Szykuje się boom w europejskiej energetyce jądrowej

Szykuje się boom w europejskiej energetyce jądrowej

W ciągu kilkunastu najbliższych na energetyce atomowej w UE można będzie zarobić kilkadziesiąt mld euro. Ale nie na budowie nowych elektrowni, a wręcz przeciwnie- na rozbieraniu starych.

Liczby mogą rzeczywiście rozpalić wyobraźnię- koszt wycofania elektrowni atomowych w samych tylko Niemczech to ok. 38 mld euro, w Szwecji ok 7,8 mld euro. Do tego dochodzi jeszcze porównywalny z niemieckim koszt zamknięcia szesnastu reaktorów w Wielkiej Brytanii, ostatni ma przestać działać w 2036 r.  Ktoś będzie musiał to rozebrać i dobrze na tym zarobi. Można się spodziewać, że bez polskich budowlańców się nie obejdzie.  W przeciwieństwie do  obiecywanych przez kolejne rządy kokosów zarabianych przez polskie firmy dzięki budowie elektrowni atomowej w naszym kraju,  kontrakty polskich podwykonawców na zagranicznych rozbiórkach są o wiele bardziej prawdopodobne.

Międzynarodowa Agencja Energetyczna przewiduje „bezprecedensową wskaźnik wycofywania reaktorów” – między 2014 a 2040 r. ok. 200 powinno zostać zamkniętych. Międzynarodowa Agencja Energetyki Atomowej  prognozuje z kolei, że do 2050 przestanie pracować 320 GW “atomowych”. Żeby uzupełnić te braki, na świecie powinno się rozpoczynać budowę 10 reaktorów rocznie. Obecnie budowanych jest ok 60, z czego aż 1/3 w Chinach. Ale planów budowy nowych reaktorów będzie jest już mniej nawet w Państwie Środka. Nowa jednostka ma powstać także w Pakistanie, a do grona państw dysponujących energetyką atomową chce dołączyć Bangladesz, gdzie budowa ( na podstawie umowy z Rosatomem) ma ruszyć  już w tym roku.

Spektakularne porażki, których wszystkie długofalowe skutki trudno jeszcze przewidzieć, dotknęły sektor atomowy we Francji i USA. Ostatnie dziecko francuskiej nuklearnej myśli technicznej- reaktor EPR opracowany był przez państwową firmę Areva, która właśnie zniknęła na dobre. Francuski koncern wobec gigantycznych tarapatów finansowych został bowiem podzielony i w styczniu jego część, zajmująca się wydobyciem uranu, produkcją paliwa i jego późniejszą przeróbką przechrzczono na Orano. Druga część, wróciła do nazwy z ubiegłego stulecia – Framatome. W nowej spółce dominuje francuski państwowy operator elektrowni - EDF, 5 proc. objęła francuska firma Assystem, a 19,5 proc. - Mitsubishi Heavy Industries. Natomiast jedną z przyczyn upadku Arevy – fiński projekt Olkiluoto 3 – wydzielono, wraz z długami i roszczeniami - do osobnej spółki.

- Mnóstwo ludzi w EDF wiedziało, że na dłuższą metę EPR nie ma przyszłości – jest zbyt skomplikowany i zbyt drogi. Ale chcieli dotrzymać zobowiązań i uratować twarz Francji- mówił brytyjskiemu dziennikowi „The Guardian” Gerard Magnin, były członek rady nadzorczej EDF, który podał się do dymisji w proteście przeciw projektowi Hinkley Point w Wielkiej Brytanii.

Dalszy kierunek biznesu, to już nie EPR, ale Atmea 1. To znacznie mniejszy (1100 zamiast 1650 MW) reaktor, nad którym Japończycy i Francuzi pracowali od dłuższego czasu i którego pierwsze 4 egzemplarze mają stanąć w tureckiej elektrowni Sinop. O inwestycji tej mało słychać, ale posuwa się do przodu. Kilka dni temu turecki operator przedstawił odpowiedniemu ministerstwu projekt raportu oddziaływania na środowisko przyszłej elektrowni.

