW.

Agencja Reuters donosi, że Chiny zapowiadają pozostawienie swoich celów klimatycznych na 2030 r. bez zmian – nie zamierzają ich ani zwiększać, ani zmniejszać (choćby po to, żeby się odbić po zarazie). Topnieją więc szanse, że na szczycie UE-Chiny pokażą się one z jakąkolwiek nową ambicją. Z drugiej strony do września UE też raczej nie uzgodni niczego, czym będzie mogła zachwycić swojego rozmówcę.

Chiny nie przyszłyby z niczym nowym, a UE nadal byłaby w trakcie dyskusji o skutkach podniesieniu swojego celu na 2030 r. Przełożenie tego szczytu jest więc w sumie całkiem wygodnym rozwiązaniem dla obu stron. Jest co prawda szansa na dwustronne spotkanie online o szczebel niżej pod koniec czerwca, do którego mogliby ewentualnie dołączyć unijni przywódcy, ale i ono żadnych rewelacji nie przyniesie.

Za dużo dyplomatów na metr kwadratowy

Z kolei USA listopadzie br. mają wybory prezydenckie, po których ewentualnie mogłyby wrócić na łono przyjaciół klimatu – w samą porę na ogłoszenie nowych ambicji na COP26 w Glasgow, a może i na to, aby zmotywować Chiny. Ale nawet jeśli USA od kilku lat ostentacyjnie wychodzą z Porozumienia paryskiego (ostatecznie nastąpi to 4 listopada br.) to i tak spadają tam emisje. U.S. Energy Information Administration podaje, że w 2019 r. roczne zużycie energii z OZE w USA przekroczyło zużycie węgla po raz pierwszy od 1885 r. W ubiegłym roku zużycie węgla spadło tam o 15%, a całkowite zużycie energii z OZE wzrosło o 1% - głównie z wiatru i słońca. W 2020 r. emisje też raczej tam nie wzrosną z powody zastoju gospodarczego spowodowanego wirusem. Niezamierzonym proklimatycznym dodatkiem mogą być także skutki wojny cenowej OPEC-Rosja, która mocno nadwyrężyła finanse amerykańskiego sektora kopalin.

Tymczasem ambicje prezydenta USA, bynajmniej nie klimatyczne a raczej przedwyborcze, rosną. Donald Trump nie tylko proponuje, aby szczyt G7 odbył się już we wrześniu, ale także aby wzięła w nim m.in. Rosja, którą usunięto z grupy w 2014 r. Nie jest tajemnicą, że kanclerz Merkel odrzuciła zaproszenie na proponowany wcześniej czerwcowy termin.

Pomijając już kwestię formatu, wobec odwołania szczytu UE-Chiny bardzo wątpliwe jest aby przystała na spotkanie G7+ właśnie we wrześniu. A przecież jest to także miesiąc Zgromadzenia Ogólnego ONZ w Nowym Jorku, którego główną cechą jest największe, w skali roku, zagęszczenie dyplomatów na metr kwadratowy. I ono także z pewnością zostanie upośledzone przez wirusa. Nie zapowiada się więc, aby w 2020 r. udało się za dużo ugrać w wielostronnej dyplomacji – i to bez względu na temat.

Czytaj także: USA na zielonym rozdrożu

Unia chce... na razie

Koronawirus namieszał także na unijnym podwórku. Rzecznik przewodniczącego Rady Europejskiej, Barend Leyts poinformował, że planowany na czerwiec szczyt unijnych przywódców odbędzie się zdalnie. W agendzie spotkania znajdą się z pewnością Wieloletnie Ramy Finansowe i powiązany z nimi Fundusz Odbudowy, ale nie wiadomo czy utrzyma się presja na Polskę i jej zgodę na cel neutralność klimatyczną do 2050 r. już na tej radzie.

Konsekwencją przesunięć w globalnej agendzie mogą być także zmiany w unijnej polityce klimatyczno-energetycznej, a konkretnie ich opóźnienie. W szczególności chodzi o dyskusję o podniesieniu celu redukcyjnego z 40 do 50-55 proc. Oryginalnie miała się ona zakończyć przed końcem 2020 r., albo trochę wcześniej – tak by zdążyć na pierwotnie planowany szczyt COP26 w listopadzie br. Tam UE mogłoby się pochwalić nowymi ambicjami. Ale w poCOVIDowej rzeczywistości wiele i szybko się zmienia, w wyniku czego bezkompromisowe „tak” może z dnia na dzień zmienić się w kategoryczne „być może”. Obecnie Komisja Europejska nie zwalnia tempa, proponując powiązanie nowej pomocy finansowej z celami klimatycznymi. Ta zaś, wraz z nowym wieloletnim budżetem UE na lata 2021-2027 powinna być przyjęta do końca 2020 r. Pragnienie otrzymania pomocy finansowej będzie napędzało tempo wewnątrzunijnych negocjacji, ale biorąc pod uwagę ile się już (nie)wydarzyło w 2020 r. to trudno jest definitywnie przewidzieć ich wynik i termin uzgodnień.

*Ten artykuł był aktualizowany  ze względu na nowe fakty

Czytaj także: Klimatyczna autostrada Komisarza Timmermansa

Zobacz także...

Duda vs Trzaskowski w energetyce

Bartłomiej Derski

Pięć lat temu prezydent Komorowski i europoseł Duda głosili niemal identyczne hasła na temat węgla, gazu, atomu czy OZE. W tegorocznej kampanii wizje Trzaskowskiego i Dudy mog...

Komentarze

Patronat honorowy

Partnerzy portalu

PSE