OZE więdnie w Polsce, kwitnie u sąsiadów

OZE więdnie w Polsce, kwitnie u sąsiadów

Polski, niby-rynkowy system pomocy dla ekologicznych elektrowni okazał się źle skonstruowany. Szwedzi, z podobnym systemem, radzą sobie jednak doskonale.

Producenci energii ze źródeł odnawialnych (np. wiatraków czy kotłów na biomasę) mogą liczyć na pomoc finansową o jedną trzecią niższą niż jeszcze rok temu. O tyle spadła rynkowa cena tzw. zielonych certyfikatów, ze sprzedaży których producenci ekologicznej energii (OZE) czerpali do niedawna największe zyski.

Ile zarabia właściciel wiatrakaDziś zielone certyfikaty na giełdzie kosztują ok. 180 zł za megawatogodzinę, w stosunku do ok. 280 zł/MWh rok temu. Dodatkowe 200 zł/MWh (niewiele więcej niż rok temu) producenci ekologicznej energii zarabiają na sprzedaży samego prądu po gwarantowanej cenie.

Dlaczego cena zielonych certyfikatów spadła?

System certyfikatów działa tak: 1) producenci energii z OZE otrzymują certyfikat za każdą wyprodukowaną megawatogodzinę prądu, 2) następnie sprzedają certyfikaty firmom energetycznym, które handlują prądem, 3) firmy energetyczne kupują je, bo każdego roku muszą udowodnić  Urzędowi Regulacji Energetyki, że zrealizowały swój obowiązek wsparcia OZE w odpowiedniej wysokości (w tym roku liczba zielonych certyfikatów musi odpowiadać 12 proc. sprzedanej energii), 4) następnie firmy energetyczne doliczają koszty zakupu certyfikatów do naszych rachunków za prąd (w przeciętnym gospodarstwie domowym to ok. 6 zł miesięcznie).

Do 2010 roku produkcja ekologicznej energii (a więc także zielonych certyfikatów) była niższa, niż obowiązek zakupu certyfikatów, nałożony na firmy handlujące energią. Dlatego ustalono, że firmy te mogą realizować swój obowiązek nie tylko za pomocą certyfikatów, ale także wpłacania opłaty zastępczej na konto Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, który z tych pieniędzy może finansować ekologiczne inwestycje. W rezultacie to wysokość tej opłaty zastępczej ustaliła maksymalną cenę certyfikatów, bo nikomu nie opłacało się kupować certyfikatów drożej, niż wysokość tej opłaty (obecnie to 297,35 zł/MWh). Jednocześnie w momencie, gdy certyfikatów było na rynku za mało, ich cena utrzymywała się blisko opłaty zastępczej.

Okazało się jednak, że system został źle zaprojektowany, bo nawet gdy na rynku było za mało certyfikatów, to nie wszystkie były przedstawiane w Urzędzie Regulacji Energetyki (umarzane). Część firm energetycznych płaciła opłaty zastępcze, zamiast kupować certyfikaty. Od początku funkcjonowania systemu (2005 roku) nie umorzono co dziesiątego certyfikatu. Do tego od 2011 roku produkujemy więcej "zielonej" energii, niż wynosi obowiązek, więc przybywa więcej certyfikatów, niż jest potrzebnych. W efekcie na rynku pojawiła się "górka" certyfikatów, która wystarczyłaby do zrealizowania prawie połowy tegorocznego obowiązku. Nadpodaż spowodowała z kolei spadek ich ceny, w najgorszym okresie – połowie lutego – oscylowała wokół 100 zł/MWh.

Gospodarka spowalnia, a miliardowe inwestycje czekają

Dla inwestorów gorsza od niskiej ceny certyfikatów jest jeszcze jedna rzecz – nieprzewidywalność. Bywały dni, gdy ceny certyfikatów zmieniały się o kilkadziesiąt procent, a w warunkach takiej niepewności banki nie chcą finansować inwestycji. Niedoszli producenci "zielonej" energii wstrzymują więc budowy i to w momencie, gdy cała gospodarka spowalnia.

– W ubiegłym roku uruchomiliśmy rekordowo dużo farm wiatrowych, jednak w tym nie spodziewałbym się nawet połowy tej liczby – mówił podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach Arkadiusz Sekściński, wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej.

Jak to robią Szwedzi?