Atmea 1 ma być tańsza, prostsza i – co dziś ma zasadnicze znaczenie – bardzo elastyczna, zdolna pracować nawet z jedną czwartą mocy nominalnej. W dzisiejszych czasach, przy nasyceniu systemów zmiennymi OZE,  taka zdolność jest nie do przecenienia. Wystarczy popatrzeć na problemy starych, mało elastycznych polskich bloków na węgiel, wyrzucanych z systemu, zwłaszcza w wietrzne noce przez farmy wiatrowe.

Wielki i skomplikowany EPR prawdopodobnie zaś skończy się na czterech egzemplarzach – dokończonych  wreszcie blokach w Olkiluoto i Flamanville oraz dwóch wybudowanych już bez specjalnych opóźnień w Taishan, w Chinach. Natomiast Atmea, według planów EDF i MHI, stanie się ich sztandarowym produktem. Jeżeli w Polsce dojdziemy do fazy składania ofert, to Atmeę pewnie wśród nich znajdziemy.

W ślady EPR podąży pewnie reaktor AP1000 Westinghouse. Konstrukcyjnie w wielu miejscach rewolucyjny, m. in. ze względu na pasywne systemy bezpieczeństwa (AP to skrót od Advanced Passive). Kiedy 6 lat temu ruszała budowa pierwszych czterech AP1000 w USA, mówiono o renesansie atomu w Ameryce. Dziś ten renesans leży w gruzach, rozłożony opóźnieniami i przekroczeniami budżetu. Budowę dwóch reaktorów zawieszono, dwa kolejne zostaną jednak dokończone, głównie dlatego, że Westinghouse zbankrutował, ale projekty te dostały sądową ochronę przed wierzycielami. Cztery kolejne reaktory są budowane, ale – jak w przypadku EPR – w Chinach. A wiarygodne wycenienie, co ile tam kosztuje jest dość trudne.

Część koncernu zajmująca się serwisem i produkcją paliwa jądrowego radzi sobie jednak całkiem dobrze. Znalazła nabywcę w postaci kanadyjskiego Brookfielda, który zapłaci Toshibie 4,6 mld dol. Przy czym transakcja ma zostać dopięta jesienią i to jest koronny argument za tym, żeby co najmniej do tego czasu Westinghouse nie próbował wplątać się w jakikolwiek nowy projekt. A potem prawdopodobnie skupi się na serwisie, paliwie, które np. dostarcza Ukrainie, i pewnie rozbiórkach zamykanych z powodu wieku elektrowni atomowych. W USA, gdzie flota reaktorów jest już dość leciwa, może to być równie znakomity biznes jak Europie.

Koreańczycy z KHNP, którzy też interesowali się Polską, zaliczyli dość kuriozalną wpadkę przy budowie  elektrowni Barakah w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Co prawda sama budowa wielkich opóźnień nie ma, ale operator nie dostał na czas licencji od miejscowego dozoru. Co oznacza tyle, że nie zadbano o terminowe wyszkolenie personelu. Zresztą koreańskie media ujawniły szczegóły kontraktu w ZEA, które dla KHNP trudno uznać za korzystne. Dalsze angażowanie się tego państwowego koncernu za granicą jest pod znakiem zapytania.

Trudno oprzeć się więc wrażeniu, że zanim jeszcze polski projekt ruszył na serio, najpoważniejsi pretendenci skutecznie wykończyli się sami. Dzisiejsze rynki bezlitośnie zweryfikowały cuda inżynierii generacji III/III+. Bo nie licząc wyjątków: USA czy budowanej przez Rosatom Hanhikivi w Finlandii, to tego typu reaktory powstają albo mają być budowane w krajach bez wolnego rynku energii i najczęściej rozwijających się, potrzebujących wielkich ilości energii do nadgonienia cywilizacyjnego zapóźnienia. To Indie, Egipt, Turcja, Bangladesz i częściowo także Rosja czy Chiny.

