Spis treści
Sizewell C oraz nowe sieci kosztowne dla brytyjskich firm
Duzi odbiorcy energii elektrycznej w Wielkiej Brytanii, którzy nie są objęci ulgami dla podmiotów energochłonnych, muszą liczyć się z dużym wzrostem rachunków. Przyczyną są opłaty związane z finansowaniem budowy elektrowni jądrowej Sizewell C oraz inwestycjami sieciowymi – donosi „Financial Times”.
Dziennik powołuje się na wyliczenia firmy konsultingowej Cornwall Insight, które dotyczą odbiorców zużywających co najmniej 53 GWh rocznie, m.in. przedsiębiorstw z sektora użyteczności publicznej, takich jak transport i wodociągi, czy choćby sieci handlowe i firmy produkcyjne.
Według analizy opłaty związane z Sizewell C mogą oznaczać dla takich podmiotów dodatkowe koszty rzędu ponad 221 tys. funtów w 2026 roku.
Z kolei opłaty sieciowe, związane z inwestycjami w rozbudowę i modernizację sieci elektroenergetycznych, to koszt przeszło 100 tys. funtów. Przy czym wysokość tych opłat dla dużych przedsiębiorstw nieobjętych ulgami dla podmiotów energochłonnych mają stopniowo rosnąć w nadchodzących latach, osiągając nawet 250 tys. funtów w 2030 roku.
Według Cornwall Insight, łączny koszt związany opłatami na inwestycje w Sizewell C oraz sieci podniosą w 2026 roku rachunki w tej grupie odbiorców energii o około 5 proc. To natomiast może przełożyć się na koszty dla klientów i na zdolności inwestycyjne tych podmiotów.
„Financial Times” wyjaśnia, że około 500 największych odbiorców energii elektrycznej, np. producenci stali, otrzymuje obecnie 60-procentową ulgę na opłaty sieciowe. Natomiast w przyszłym roku ma ona wzrosnąć do 90 proc. Ponadto podmioty z tego grona zostaną zwolnione z „jądrowej” opłaty.
Niemniej firmy z branży stalowej oczekują dalszego wsparcia w postaci niższych cen energii, gwarantowanych kontraktem różnicowym, w którym rząd będzie dopłacał hutnikom w przypadku wzrostu cen powyżej określonego pułapu. Według branżowej organizacji UK Steel nawet przy 90-procentowej uldze na opłaty sieciowe koszty energii nadal będą o 14-25 proc. wyższe od tych, które mają ich konkurenci z Francji czy Niemiec.
Dziennik przypomina, że elektrownia jądrowa Sizewell C o mocy 3,2 GW powstaje głównie dzięki rządowemu finansowaniu i po części również dzięki inwestorom prywatnym. Projekt jest realizowany w ramach mechanizmu, w którym odbiorcy energii są obciążani kosztami od początku budowy, co ma długoterminowo obniżyć całościowy koszt finansowania przedsięwzięcia. W przypadku gospodarstw domowych ma to być około 1 funt miesięcznie.
Zobacz także: Atom kontra OZE – co się dzieje w Europie i na świecie
Trump nie zgasił amerykańskiej fotowoltaiki
Choć administracja Donalda Trumpa jest niechętna OZE i wprowadzane przez nią regulacje już mocno zaszkodziły energetyce wiatrowej, zwłaszcza tej na morzu, to w przypadku fotowoltaiki jak na razie załamania nie widać, a prognozy wyglądają optymistycznie – stwierdza „The Economist”.
Tygodnik zastanawia się, czy energetyka słoneczna w USA wykaże się odpornością na trudniejsze czasy pod względem polityki i regulacji. Jak dotąd wydaje się jednak, że sygnały z rynku są dla branży optymistyczne, a składają się na to dwie główne przyczyny.
Po pierwsze sektor wciąż jest jeszcze rozpędzony dzięki inwestycjom, które rozpoczęły się przed zmianą w Białym Domu. Zwłaszcza, że perspektywa powrotu Trumpa do władzy dla wielu podmiotów stanowiła zachętę do przyspieszenia projektów – tak, aby rozpocząć je przed ewentualnymi zmianami w regulacjach i dzięki temu załapać się na atrakcyjne ulgi podatkowe.
