Odchodzący z URE prezes Rafał Gawin nazywany był w branży żartobliwie „ostatnim więźniem politycznym RP”, gdyż był prezesem o rok dłużej niż chciał. Choć jego pięcioletnia kadencja skończyła się formalnie w lipcu 2024 r. to musiał pozostać jeszcze rok, gdyż ekipie rządzącej ekipie nie udało się przez rok powołać nowego prezesa.
Pierwszy konkurs w 2024 r. zakończył się bez rozstrzygnięcia, choć już wtedy według nieoficjalnych informacji najbardziej prawdopodobnym kandydatem była Renata Mroczek. Przyczyn niepowodzenia konkursu nie ujawniono. Nieoficjalnie jednak wiadomo, że jednym z powodów braku kandydatów na szefa URE jest absurdalna siatka płac w administracji.
Zgodnie z taryfikatorem prezes URE zarabia tyle, co podsekretarz stanu (zwany popularnie wiceministrem) – czyli ok. 18 tys. zł brutto. Pomijając już fakt, że są to zarobki zupełnie niewspółmierne do niezbędnych kompetencji i ciężaru odpowiedzialności za podejmowane decyzje, to prezes może zarobić nawet nieco mniej niż podlegli mu dyrektorzy departamentów.
Trudno się dziwić, że w takiej sytuacji mało jest chętnych do startu w konkursach – rząd PiS również dwukrotnie musiał ogłaszać konkurs, bo pierwsza próba zakończyła się fiaskiem.
Przyczyny dla których apolityczni (przynajmniej częściowo) szefowie urzędów centralnych takich jak Urząd Regulacji Energetyki, Urząd Komunikacji Elektronicznej, Urząd Transportu Kolejowego, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zarabiają tyle co wiceministrowie są wyłącznie historyczne – kiedyś tak ustalono, a politycy nie widzieli i nie widzą potrzeby, żeby to zmienić.
Z kolei przyczyny dla których tak mało zarabiają wiceministrowie, są czysto polityczne – suweren bardzo wrogo reaguje na podwyżki płac polityków (skądinąd nie powinno to dziwić, obiektywnie oceniając jakość ich pracy).
Nikomu niestety nie przyszło do głowy proste rozwiązanie – podniesienie uposażenia wiceministrów i szefów urzędów będących członkami służby cywilnej, przy pozostawieniu na tym samym poziomie pensji zawodowych polityków. W przypadku większości z nich praca polega przecież na występach medialnych i dworskich intrygach.
Zarobki prezesów wyglądają też zupełnie niepoważnie przy zestawieniu z pensjami szefów urzędów regulacyjnych innych krajów UE. Spośród państw, które publikują sprawozdania o uposażeniach prezesów, szef URE zarabia najmniej.
Wszyscy urzędnicy są równi, ale niektórzy są równiejsi
Jedynym urzędem, który wylobbował sobie zwiększenie zarobków szefów jest Komisja Nadzoru Finansowego. Jej szef zarabia 13-krotność przeciętnego wynagrodzenia według GUS, co daje 82 tys. zł miesięcznie brutto, a do tego dochodzi nagroda roczna. Podwyżkę wynagrodzeń szefów KNF uzasadniano tym, że standardowe mechanizmy, jak mnożniki tzw. R‑ki czyli rządowej siatki płac są „niewystarczające dla wysokiego ryzyka i znaczenia funkcji”.
URE zarządza systemami wsparcia (czyli pieniędzmi konsumentów) wartymi w perspektywie kilkunastu lat ponad 100 mld zł, często podejmuje jednostkowe decyzje również dotyczące setek milionów złotych, ale nikt nie pomyślał o „wysokim ryzyku i znaczeniu funkcji”. Po prostu KNF przebił się ze swymi postulatami „gdzie trzeba”, a URE nie.
Jeśli dołożymy do tego permanentne dokładanie polskiemu regulatorowi nowych zadań przy minimalnym zwiększaniu budżetu i etatów, to należy się w ogóle cieszyć, że URE w ogóle działa.
Zarobki prezesów wyglądają też zupełnie niepoważnie przy zestawieniu z pensjami szefów urzędów regulacyjnych innych krajów UE. Spośród państw, które publikują sprawozdania o uposażeniach prezesów, szef URE zarabia najmniej.
„Brak odpowiedniej liczby specjalistów wydłuża czas trwania postępowań toczących się przed Urzędem Regulacji Energetyki. To z kolei negatywnie oddziałuje na uczestników rynków energii, którzy zostają pozbawieni prawa do szybkiego i sprawnego załatwienia spraw. Dodatkowe pieniądze pozwolą na cyfryzację urzędu oraz zatrudnienie wysokiej klasy specjalistów. To przyspieszy działania Urzędu i zwiększy jego efektywność” – pisali kilka miesięcy temu doświadczeni praktycy prawa energetycznego Zuzanna Stachurska i Filip Elżanowski.
„Brak gwarancji co do terminu załatwienia sprawy, zaraz obok niepewnej legislacji, stanowi jedno z kluczowych ryzyk inwestycyjnych w Polsce. Transformacja energetyczna wymaga inwestycji, napływu kapitału zagranicznego oraz daje szansę na rozwój gospodarki.Potencjalny inwestor chce mieć pewność, że urząd szybko rozstrzygnie jego sprawę. Jeżeli chcemy sprawnej administracji, musimy za to zapłacić i odpowiednio skonstruować budżet państwa. Środki publiczne powinny w końcu służyć inicjowaniu pozytywnych zmian, a nie ich hamowaniu” – podkreślali.
Czytaj też: Urząd Regulacji Energetyki to element transformacji o którym zapomniano
Niestety te proste prawdy, które są oczywiste w Danii, Niemczech czy nawet Czechach, w naszym kraju nie przebijają się do głów polityków, którzy mają przecież na głowie o wiele ważniejsze sprawy…

