Spis treści
Brytyjska termomodernizacja bublami stoi
Sztandarowy program termomodernizacji brytyjskich budynków okazał się być totalną porażką pod względem jakości prac. Problem dotyczy aż 98 proc. zrealizowanych inwestycji – donosi „Financial Times”.
Dziennik precyzuje, że według wyników audytu 98 proc. izolacji ścian zewnętrznych, które wykonano od 2022 roku w ramach programu ECO, wymaga poprawek. W przypadku izolacji ścian wewnętrznych ten współczynnik wynosi 29 proc. Zarówno w przypadku zewnętrznych, jak i wewnętrznych ścian kilka procent realizacji zakwalifikowano nawet jako zagrażające mieniu, bezpieczeństwu i zdrowiu mieszkańców.
Raport, nad którym od kwietnia pracował Ofgem – brytyjski odpowiednik URE – wskazuje na „niedopuszczalnie słabą” jakość przeprowadzonych termomodernizacji. Nie dość, że nie osiągnięto zakładanych efektów dotyczących poprawy charakterystyki energetycznej budynków, to wielu uczestników programu obecnie musi się zmagać ze skutkami w postaci wilgoci i pleśni.
Program ECO działa już od 2013 roku i nakłada na dostawców energii obowiązek poprawy efektywności energetycznej w gospodarstwach domowych o najniższych dochodach. Obecnie trwa czwarta edycja tego programu.
Martin McCluskey, podsekretarz w Departamencie Bezpieczeństwa Energetycznego i Net Zero w rządzie Partii Pracy, referując w Izbie Gmin ustalenia audytu stwierdził, że winę ponosi poprzedni rząd Partii Konserwatywnej, która miała nie zadbać o odpowiedni system nadzoru i kontroli nad prowadzonym programem.
McCluskey podkreślił również, że po audycie zawieszono działalność 38 firm zajmujących się termomodernizacją, a ponadto rząd wdraża nowe rozwiązania, które mają zwiększyć nadzór nad wykonawcami.
Zobacz również: Taryfa dynamiczna na prąd po roku: 2 tys. zł oszczędności
Centra danych mogą podnieść ceny energii w Europie
Rozwój sztucznej inteligencji i związany z tym popyt ze strony energochłonnych centrów danych może doprowadzić do wzrostu hurtowych cen energii w Europie od 5 do nawet 30 proc. – podkreśla Montel.
Portal zwraca uwagę na prognozy think tanku Ember, który w perspektywie 2035 roku przewiduje, że europejskie centra danych niemal podwoją swoje zapotrzebowanie na energię – do poziomu około 236 TWh rocznie. Udział tego sektora w ogólnym popycie na energię wzrośnie z 3 do blisko 6 proc.
Centra danych największy wpływ na system elektroenergetyczny mają obecnie w Irlandii, która w ostatnich latach zachęcała gigantów technologicznych do inwestycji. W efekcie pracujące tam serwerownie mają 22-procentowy udział w krajowym zużyciu energii, a według przewidywań Międzynarodowej Agencji Energetycznej w 2026 roku mogą to być aż 32 proc.
W Dublinie w 2022 roku wprowadzono sześcioletnie moratorium na budowę nowych centrów danych, po tym jak ich udział w zapotrzebowaniu miasta na energię sięgał już blisko 80 proc. Z kolei w innych, kluczowych lokalizacjach tej branży w Europie – takich jak Amsterdam, Londyn czy Frankfurt – ten poziom wynosi 20-40 proc. Aurora Research Energy szacuje, że do połowy przyszłej dekady 14 proc. energii w Wielkiej Brytanii będą pochłaniały centra obliczeniowe.
Apetyt inwestorów na budowę nowych obiektów nie słabnie, ale sporym hamulcem jest brak odpowiednich mocy przyłączeniowych do sieci elektroenergetycznej. W niektórych miejscach kolejki po przyłącza – biorąc pod uwagę liczbę wniosków – mają być już zablokowane nawet na najbliższe kilkanaście lat.