Ta inwestycyjna fala jest widoczna w statystykach. Według danych federalnej Agencji Informacji Energetycznej (EIA) w pierwszej połowie 2025 roku oddano do użytku farmy fotowoltaiczne o łącznej mocy około 12 GW. Z kolei prognozowana moc instalacji, które zostaną przekazane do eksploatacji w drugiej połowie tego roku, to około 21 GW. Według EIA w latach 2025-2026 będzie odpowiadać za większość nowych mocy podłączonych do systemu elektroenergetycznego.
Natomiast drugą przyczyną dobrych nastrojów w energetyce słonecznej – jak wskazuje „The Economist” – pozostaje utrzymujący się popyt ze strony rynku, gdyż zapotrzebowanie na energię rośnie ze względu na rozwój sztucznej inteligencji i masową budowę centrów danych.
Choć fotowoltaika nie jest dyspozycyjnym źródłem energii, to jednak budowa farm PV jest wielokrotnie szybsza niż budowa nowych elektrowni gazowych, nie mówiąc już o jądrowych. Dodatkowo w przypadku siłowni gazowych coraz większym problemem zaczyna być wydłużająca się kolejka po turbiny.
Dlatego dalszy wzrost energetyki słonecznej, uzupełniony o szybki rozwój bateryjnego magazynowania energii, może w tej sytuacji w dużej mierze pomoc nadążyć za rosnącym zapotrzebowaniem na energię. Sprzyja temu również duży spadek cen paneli fotowoltaicznych w ostatnich latach, a także taniejące technologie bateryjne.
Zobacz również: Fotowoltaika bez Chin? Unijny test zaczyna się we Włoszech
W chińskim przemyśle motoryzacyjnym toczy się wojna cenowa
Trwająca ekspansja chińskich chińskich marek samochodów elektrycznych na zagraniczne rynki, zwłaszcza europejski, odwraca uwagę od problemów producentów z Państwa Środka na rodzimym rynku. Od ponad dwóch lat trwa tam wojna cenowa, której przyczyną jest duża nadwyżka mocy produkcyjnych – analizuje „The Economist”.
Tygodnik wskazuje, że w 2025 roku udział elektryków w sprzedaży nowych aut w Chinach może sięgnąć nawet 60 proc. To efekt kilkunastu lat intensywnego, wspieranego przez państwo rozwoju tej branży, którą Pekin uznał za jedną z kluczowych.
Obecnie na chińskim rynku działa około 130 rodzimych producentów samochodów, przy czym większość z nich to podmioty o niewielkiej skali działalności na tle takich gigantów jak BYD, Chery czy Geely. Niemniej łączny potencjał produkcyjny branży jest około dwukrotnie większy od zapotrzebowania rynku.
Tak duża nadpodaż jest już widoczna od przeszło dwóch lat, co przekłada się na spadające ceny samochodów. Według japońskiego banku Nomura, średnia cena pojazdu spadła w tym czasie o około 20 proc., a niektóre modele były przeceniane nawet o 35 proc.
Korzystają na tym nabywcy samochodów, ale ich producenci w ostatnim czasie obserwują topniejące zyski – nawet ci, którzy mocno zwiększyli sprzedaż.
Przykładem jest BYD, który w drugim kwartale 2025 roku zanotował 30-procentowy spadek zysku netto mimo wzrostu sprzedaży o 14 proc. Duże problemy mają natomiast mali i średni producenci, którzy nie mogąc wytrzymać konkurencji próbują konsolidować firmy lub szukać kupców na swoje fabryki. Najsłabszych spośród nich czeka upadłość.
„The Economist” zwraca uwaga, że skutkiem wojny cenowej jest również wypychanie z chińskiego rynku zagranicznych producentów. Według branżowych statystyk udział krajowych marek wzrósł z 34 proc. w 2020 roku do 69 proc. po pierwszym kwartale 2025 roku.
