Menu
Patronat honorowy Patronage
  1. Główna
  2. >
  3. Rynek
  4. >
  5. Klimat dla atomu w Europie niby się zmienia. Ale nic z tego nie wynika

Klimat dla atomu w Europie niby się zmienia. Ale nic z tego nie wynika

Przyszłość wielkich elektrowni atomowych to jeden wielki znak zapytania. Bruksela woli się nią nimi nie zajmować, prywatni inwestorzy trzymają się z daleka, rządy nawet jeśli chcą, to im nie wychodzi. Czy kryzys energetyczny sprawi, że duże elektrownie atomowe wrócą do łask?
Elektrownia atomowa
Elektrownia atomowa

„The dream that failed” czyli w swobodnym przekładzie „zawiedzione marzenie” – tak  październiku 2012 r.  brytyjski tygodnik „The Economist” zatytułował okładkowy materiał o energetyce jądrowej. Przypomniano wszystkie, coraz bardziej dotkliwe „błędy i wypaczenia” elektrowni atomowych – rosnące niebotycznie koszty inwestycji i wieloletnie opóźnienia w USA, Finlandii i Francji, niedostosowanie elektrowni atomowych do istniejącego modelu rynku energii, niechęć kapitału prywatnego do zaangażowania się w atomowe projekty, problemy z bezpieczeństwem i akceptacją społeczną (tekst powstał rok po Fukushimie).

Wprawdzie brytyjski tygodnik przyznawał, że Chińczycy, Rosjanie i Koreańczycy są w stanie budować elektrownie zgodnie z planem, ale jednocześnie wątpił, że Europa wpuści lisa do kurnika i pozwoli Chińczykom czy Rosjanom budować elektrownie atomowe, zwłaszcza, że, zdaniem tygodnika, nadzór jądrowy w krajach demokratycznych jest na zupełnie innym poziomie.

Konkluzja była jednoznaczna – wielkoskalowa energetyka jądrowa nie zejdzie szybko ze sceny, ale jej rola „będzie marginalna”. Przyszłość mają być może projekty nowych modularnych reaktorów (SMR), o ile zdołają pokonać trudności techniczne.

economist okladka

Dźwig ratuje atom

Niecałe dziesięć lat później bohaterem tekstu „The Economist” został Big Carl, największy na świecie dźwig pracujący na rozpoczętej trzy lata temu budowie elektrowni atomowej w Hinkley Point C w Wielkiej Brytanii, notabene pierwszej, która zaczęła się w Europie Zachodniej od 15 lat.

Pointa artykułu nie pozostawia czytelnikowi wątpliwości: „Nie ma powodów aby rezygnować z wysiłków uczynienia energetyki nuklearnej tańszą i łatwiejszą w budowaniu. Żeby zastąpić energię wytwarzaną ze spalania rosyjskiego gazu i stare, zachodnie elektrownie atomowe Europa potrzebuje przynajmniej 40 GW nowych elektrowni jądrowych w ciągu najbliższych 15 lat. Big Carl  musi nie tylko dźwigać tysiąctonowe ładunki, ale także zrobić coś więcej – ma wyprowadzić „ulepszający świat” atomowy przemysł na prostą”.

Skąd ta kompletna i dezorientująca czytelników zmiana stanowiska? „The Economist” ma już bez mała 220 lat r., lekka skleroza to normalna sprawa w tym wieku. A mówiąc poważnie, tekst wpisuje się w ogólny trend „rehabilitacji” energetyki atomowej w prasie zachodniej. „Pełnoprawne miejsce energetyki atomowej w europejskim miksie energetycznym nie powinno być poddawane w wątpliwość” – pisze w redakcyjnym komentarzu „Financial Times”.

Powody tej „zmiany drogowskazów” są oczywiste – konflikt z Rosją, deficyt energii, drożejące surowce sprawiają, że trzeba łatać bilans energetyczny. Atom wraca do łask… w mediach, bo ekonomia i regulacje pozostają te same.

Atomowi wiatr i słońce w oczy

WysokieNapiecie.pl ma tylko dziesięć lat, więc znacznie lepiej pamiętamy co pisaliśmy o energetyce atomowej dwa lata temu.

„Większość elektrowni atomowych w rozwiniętych krajach OECD powstała po szoku naftowym w latach 70-tych, kiedy dostęp do tanich surowców kopalnych stanął nagle pod znakiem zapytania z powodu  embarga krajów arabskich po wojnie z Izraelem. Elektrownie powstały dzięki silnemu wsparcia państwa, w postaci kapitału przede wszystkim, ale także modelu sprzedaży energii, opartemu na braku konkurencji i stałych, zatwierdzanych przez państwo taryfach gwarantujących opłacalność wytwarzania.

