Spis treści
W kwietniu 2025 roku, prezydent USA Donald Trump podpisał rozporządzenie wykonawcze mające na celu wsparcie amerykańskiego przemysłu węglowego. Dokument zobowiązuje amerykańską administrację federalną do uznania węgla za minerał krytyczny, nakazuje ograniczenie regulacji środowiskowych i zwolnienie na dwa lata elektrowni węglowych z federalnych wymogów dotyczących redukcji emisji gazów cieplarnianych.
Ma także ułatwić pozyskiwanie gruntów federalnych pod nowe kopalnie. Przy okazji Trump nakazał swoim urzędnikom zawsze określać węgiel epitetem „clean and beautiful”.
Prezydent Trump przekonuje, że stworzy to nowe miejsca pracy w tym przemyśle. Identyczne obietnice składał także w 2016 roku, gdy po raz pierwszy kandydował na prezydenta USA. „Trump digs coal” – głosiły jego ówczesne hasła i pod takim hasłem przebiegać miała jego pierwsza kadencja.
W pierwszej kadencji Trump już kopał węgiel
Tuż po objęciu urzędu w 2017 roku Trump wypowiedział Porozumienie Paryskie dot. redukcji emisji gazów cieplarnianych, dołączając do elitarnego grona trzech państw-członków ONZ, w których porozumienie nie obowiązuje: Iranu (Teheran zapowiedział dołączenie do porozumienia po zdjęciu sankcji nałożonych na reżim), Libii (po upadku reżimu Kaddafiego toczy się tam de facto wojna domowa) oraz Jemenu (tam także trwa wojna domowa). W odpowiedzi na złożenie wypowiedzenia przez administrację Trumpa, większość (30 spośród 50) stanów ogłosiła, że nadal będzie realizować cele Porozumienia Paryskiego.

W wymiarze realnych działań pierwsza administracja Trumpa poluzowała normy emisji rtęci, tlenków siarki i azotu z elektrowni węglowych, złagodziła wymogi dotyczące lokalizacji kopalń w pobliżu rzek i zniosła moratorium na dzierżawę ziem federalnych na rzecz kopalń. Trump chciał nawet wprowadzić obowiązek kupna energii z elektrowni węglowych i jądrowych, argumentując to bezpieczeństwem energetycznym. Propozycja została jednak odrzucona przez Federalną Komisję Regulacyjną (FERC) jako nieuzasadniona ekonomicznie.

Za pierwszego Trumpa pracę stracił co czwarty górnik węglowy w USA
Pomimo obietnic wyborczych i zdobycia głosów w „węglowych” stanach, sytuacja amerykańskiego górnictwa zdecydowanie się pogorszyła. Podczas pierwszej kadencji Donalda Trumpa (2017–2021) wydobycie węgla w USA spadło o około 27%, z 295 mln ton na koniec 2016 roku do 216 mln ton na koniec 2020 roku. Zatrudnienie w branży stracił co czwarty amerykański górnik (reedukacja z 51 do 38 tys. etatów). Była to druga najgorsza prezydencka kadencja (tuż po Baracku Obamie) w całej historii górnictwa węgla kamiennego w USA.

Dlaczego Trump nie uratował i nie uratuje amerykańskich kopalń?
Górnictwo węglowe w USA osiągnęło szczyt w 1990 roku. Nie był to też jakiś nadzwyczajnie wysoki poziom, bowiem podobne poziomy branża osiągała już przed obiema wojnami światowymi. Od 1990 roku górnictwo znajduje się w odwrocie i w 2024 roku niewiele przekraczało poziom notowany pod koniec XIX wieku.

Co ciekawe, tempo spadku wydobycia w USA w ostatniej dekadzie jest nawet szybsze niż w Polsce. Powody tego spadku też są podobne, pomimo, że Amerykanie dysponują wciąż znacznie większymi i znacznie łatwiejszymi w wydobyciu złożami. Jednak wraz z wydobyciem, zasoby stają się coraz trudniej dostępne, a płace amerykańskich górników rosną, co przekłada się na wzrost kosztów jednostkowych wydobycia. Równolegle spada zapotrzebowanie wewnętrzne w USA, bowiem węgiel wypychany jest przez tańszy gaz. W dodatku polityka Trumpa w ostatnich tygodniach dodatkowo obniża ceny paliw kopalnych, czyniąc ich wydobycie mniej opłacalnym. Na rynku wewnętrznym, poza konkurencją z gazem, węgiel przegrywa także konkurencję ze źródłami odnawialnymi.