Jednocześnie między 2021 a 2024 rokiem liczba samochodów wysyłanych za granicę wzrosła czterokrotnie, dzięki czemu Chiny wyprzedziły Japonię i stały się największym eksporterem na świecie. W pierwszych sześciu miesiącach 2025 roku eksport osiągnął prawie 3,5 mln pojazdów – o 18 proc. więcej niż rok wcześniej.
– Wojna cenowa może sprawić, że najsilniejsi staną się jeszcze silniejsi. Wiodące firmy, takie jak BYD, Chery i Geely, oraz startupy, takie jak Xpeng i Li Auto, są rentowne lub bliskie wyjścia nad kreskę. Ponadto produkcją samochodów z powodzeniem zajęły się takie firmy technologiczne jak Huawei i Xiaomi – zwraca uwagę „The Economist”.
Zobacz również: Nowe elektryczne BMW iX3 o 65 tys. zł tańsze od benzynowego rywala
Po co Pekin gromadzi tak duże zapasy ropy?
Chiny zakupiły w tym roku o ponad 150 milionów baryłek ropy więcej niż wynosi ich realne zapotrzebowanie, za co – według obecnych cen – musiały zapłacić około 10 mld dolarów. Po co takie zakupy krajowi, w którym sprzedaje się więcej samochodów elektrycznych niż gdziekolwiek indziej – zastanawia się Javier Blas, publicysta Bloomberga.
Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej w drugim kwartale Chiny skupiły nawet 90 proc. dostępnych na rynku zapasów surowca, co pozwoliło utrzymać jego ceny mimo prognoz, które wskazują na dużą nadpodaż ropy w nadchodzących latach.
Blas wskazuje, że od dalszej strategii zakupowej Pekinu będzie w dużej mierze zależało to, jak będą kształtowały się ceny w przyszłym roku. Polityka Chin w tym względzie – zdaniem publicysty – jest wielowymiarowa, a wśród prawdopodobnych przyczyn można wskazać co najmniej sześć czynników, które są ze sobą powiązane.
Po pierwsze ropa jest aktualnie stosunkowo tania. Po drugie Państwo Środka w ostatnim czasie oddało do użytku dużo nowych magazynów ropy, a kolejne otwarcia są planowane na 2026 roku. Zatem obecnie istnieją korzystne warunki do tego, aby te pojemności magazynowe wypełnić atrakcyjnym pod względem ceny surowcem.
Po trzecie magazynowaniu ropy sprzyjają wprowadzone przez Pekin regulacje, które nakładają wymóg gromadzenia strategicznych zapasów – zarówno przez państwowe, jak i prywatne przedsiębiorstwa.
Taka polityka – po czwarte – ma sens w sytuacji, gdy napięcie w relacjach handlowych z USA jest wysokie, a Chiny około 20 proc. ropy kupują od krajów objętych amerykańskimi sankcjami, czyli głównie od Rosji, Wenezueli oraz Iranu. Aktualnie zapasy chińskie zapasy ropy mają wystarczać na pokrycie zapotrzebowania przez 110 dni, a według przewidywań w 2026 roku mogą wzrosnąć do 140-180 dni.
Piąty powód, o którym – jak wskazuje Javier Blas – spekuluje się w branży, to Tajwan, a dokładnie długofalowe przygotowania do konfliktu zbrojnego o przejęcie kontroli nad niezależną od Pekinu wyspą. Natomiast szósta z przyczyn wskazywanych przez publicystę Bloomberga, to po prostu strategia inwestycyjna, związana z chęcią zmniejszenia ekspozycji na amerykańskie obligacje skarbowe.
– Łącząc wszystkie potencjalne przyczyny ze sobą trudno uniknąć wniosku, że Chiny prawdopodobnie będą nadal gromadzić zapasy ropy naftowej w 2026 roku. Będą to robić zarówno ze względów strategicznych, jak i ekonomicznych, pochłaniając w ten sposób znaczącą część globalnej nadwyżki surowca – konkluduje Javier Blas.
Zobacz też: Czy system energetyczny wytrzyma boom na samochody elektryczne i sztuczną inteligencję