Ponieważ jednak bezemisyjnych źródeł świat będzie bezwzględnie potrzebował, to globalny pejzaż zmieni pewnie osiągnięcie komercyjnej dostępności przez SMR – reaktory modułowe o małej mocy i odpowiednio niskich nakładach, skalowalne w górę poprzez dokładanie kolejnych modułów. I ewentualnie przez HTR – także niewielkie, wysokotemperaturowe reaktory, służące również jako źródła ciepła dla przemysłu.

Energii jądrowej przyszłości – w postaci koncepcji DFR (Dual Fluid Reactor, wysokotemperaturowy reaktor IV generacji na szybkich neutronach) przyglądał się swego czasu także KGHM. Jednak w grudniu DFR zniknął z listy polskich projektów, zgłoszonych do tzw. Planu Junckera, gdzie mógł liczyć na korzystne kredyty EBI.  Jak podawało ówczesne Ministerstwo Rozwoju, został wycofany na wniosek „resortu nadzorującego” - czyli prawdopodobnie Ministerstwa Rozwoju. Członek rady nadzorczej KGHM, dr Wojciech Myślecki, mówił na Forum Przemysłowym w Karpaczu, że projekt ma znaczenie raczej naukowe, nie komercyjne.  Z tego powodu raczej słabo nadaje się do Planu Junckera.

Specjalny zespół powołany przez ministra energii rekomendował ostatnio budowę w przyszłości w Polsce jednostek typu SMR w horyzoncie 2030 r., popierając to szczegółowym raportem. Projekt na serio musiałby jednak ruszyć jeszcze w tym roku, a po drodze przewiduje się budowę niewielkiego reaktora eksperymentalnego. Zakładając, że technologia się rozpowszechni, koszt przygotowania i budowy w latach 2026-2031 właściwego reaktora o mocy elektrycznej rzędu co najmniej 50 MW i 165 MWth oszacowano na maksymalnie ok. 2,6 mld zł netto. Problem w tym, że nuklearni potentaci USA, Rosja, Chiny, Korea Płd. wydały na technologię SMR znacznie więcej, ale rezultatów w postaci gotowych do wdrożenia projektów, które broniłyby się ekonomicznie, na razie nie udało się osiągnąć.

Minister energii Krzysztof Tchórzewski zadeklarował, że tym razem decyzja rządu zapaść powinna do końca pierwszej połowy roku, poprzednio miała zapaść do końca roku ubiegłego. A podobno zapadnie wtedy, gdy gotowy będzie model finansowania. Co oznacza, że nie jest gotowy, chociaż parę miesięcy temu miało być już nawet kilka przygotowanych modeli. Tak przynajmniej deklarował we wrześniu dyrektor departamentu energii jądrowej w ME. Wszystko to oznacza, że w rządzie trwa walka wokół tego, w jakich państwowych spółkach znaleźć górę pieniędzy na tę inwestycję. Co to może oznaczać, nieźle pokazuje przykład PKN Orlen – w dniu, w którym jeden z szefów koncernu zasugerował możliwość zaangażowania się w atom, jego akcje spadły o prawie 4,5 proc.

Wg nieoficjalnych informacji premier Mateusz Morawiecki mimo deklarowanego w expose poparcia dla energetyki atomowej nie pali się wcale do jakiegoś przyspieszania projektu, świadom ekonomicznych problemów. Ale z przyczyn politycznych decyzja o skasowaniu budowy atomówki nie może być podjęta. W rządzącej partii wciąż jest bardzo wielu ludzi uważających, że budowa elektrowni jądrowej i dołączenie do „atomowego klubu” wypchnie Polskę na wyższy poziom cywilizacyjny i technologiczny. Poza tym taka decyzja byłaby przyznaniem się całej klasy politycznej do porażki – w końcu budowę elektrowni atomowej zapowiadały wszystkie rządy- SLD, PiS, PO-PSL, a teraz znowu PiS. Bardziej prawdopodobne jest więc, że żadne decyzje nie zapadną, a projekt zostanie oddany na pastwę inercji i gadulstwa.

 

 

Zobacz także...

Komentarze

Patronat honorowy

Nasi partnerzy

PGEPG SilesiaPSE