Rentowność elektrowni, podobnie jak innych wielkich prywatnych inwestycji infrastrukturalnych, zawsze zależała od regulacji. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat państwo w ten czy inny sposób zapewniało albo bezpośrednie finansowanie inwestycji albo poprzez odpowiednie przepisy gwarantowało prywatnemu inwestorowi, że budowa się opłaci. Od lat 60-tych do 80-tych dotyczyło to elektrowni konwencjonalnych, a od początku naszego stulecia wspierać zaczęto przede wszystkim OZE”.

Przez ostatnie kilkanaście lat w UE podejście do elektrowni atomowych było od 10 lat dwuznaczne i póki co wojna nic tu nie zmieniła.  Część państw UE promowała energetykę jądrową. Francja, UK, cała postkomunistyczna Europa Środkowa, Finlandia zabiegały o przepisy uwzględniające energetykę jądrową w planach UE. Ostatnio do atomowego klubu dołączyła Holandia.

klimat dla atomu w Europie

Z kolei Niemcy, Austria, pozostawały nieprzejednanymi wrogami energetyki atomowej, pozostałe kraje były obojętne, ale nie zgadzały się na dotowanie atomu unijnymi pieniędzmi. Teoretycznie atom został w ub. r. wpisany do unijnej taksonomii określającej jakie inwestycje mogą zrównoważone środowiskowo, ale to nie znaczy, że prywatni inwestorzy nagle będą walić drzwiami i oknami do elektrowni atomowych.

Bruksela umywa ręce

De facto Komisja Europejska przyjęła strategię „nie wspieramy, ale nie zniechęcamy”. Ani jedno euro z unijnych środków nie trafiło na budowę nowych elektrowni jądrowych, ale jednocześnie Bruksela zatwierdzała wszystkie programy pomocy publicznej, które zgłaszały państwa członkowskie. Nie było ich zbyt wiele – od 2015 r. wsparcie dla atomu zatwierdzono Wielkiej Brytanii i Węgrom.

Takie podejście zawiera sporą dozę hipokryzji, bo jednocześnie Komisja Europejska sama – w raporcie z 2018 r.  – przyznaje, że „nawet jeśli energetyka atomowa może stracić swoją konkurencyjność wobec OZE w średnim terminie, to pozostaje ważnym bezemisyjnym źródłem energii”.

Raport miał przedstawić zalety przedłużenia życia istniejących elektrowni atomowych, które są już stare i bez koniecznych a drogich inwestycji po prostu nie będą mogły działać. M.in. stwierdzał, że jeśli teraz zostaną zamknięte, to późniejsze reanimowanie przemysłu jądrowego, wymagającego wysokich kwalifikacji, będzie wątpliwe.

Ogólna wymowa raportu pozostawiała czytelnika w próżni – może i lepiej byłoby mieć  energetykę atomową dłużej, ale żadnych narzędzi i sposobów, które mogłyby temu sprzyjać, raport nie zawierał. Zresztą po kilku dniach został usunięty ze stron KE.

Dlaczego tak się dzieje? Nie jest to tylko kwestia wrogości do energetyki atomowej części państw UE, choć oczywiście Bruksela musi brać to pod uwagę. Ale duże znaczenie ma też model rynku energii, który zaprojektowała i wciąż modeluje Unia Europejska. To model „szyty” pod odnawialne źródła energii, które pokazały już swój potencjał – zmniejszają koszty i zwiększają wydajność. Uzupełnieniem OZE muszą być technologie, które dają elastyczność – wchodzą szybko kiedy słońce przestaje świecić a wiatr przestaje wiać i mogą się szybko wyłączyć kiedy znowu zaczynają pracować wiatraki i fotowoltaika.

mae inwestycje2022
Inwestycje w energetykę atomową na świecie minimalnie rosną w ciągu ostatnich trzech lat, ale w porównaniu do PV czy wiatru to wciąż stagnacja

Oczywiście sprzyja temu zmienność cen na rynku – gazówki zarabiają na drogich pikach. To przyczyna dla której ostatnie lata przyniosły rozwój energetyki gazowej w zachodniej Europie – elektrownie gazowe działają jak zapalniczki, wydawały się idealnym uzupełnieniem OZE. W przyszłości gaz ziemny ma zostać zastąpiony przez wodór, magazyny energii i inne technologie. Elektrownie atomowe są tak kapitałochłonne, że ich budowa ma sens ekonomiczny tylko wtedy jeśli pracują maksymalną liczbę godzin w roku, a tego póki co model rynku w UE zapewnić nie może.

Ile musi pracować atomówka?

