Co się (nie)wydarzy na szczycie klimatycznym COP25 w Madrycie

Co się (nie)wydarzy na szczycie klimatycznym COP25 w Madrycie

Powiedzieć, że ten szczyt klimatyczny ONZ – COP25 ma pecha, to jak niczego nie powiedzieć. Na dobry początek z jego organizacji wycofała się Brazylia, więc w ostatniej chwili jego organizację przejęło w Katowicach Chile, ale i ono go nie zorganizuje. Trudne będzie też osiągnięcie jakiegokolwiek namacalnego sukcesu.

Decyzja o podjęciu się przewodniczenia COP25 nie była też łatwa z innego powodu: otóż ciężko będzie z tego szczytu wydestylować namacalny, medialny i zrozumiały dla świata sukces. Przede wszystkim COP25 powinien dokończyć uzgadnianie zasad działania Porozumienia paryskiego, tzw. „Katowice Rulebook”. Są one o tyle ważne, co w większości niezrozumiałe dla osób niezwiązanych na co dzień z globalnymi negocjacjami klimatycznymi. W ubiegłym roku podjęłam próbę wyjaśnienia, co tak naprawdę się stało na katowickim COP24, ale biorąc pod uwagę to, jak mimo wszystko o nim w Polsce mówiono, nie wiem na ile skutecznie. W każdym razie polecam lekturę: COP24 w Katowicach – sukces, który niełatwo zrozumieć.

Jak uzgodnić przelicznik

Aby sfinalizować „Katowice Rulebook” muszą się wydarzyć trzy rzeczy:

- Uzgodnienie nowych mechanizmów globalnego handlu emisjami. Nie jest to łatwe z wielu powodów, choć głównie z powodu Brazylii, która chciałaby zachomikować swoje kredyty redukcyjne z epoki Protokołu z Kioto i użyć ich po 2020 r. (np. sprzedać liniom lotniczym). Pomimo ogromnego znaczenia tego tematu dla światowych inwestycji i możliwych redukcji emisji, nie wygląda na to, żeby udało się rozstrzygnąć tę kwestię w najbliższym czasie. Zdawała się o tym wiedzieć chilijska Prezydencja próbując przekierować uwagę na inne, nienegocjacyjne tematy szczytu. O tym dlaczego to takie trudne pisałam tu: Czy powstanie skuteczny globalny system handlu emisjami.

- Uzgodnienie jednolitej długości planów z celami redukcyjnymi pod Porozumieniem paryskim. Obecnie większość z nich (tzw. krajowo ustalonych wkładów – NDCs) formułowanych jest na 5 lat (np. USA – do 2025 r.) lub 10 lat (np. UE – do 2030 r.). Tu akurat łatwo wytłumaczyć, trudniej się dogadać.

- Uzgodnienie „przelicznika” dla gazów cieplarnianych (tzw. common metrics). Jest to dyskusja głównie pomiędzy współczynnikiem globalnego ocieplenia (GWP), a współczynnikiem globalnych zmian temperatury (GTP). Ze względu na bardzo naukowy charakter tej dyskusji, tylko nieliczni mogą się w nią zaangażować. Z kolei doświadczenia poprzednich lat pokazują, że ma ona także wydźwięk polityczny i że to dogadanie również może się nie udać.

Pozostałe ważniejsze tematy negocjacji

Żeby wiedzieć jak dokładnie powinno się raportować, należy w gronie 186 państw i UE, (czyli 187 stron) które dotychczas ratyfikowały Porozumienie paryskie ustalić szczegóły formularzy/tabel do których będą wpisywane dane. Powinny one, co do zasady, precyzować raportowane informacje tak, aby można było wyciągnąć wszystkie potrzebne informacje. Dzięki temu będzie wiadomo w jaki sposób realizowane są cele Porozumienia paryskiego (redukcji emisji, ale także finansowania). Przypomnijmy, że dopiero na COP24 ustalono, że od 2024 r. wszystkie państwa będą musiały  sprawozdawać – wcześniej taki obowiązek miało zaledwie kilkadziesiąt państw. Śledzenie tego poletka negocjacji polecam ludziom z niezachwianym zamiłowaniem do cyfr, tabelek i szeroko rozumianego porządku.