Według ekspertów, których cytuje Montel, potencjalna skala wzrostu cen energii będzie zależała od tego, w jakim stopniu za rosnącym zapotrzebowaniem ze strony centrów danych będzie nadążać przyrost nowych mocy wytwórczych w energetyce. Sporym ograniczeniem w tym względzie są możliwości przyłączenia do sieci nowych OZE, a przede wszystkim rozwój magazynów energii, które będą przenosić zużycie nadwyżek energii odnawialnej na późniejsze godziny.
Do tego dochodzi też rozwój dyspozycyjnych źródeł, takich jak energetyka gazowa czy jądrowa. Centra danych charakteryzują się stałym popytem na energię, więc ich operatorzy chcąc być bardziej niezależnymi od zewnętrznych dostaw będą musieli najpewniej coraz mocniej inwestować we własne źródła, co już dzieje się w USA. Tam potentaci technologiczni, tacy jak Microsoft czy Amazon, napędzają inwestycje w elektrownie gazowe oraz rozwijają projekty związane małymi reaktorami jądrowymi (SMR).
Zobacz także: Nowe centrum danych Atman zużyje tyle prądu co Huta Warszawa
Rosyjskie górnictwo pogrąża się w kryzysie
Rosyjskie górnictwo węglowe zmaga się z największym kryzysem od 30 lat. Sektor należy największych gospodarczych ofiar wojny, którą czwarty rok toczy Władimir Putin – analizuje „Financial Times”.
Według danych rosyjskiego urzędu statystycznego, od stycznia do lipca 2025 roku górnictwo odnotowało straty na poziomie 225 mld rubli (2,8 mld dolarów). Wynik ten stanowi dwukrotność strat z 2024 roku, kiedy była to najgorzej prosperującą branża w Rosji.
Natomiast jeszcze w 2023 roku sektor wygenerował zysk w wysokości prawie 375 mld rubli, ale wtedy ceny surowca na rynku utrzymywały się na dosyć wysokim poziomie po kryzysie energetycznym w Europie.
Wówczas producenci słabiej odczuwali skutki wprowadzenia embarga przez UE, choć przed wojną na rynek europejski trafiało około 20 proc. eksportu rosyjskiego węgla. Zwiększono również eksport do krajów azjatyckich, które nie objęły Rosji sankcjami, m.in. do Chin oraz Indii.
Niemniej obecny poziom eksportu pozostaje znacznie niższy niż przed wojną, a ceny węgla są najniższe od lat z powodu rekordowego wydobycia w Chinach. Natomiast w porównaniu z 2022 rokiem spadły o blisko 80 proc. Ponadto spora część eksportowanego surowca jest sprzedawana ze stratą, gdyż Rosja potrzebuje dewiz.
Problemem jest również duży wzrost kosztów transportu kolejowego, gdyż po wprowadzeniu sankcji i odcięciu rynków zachodnich towary o wyższych marżach – takie jak ropa – zyskały priorytet w transporcie do portów morskich.
Bezpośrednie zatrudnienie w branży wynosi ponad 140 tys. osób. Gwałtowne ograniczanie wydobycia z powodów ekonomicznych mogłoby skutkować niepokojami społecznymi w regionach górniczych, czego Kreml również woli unikać.
Według danych Ministerstwa Energetyki do września kryzys w branży spowodował już upadek 23 spółek węglowych, które odpowiadały za około 13 procent krajowego wydobycia. Ponad 50 kolejnych podmiotow ma być zagrożonych.
„Financial Times” wskazuje, że resort energetyki plan ratunkowy dla górnictwa opracowało już na początku tego roku, ale jego ostateczna wersja, pod którą podpisał się Władimir Putin, jest znacznie skromniejsza od pierwotnego projektu, co miało nastąpić po sugestiach resortu finansów oraz Centralnego Banku Federacji Rosyjskiej.
Pomoc ma być kierowana głównie do przedsiębiorstw znajdujących się w najtrudniejszej sytuacji i ma obejmować przede wszystkim odroczenie płatności podatków i innych zobowiązań, a także obniżenie cen transportu kolejowego. Nie przewidziano natomiast bezpośredniej pomocy w postaci dotacji.
Zobacz również: Dlaczego politycy zmuszają nas do płacenia miliardów na niepotrzebne kopalnie
Czy metale ziem rzadkich są wartego tego całego zamieszania?