Elektrownie atomowe generacji III plus były projektowane żeby pracować w podstawie, przez 8 tys. godzin w roku. Nikt nie zbuduje elektrowni atomowej za 6 mld euro, po to by pracowała przez dwa czy cztery tysiące godzin w roku, rok ma ich 8760, zresztą technicznie nie jest przygotowana do tego żeby po podjeżdżać i zjeżdżać po kilkanaście razy w tygodniu. Przy czym nie zmienia to wcale faktu, że energia atomowa jest stosunkowo tania, bo koszty zmienne są niewielkie. Istnieje też długo, kilkadziesiąt lat. Zniechęcające są jednak koszty kapitału, a pożyczkodawcy oczekują szybkiej spłaty, zwykle do 15 lat.

Małe reaktory, o których tak głośno ostatnio w Polsce, istnieją na razie wyłącznie na prezentacjach.  Nie zajmujemy się więc nimi w tym tekście.

Czytaj także: Rząd wybrał Amerykanów jako partnera do elektrowni jądrowej. Na Twitterze

Wojna sprawiła, że UE jeszcze szybciej chce rozwijać OZE, a jednocześnie nikt nie myśli o szybszym zamykaniu bloków węglowych czy gazowych, bo są potrzebne.

Poza krajami Europy Środkowej nie widać w UE chętnych do budowy. Francuski rząd powtarza, że będą budować, zresztą głównie w czasie każdej kampanią wyborczą, ale póki co projektów nie widać.

O budowie nowej elektrowni atomowej zaczęli myśleć Holendrzy, trwają prace analityczne, zobaczymy co z tego wyniknie. Finowie, którzy mają bolesne doświadczenia z budową elektrowni w Olkiluoto, opóźnioną przez Francuzów o 15 lat, po wybuchu wojny zrezygnowali z budowy kolejnej w Hanhikivi. Reaktor miał być rosyjski, ale fiński inwestor nawet nie ogłosił, że będzie szukał nowego dostawcy. Być może zniechęciły go, a jakże, opóźnienia.

Czy zatem rzeczywiście wielkie elektrownie atomowe nie mają przyszłości? Tego nie sposób dziś przesądzać, wojna i kryzys energetyczny mogą zmienić podejście w kilku innych krajach europejskich.

Atom z wodorem w jednym stali domku?

Paradoksalnie energetyce jądrowej może pomóc nowy Św. Graal europejskiej energetyki czyli wodór. Wedle planów UE, produkcja wodoru, który ma być uniwersalnym paliwem przyszłości, ma się odbywać przede wszystkim w elektrolizerach zasilanych OZE.

Produkcja wodoru w elektrowniach atomowych może poprawić ich rentowność. Analitycy znanej firmy doradczej Aurora Energy uważają, że w Polsce dzięki produkcji wodoru elektrownie jądrowe mogłyby zwiększyć wykorzystanie (tzw. capacity factor) z 56 proc. do 86 proc. Po prostu wtedy gdy wiatraki i fotowoltaika pracują pełną parą, to atomówki zamiast stać produkowałyby wodór.

Czytaj także: Rząd wypisał atomowy czek in blanco

Problem w tym, że łatwiej dziś znaleźć chętnych, prywatnych inwestorów do inwestycji w sam wodór niż w wielkoskalową energetykę atomową. Poza tym energetyka oparta na wodorze także jest na razie tylko planem i nie brakuje sceptyków, którzy uważają, że to się nie uda. UE założyła się sama z sobą, że na czas będą gotowe technologie, które umożliwią transformację energetyczną. Jeśli ich nie będzie, to transformacja się opóźni.

Czytelnik może jednak zapytać, czy autor tego tekstu zobaczył dziś sens budowy elektrowni atomowej w Polsce, którego nie widział dwa lata temu. WysokieNapiecie.pl to wprawdzie nie „The Economist”, ale jeśli zmienimy zdanie, to wyjaśnimy Czytelnikom dlaczego. Póki co jest wciąż więcej znaków zapytania niż odpowiedzi.

Sens budowy elektrowni atomowej zależy przede wszystkim od przyjętego modelu finansowania, kosztu kapitału i roli państwa. To jednak kolejny wątek, do którego wrócimy już wkrótce.

BGK przygotowuje się do nowego wsparcia właścicieli domów wielorodzinnych, którzy zainwestują w OZE. Można sfinansować nawet połowę wartości inwestycji
Spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe dostaną wreszcie wyższe dotacje do OZE
Zielone technologie rozwijają:
Piętnaście państw UE, w tym Polska, chce wprowadzenia maksymalnych cen na gaz importowany m.in z Kataru, USA i Norwegii. Przeciw są Niemcy i Holandia, a kraje eksportujące gaz ostrzegają, że sprzedadzą go gdzie indziej.
Cena gazu
Cena gazu