Drugi, już mniej techniczny temat, to przegląd Warszawskiego Międzynarodowego Mechanizmu Szkód i Strat (ang. Warsaw International Mechanism for Loss and Damage). Nazwa, jak widać, pochodzi ze szczytu COP19 w 2013 r., który odbył się w Warszawie i gdzie został on utworzony. Jest to platforma do dyskusji nad tym, w jaki sposób zapobiegać i radzić sobie ze szkodami spowodowanymi przez zmiany klimatu – zwłaszcza w państwach najbardziej narażonych na ich negatywne skutki. Tajemnicą poliszynela jest, że państwa narażone na takie skutki najchętniej widziałyby tam mechanizm rekompensat od państw, które spowodowały antropogeniczne zmiany klimatu. Te drugie, czyli państwa rozwinięte (a wśród nich Polska) z kolei się na to nie zgadzają.  Po pierwsze dlatego, że by to bardzo dużo kosztowało, a po drugie - łatwo byłoby chociażby wrzucać do tego samego worka skutki jakichkolwiek anomalii pogodowych i katastrof naturalnych. Ten temat z reguły wywołuje sporo emocji, zaognia atmosferę negocjacji i spory polityczne. I tutaj nie ma czego zazdrościć Chilijczykom.

Oprócz powyżej opisanych, na COP25 będzie jeszcze szereg innych, ważnych dla wielu państw, negocjatorów i obserwatorów tematów. Z pewnością powróci temat Raportu IPCC ws. 1,5 stopnia, którego rekomendacji nie udało się jednomyślnie przyjąć na COP24 w Katowicach. Sesja negocjacyjna w czerwcu pokazała, że impas wokół tego tematu trwa. Można o tym przeczytać tu: Globalne negocjacje klimatyczne bez postępów.

Idąc w głąb negocjacji na COP25, co dociekliwszym proponuję sprawdzenie haseł takich jak: „response measures”, „bunker fuels” (w tym CORSIA) i „new collective quantified climate finance goal” ws. którego 8 listopada br. wypowiedzieli się unijni ministrowie ds. finansów (par. 7 konkluzji rady ECOFIN). Ale to i tak nie wszystko, bo Chile szykowało szereg wydarzeń związanych m.in. z oceanami, także w kontekście kolejnego raportu IPCC o ich wpływie na klimat, często wspominając o swoim szczycie jako o „niebieskim COPie”.

Szczycenie się

Szczyt Sekretarza Generalnego ONZ z 21 września, który skupiał się na ambicji w osiąganiu celów Porozumienia paryskiego przez pierwsze półroczne 2019 r. skutecznie odciągnął uwagę od przygotowań do COP25. Trudno się dziwić, bo Guterres postanowił zrobić konkurs ambicji na najwyższym szczeblu, choć tylko poniekąd mu się to udało, o czym pisaliśmy tu: Szczyt klimatyczny ONZ – wiele się działo, ale niewiele z tego wynikło.

Na drugim miejscu  znajdują się Brytyjczycy, którzy już w lipcu br. zaczęli promować swój szczyt COP26 w 2020 r. (najprawdopodobniej listopad), za nic mając wymóg formalnego zatwierdzenia ich kandydatury przez COP. Wyznaczyli już nawet przyszłą przewodniczącą szczytu COP26 (Claire Perry) i jego miejsce (Glasgow). Warto pamiętać, że Nicola Sturgeon – Pierwsza Minister Szkocji zapowiedziała  referendum niepodległościowe na 2019 r. Wraz z chaosem wokół Brexitu tworzy to ciekawą mieszankę dla organizacji szczytu w tym konkretnym miejscu.