Na początku spadków cen certyfikatów, nowy wówczas, wiceminister gospodarki Jerzy Witold Pietrewicz przekonywał, że wsparcie energetyki odnawialnej opiera się o system rynkowy, nic więc dziwnego, że certyfikaty tanieją, jeżeli na rynku mamy nadpodaż. Wywodzący się z rynków kapitałowych wiceminister zapomniał jednak, że rynek, na którym mamy ograniczoną od góry cenę (w wysokości opłaty zastępczej) i ograniczony od góry popyt (obowiązek umorzenie określonej liczby certyfikatów), nie jest prawdziwym rynkiem, jak rynek pączków, czy samochodów. Jest sztucznie wykreowany, wymaga wiec interwencji państwa, by dobrze funkcjonował.

Rząd i regulator mają dwa generalne sposoby regulowania tego "rynku" – ceną i popytem, które sami ustalili. Gdy tworzono rynek nie wzięto pod uwagę tego, ile "zielonej" energii będzie się opłacało produkować przy cenie certyfikatów zbliżonej do opłaty zastępczej. Okazało się, że dodatkowe wsparcie w wysokości 297,35 zł/MWh (w cenach stałych z 2013 roku) jest w stanie skłonić inwestorów do produkcji zdecydowanie większej ilości ekologicznej energii, niż wymagają tego przepisy. Przez ostatnich osiem lat mogliśmy zatem utrzymywać cenę certyfikatów na zdecydowanie niższym poziomie, bo i tak byłoby wystarczająco wielu chętnych, by realizować rządowe plany rozwoju OZE. Także teraz ich cena maksymalna (opłata zastępcza) mogłaby zostać zmniejszona dla nowych elektrowni, ważne tylko, by była stabilna.

Skoro jednak utrzymujemy już tak wysokie wsparcie, to drugim rozwiązaniem jest "majstrowanie" wielkością obowiązku zakupu certyfikatów, czyli popytem na nie. Tak radzą sobie z problemem szybko rosnącej produkcji "zielonej" energii Szwedzi.

– Pula certyfikatów, które muszą zakupić firmy energetyczne, została określona na każdy rok kalendarzowy i ma być na tyle wysoka, aby tworzyć popyt na certyfikaty. Jeśli cel udziału OZE zostanie osiągnięty, obowiązek musi wzrosnąć. Dlatego wiosną 2010 roku szwedzki parlament zwiększył kwoty na lata 2013-2030 oraz ustalił pule obowiązkowe na lata 2031-2035 – mówi Maciej M. Sokołowski z Wydziału Prawa i Administracji UW, stypendysta rządu szwedzkiego na Uniwersytecie w Göteborgu.

Do rozwiązania pozostaje jeszcze jeden problem – jak skłonić firmy energetyczne do kupowania certyfikatów, gdy opłata zastępcza jest w podobnej do nich wysokości? Nie ma wówczas różnicy, czy kupią certyfikaty od ich producentów, czy przeleją tylko pieniądze na wskazane im konto narodowego funduszu. To drugie rozwiązanie jest wręcz tańsze i łatwiejsze, bo nie trzeba tworzyć biura handlu certyfikatami i zatrudniać dodatkowych osób.

Jak tłumaczy Sokołowski, Szwedzi radzą sobie z tym problemem, ustalając co roku opłatę zastępczą w wysokości 150 proc. średniej ceny rynkowej zielonych certyfikatów z poprzednich 12 miesięcy. Wtedy wysokość opłaty jest odpowiednio wyższa, niż cena certyfikatów na rynku. Dzięki temu  firmom opłaca się wspierać firmy produkujące „zieloną” energię, a nie uiszczać opłatę zastępczą.

Pomysły są, działań brak

Ministerstwo Gospodarki, chociaż spóźniło się o wiele miesięcy, to na początku roku pokazało sposoby na rozwiązanie problemu taniejących certyfikatów. Resort przygotował pakiet kilku działań, wśród których jest m.in. zwiększenie obowiązku zakupu certyfikatów. W tym roku miałby on wzrosnąć z 12 do 14,74 proc. Mniejsza miałaby być także liczba wydawanych certyfikatów. Prawo do nich straciliby m.in. właściciele starych elektrowni wodnych, które i tak są konkurencyjne w stosunku do elektrowni węglowych i nie wymagają pomocy.

Nie ma jednak szans na ich szybkie wdrożenie, bo w rządzie brakuje osoby, która potrafiłaby pogodzić politykę energetyczną z interesami inwestorów, państwowych firm energetycznych i budżetu państwa. Odpowiedzialne za nie ministerstwa walczą ze sobą o wpływy na projekt ustawy i nie zapowiada się, by miały szybko przestać.

Zielone technologie rozwija

Zobacz także...

Komentarze

Patronat honorowy

Partnerzy portalu

PSE