Równolegle ze spadkiem zapotrzebowania wewnętrznego, USA tracą także zagraniczne rynki zbytu węgla. Chiny i Indie starają się uniezależniać od importu węgla poprzez własne wydobycie. W Azji rośnie jednocześnie eksportowy potentat – Indonezja, która dziś jest światowym eksporterem numer jeden, choć w 1990 roku praktycznie nie wydobywała jeszcze „czarnego złota”. Konkurencji ze strony węgla z Azji i Australii od lat nie wytrzymują już nie tylko kopalnie z Europy i USA, ale nawet Kolumbii czy RPA.

Trump wraca do sprawdzonego politycznego hasła, ale świat się zmienił. Nawet jeśli jego administracja ponownie złagodzi normy środowiskowe, szkodząc de facto własnym obywatelom, i tak amerykańskie górnictwo nie zdoła skutecznie konkurować z azjatyckimi i australijskimi producentami. A jego własna prezydentura pokazała, że obietnice węglowego renesansu potrafią się skończyć historycznym spadkiem.

Węgiel się po prostu nie opłaca
Uzasadnieniem dla wsparcia elektrowni węglowych ma być wzrost zużycia energii elektrycznej w USA, zwłaszcza przez centra danych. Rzeczywiście według danych Energy Information Agency zużycie rośnie i przekroczyło 4 tys. TWh- w 2023 r. wzrosło o 2,7 proc. a w 2024 o 1,65 proc, sięgając w zeszłym roku już 4110 TWh. Ale produkcja prądu z węgla systematycznie spadała – jeszcze w 2022 r. wynosiła 831 TWh, a już w 2024 r. tylko 652 TWh. Centra danych wyhamowały lekko wyhamowały ten spadek – od stycznia do kwietnia 2025 r. produkcja węglówek wzrosła o 23 proc, ale trend jest nieubłagany. Dla porównania produkcja z elektrowni gazowych rosła o 6-7 proc. rocznie. Amerykańskie węglówki są, podobnie jak polskie, dość leciwe. Średni wiek elektrowni węglowej w USA to 45 lat, czyli większość z nich oddano do użytku w latach 70. Najnowszą siłowni, Sany Creek w Teksasie, oddano do użytku w 2014 r. Jak pisze Bloomberg, niedawno wystąpiła o restrukturyzację długów. Load factor czyli współczynnik użycia tej nowej przecież elektrowni wynosi zaledwie 40 proc. To znowu ta sama historia co w Polsce.
Jak pisze publicysta Bloomberga, Liam Denning, dane te pokazują, że o ile rosnący apetyt na energię ze strony centrów danych jest ratunkiem dla starych, zamortyzowanych elektrowni węglowych przed zamknięciem, o tyle absolutnie nie jest to impuls do budowy nowych węglówek. Elektrownie gazowe są tańsze w budowie, znacznie bardziej elastyczne, a elastyczność jest pilnie poszukiwana wobec rosnącej produkcji z pogodozależnych OZE.
Administracja Trumpa próbuje ograniczyć wzrost OZE, częściowo ograniczając im dotacje, ale sprzeciwiają się republikańskie stany, gdzie prężnie rozwijają się OZE, m.in Teksas i środkowy Zachód. W czerwcu parlament Teksasu odrzucił projekt ograniczenia ekspansji OZE, który jak, pisze FT, napotkał opór egzotycznej koalicji wytwórców OZE, przemysłu oraz producentów ropy i gazu (PV i wiatraki często zasilają kiwaki pompujące ropę). – Zdrowy rozsądek zwyciężył – podsumował Bryn Baker, dyrektor Texas Energy Buyers Alliance.
Republikański projekt mający chronić paliwa kopalne i jednocześnie hamować rozwój najszybciej rosnącego źródła nowej mocy – w czasie rosnącego zapotrzebowania – ostatecznie tylko ograniczy amerykańską sieć energetyczną, podniesie koszty i zahamuje nasze ambicje w dziedzinie sztucznej inteligencji. Ale nie cofnie dekad zmian gospodarczych, które pogrążyły węgiel. Mimo to Trump i jego otoczenie zdają się odporni na tego rodzaju argumenty, wybierając zamiast tego toporne narzędzia biurokracji.
Jeśli ktoś wierzy, że sukces energetyki odnawialnej to wynik spisku ideologii „woke” , łatwo może sam siebie przekonać, że węgiel da się po prostu wskrzesić siłą woli – puentuje Liam Denning.