Koszty chaosu

Potem było już tylko gorzej. 30 października huknęła informacja o tym, że z powodu masowych protestów, rząd Chile zdecydował się nie organizować szczytu w kraju. Wtedy też zaczął się morderczy wyścig z czasem żeby znaleźć nowe miejsce dla COP25, źródła jego finansowania i zapewnić całą logistykę. I chociaż z pomocą zadziwiająco szybko przyszła Hiszpania oferując nowe miejsce dla szczytu w Madrycie i to w planowanym pierwotnie terminie (2-13 grudnia), to z finansowaniem i szeroko rozumianą logistyką jest już gorzej. Przecież wszystkie wydatki (rządowe, prywatne, międzynarodowe, etc.) były skierowane na Chile. Tam u lokalnych dostawców były zamawiane sale, usługi, ale także zakwaterowanie, przejazdy, etc. Tam w większości przypadków nie trzeba było wiz. A przecież bilety lotnicze, też już dawno zamówione do Chile, także kosztują.

Nie wiadomo jak z tak potężnymi wyzwaniami poradzi sobie te 10-30 tys. osób, które zwyczajowo pojawia się na szczycie klimatycznym, ale można założyć, że część sobie nie poradzi i w tym roku będzie po prostu mniej uczestników. Jeśli takie ograniczenia dotkną również negocjatorów z państw rozwijających się, to raczej nie pomoże to w negocjacjach, gdzie przecież powinni oni mieć możliwość równego uczestnictwa. Warto pamiętać, że mechanizmami i tabelkami, o których pisałam wyżej, nie zajmują się dyplomaci (ci z pewnością dolecą na COP25), tylko wyspecjalizowani eksperci krajowi, którzy z reguły nie posiadają paszportu dyplomatycznego.

Zmianom uległy też inne punkty programu COP25: był plan na powielenie schematu z Katowic i zaproszenie szefów państw i rządów na rozpoczęcie szczytu. Opublikowany niedawno przegląd wydarzeń na COP25 na to jednak nie wskazuje. Z pewnością nie odbędzie się także szereg wydarzeń pozanegocjacyjnych, które odbywałyby się równolegle do szczytu. Sekretariat poinformował, że szacuje obecnie dostępną powierzchnię w obiekcie konferencyjnym. O tym jak przebiegają zwyczajowo szczyty, w tym zwłaszcza w Katowicach, pisałam w Przewodniku po COP24.

Co z USA?

Na domiar złego USA spełniły swoją obietnicę z 2017 r. i 4 listopada 2019 r. złożyły wniosek o wyjście z Porozumienia paryskiego. Oznacza to tyle, że dopiero za rok - 4 listopada 2020 r. przestaną być stroną tego porozumienia, a do tego czasu na pewno będą brały (mniej lub bardziej aktywnie) udział w negocjacjach. Po tym czasie też będą brały udział, bo są stroną Konwencji Klimatycznej, na której opiera się Porozumienie paryskie. Po prostu w przypadku tego drugiego, jako obserwatorzy, nie będą mogły formalnie oponować przy jednomyślnym przyjmowaniu decyzji. Tak to w tej chwili wygląda dla USA w ramach Protokołu z Kioto, który podpisały (są więc sygnatariuszem), ale nigdy go nie ratyfikowały (nie są więc zobowiązane).

Ciekawym wątkiem jest to, że 3 listopada 2020 r. odbywają się wybory prezydenckie w USA, co oznacza, że jeśli nowy prezydent (nie będący Donaldem Trumpem) będzie bardziej proklimatycznie nastawiony, to może to porozumienie ponownie ratyfikować. W takim przypadku nieobecność USA w porozumieniu potrwałaby być może tylko kilka miesięcy.

Co na to UE?