Wokół metali ziem rzadkich robi się tyle szumu, jakby ich produkcja była wyczynem porównywalnym do lotu na księżyc, a ich brak miał spowodować upadek Zachodu. Tymczasem do stworzenia potencjału w tym sektorze nie trzeba ogromnych pieniędzy, tylko konsekwentnej i długoterminowej polityki – pisze David Fickling, publicysta Bloomberga.
Fickling w ten sposób nawiązuje do zaostrzenia przez Pekin kontroli eksportu kolejnych pierwiastków ziem rzadkich. Od 8 listopada do listy kontrolnej dodanych zostanie kolejne pięć pierwiastków: holm, erb, tul, europ i iterb. Wcześniej Chiny już objęły kontrolą eksportu ponad dwadzieścia pierwiastków i materiałów powiązanych, co oznacza, że eksporterzy muszą składać wnioski o licencje w Pekinie, by sprzedawać je na rynki zagraniczne.
Zdaniem publicysty Bloomberga towarzyszący tej sprawie szum medialny oraz polityczne rozemocjonowanie są niewspółmierne do rzeczywistej wagi tematu. Dodaje przy tym wartość nakładów, potrzebnych do zabezpieczenia przez Zachód łańcuchów dostaw pierwiastków wykorzystywanych chociażby do produkcji magnesów trwałych, stosowanych m.in. w turbinach wiatrowych oraz wojskowości, to najpewniej kwota liczona w setkach milionów dolarów.
Są to zatem znikome wydatki w porównaniu ze środkami, które na co dzień są przeznaczane w wielu innych dziedzinach – zwłaszcza w tych, które dotyczą wysokich technologii. Takich, jak choćby najbardziej zaawansowane procesory, w których Zachód wciąż ma przewagę nad Chinami. Problem polega na tym, że w minionych dekadach politycy i urzędnicy w Europie czy USA nie przywiązywali szczególnej wagi do tego sektora górnictwa.
Przykładem są losy Mountain Pass, kopalni na pustyni Mojave w Kalifornii, która przez dekady była największym na świecie producentem pierwiastków ziem rzadkich. W 2010 roku wniosek tej firmy o rządową pożyczkę na inwestycje został odrzucony, przez co musiała szukać droższego finansowania. Niedługo później na rynku zaczęli się rozpychać wspierani przez Pekin chińscy dostawcy, przez co ceny surowców na rynku mocno spadły, a zadłużone Mountain Pass upadło.
Przez kolejne kilkanaście lat następni inwestorzy próbowali na nowo rozwinąć firmę, aż w lipcu tego roku jej największym udziałowcem został amerykański rząd, który spółkę dokapitalizował, uzasadniając ten ruch potrzebą uniezależnienia USA od dostaw Chin.
Fickling przypomina, że przez kilkunastoma laty podobne działania podjął japoński rząd, gdy w wyniku napięć politycznych na linii Tokio – Pekin chińskie władze ograniczyły dostawy pierwiastków ziem rzadkich do Japonii. Obecnie, po wydaniu kilkuset milionów państwowych pieniędzy oraz zaangażowaniu do współpracy prywatnego kapitału w inwestycje m.in. w Australii i Malezji, Japończycy praktycznie zabezpieczyli swoje potrzeby.
Fickling podkreśla również, że niemal każdy powszechnie używany pierwiastek wydobywa się za pomocą tego samego podstawowego zestawu procesów, a wiedza inżynierska zazwyczaj koncentruje się minimalizacji kosztów oraz poprawie bezpieczeństwa.
– Chiny mogą mieć największe rezerwy metali ziem rzadkich, ale swoją obecną pozycję dominującego producenta zawdzięczają jedynie temu, że prezentują się jako najtańsze i najstabilniejsze źródło długoterminowych dostaw. Wydaje się, że geopolityczne potrząsanie szabelką w ostatnich miesiącach trwale podkopało tę reputację. Jeśli rozwinięte demokracje wyciągną wnioski tej lekcji, to w przyszłości Pekin może pożałować, że wpadł na pomysł, aby za „hałdę ziemi” próbować wziąć cały świat w niewolę – podsumował publicysta Bloomberga.
Zobacz też: Tak BMW ma utrzeć nosa Chińczykom