Dla COP25 w Madrycie ruch USA oznacza tyle, że atmosfera polityczna wokół i tak już niewesołego szczytu będzie jeszcze gorsza. Nie powinien on jednak zasadniczo wpływać na wynik szczytu. Trochę inaczej ma to szansę podziałać na Unię Europejską. Jak donosi portal Climate Home News UE próbuje wejść w buty USA i wraz z Chinami przewodzić globalnym wysiłkom klimatycznym. Możliwości zaimponowania ma jednak ograniczone i nie wiadomo co de facto UE mogłaby Chinom zaproponować żeby zgodziły się oficjalnie zwiększyć swój cel. Obecnie Chiny planują zacząć redukcję emisji dopiero po 2030 r., choć wiele wskazuje na to, że faktycznie ten proces zacznie się już wcześniej.

Pewną wskazówkę co do możliwych działań UE z kolei zawiera list z zadaniami od przyszłej szefowej Komisji Europejskiej – Ursuli von der Leyen do jej zastępcy – Fransa Timmermansa, który ma się zająć wprowadzaniem nowego prawa klimatycznego (nowego zielonego ładu) dla UE. Ma on pracować nad podniesieniem unijnego celu redukcyjnego na 2030 r. z 40 proc. do 50 proc., a jednocześnie dążyć do podniesienia ambicji głównych globalnych emitentów. Do tego czasu miałby przedstawić również plan na zwiększenie unijnego celu do 55 proc. w sposób odpowiedzialny.

Nie do końca wiadomo co von der Leyen miała na myśli pisząc o „tym czasie” ani o „odpowiedzialnym sposobie”, ale z doniesień prasowych wynika, że przełomowym momentem dla nowych celów mógłby być wrzesień 2020 r. Jeśli UE zdecyduje się zwiększyć swój cel redukcyjny na 2030 r. to zgodnie z Porozumieniem paryskim koniec 2020 r. i odbywający się w listopadzie w Glasgow COP26 będzie idealnym (i w zasadzie ostatnim) momentem na ogłoszenie takiego ruchu.

Emocjonująca końcówka

Wcześniej jednak, bo jeszcze w tym roku, odbędzie się rzeczony szczyt COP25 w Madrycie (2-13 grudnia), na koniec którego w Brukseli zbierze się Rada Europejska (12-13 grudnia). Tematem, od którego nie można będzie na niej uciec będzie neutralność klimatyczna – jest już ponoć na agendzie.  Natomiast to,  czy cel neutralności klimatycznej UE do 2050 r. zostanie ostatecznie przyjęty w grudniu zależy od bardzo wielu czynników. Zdecydowanie nie pomaga późne powołanie lub nawet brak nowej Komisji Europejskiej, z którą Rada miała pracować nad uszczegółowieniem kompromisu wokół realizacji celu, ani brak postępu w negocjacjach nowej perspektywy finansowej.

Na tak późnym etapie nieszczególnie pomocne są także zmiany organizacyjno-polityczne w polskim rządzie. Nowo powołany minister-negocjator i Prezydent COP24 Michał Kurtyka dopiero 2 grudnia oficjalnie przekaże stery globalnych negocjacji chilijskiej Prezydencji COP25. W międzyczasie musi przygotować się, swoje ministerstwo i rząd do przyjęcia tego, co ostatecznie będzie stanowiskiem Polski na Radę Europejską oraz sfinalizować krajowy plan na rzecz energii i klimatu do 2030 r.

Dodatkowo nie słychać też ostatnio niczego o Funduszu Sprawiedliwej Transformacji, który miał być jednym z elementów pakietu kompensacyjnego dla Polski w zamian za zgodę na cel neutralności klimatycznej. Ale tę propozycję, podobnie jak wiele innych, przygotowuje właśnie nowa, chwilowo niedoszła Komisja Europejska. A balonik niepewności i oczekiwań rośnie. Można więc założyć, że jeśli w Madrycie zabraknie klimatycznych emocji, to Bruksela te braki skutecznie wypełni.

Zobacz także...

Komentarze

Patronat honorowy

Partnerzy portalu

PSE