Hamlet z elektrowni

Hamlet z elektrowni

Budować, nie budować...Od 2007 r. energetycy ostrzegali, że bez nowych elektrowni będzie blackout. Teraz okazuje się, że nie opłaca się ich stawiać.

Za kilka lat grozi nam blackout - powtarzali przez ostatnie lata energetycy. Powstało na ten temat wiele rozmaitych, mniej lub bardziej wartościowych raportów, firmowanych przez firmy energetyczne bądź doradcze lub rząd. Te obawy nie wzięły się znikąd. W ciągu następnych trzech, czterech lat elektrownie wybudowane w PRL, w czasach Edwarda Gierka, a nawet Władysława Gomułki, zakończą swój pracowity żywot. Wciąż nie wiadomo ile dokładnie bloków energetycznych trzeba będzie wyłączyć, ale co najmniej kilka tysięcy megawatów spośród 32 tys. MW istniejących dziś w naszym kraju. Na emeryturę przejdą m.in. najstarsze bloki w Turowie i Rybniku.

Na ich miejsce miały powstać nowe, bardziej wydajne, czyli, mówiąc językiem energetyków, o większej sprawności. Niestety, zamiast „power plant”, jak po angielsku nazywa się elektrownia, mamy na razie „power point”. Bo nowe, wspaniałe siłownie istnieją dziś przede wszystkim w prezentacjach firm. Ruszyła budowa trzech. W Kozienicach elektrownię na węgiel o mocy 1000 MW (6 mld zł) buduje państwowa Enea, w Stalowej Woli gazową elektrociepłownię o mocy 600 MW - państwowe Tauron i PGNiG (2,8 mld zł). A w Rybniku latem zeszłego roku budowę nowej elektrowni rozpoczął francuski EDF.

Ale wiele nie zdążył zbudować, bo kilkanaście dni temu francuski koncern ogłosił, że ją zawiesza. Oficjalnie na trzy miesiące. Zaś energetycy z państwowych firm, choć oficjalnie prezentują urzędowy optymizm, po cichu mówią, że nowe siłownie budują, bo naciska na to resort skarbu, jednak z analiz wynika, że najlepiej byłoby ich nie budować, bo one się po prostu nie opłacają.

Co się stało? Przyczyn jest kilka.

Po pierwsze kryzys.

Nasza gospodarka traci impet. PKB rośnie coraz wolniej, fabryki zmniejszają produkcję i zwalniają ludzi. A zużycie prądu jest ściśle powiązane z PKB - od 2011 r. produkcja energii spadła o ponad 2 proc.] Nic dziwnego, że ceny energii na rynku hurtowym są bardzo niskie.

Jeszcze na początku roku jedna megawatodzina prądu z dostawą w 2013 r. (tyle przeciętna polska rodzina zużywa w ciągu pół roku) kosztowała na giełdzie energii ok. 215 zł. Dziś kosztuje już 170 zł. Na rynku spotowym, na którym handluje się prądem, z dnia na dzień ceny spadły jeszcze niżej - do niecałych 170 zł. Takich cen nie było od 2009 r. Tymczasem tylko w latach 2010 i 2011 inflacja wyniosła 6,9 proc. W 2012 r. ceny detaliczne już wzrosły o 2,6 proc. Na giełdzie zawiera się już umowy dostawy na 2014 r. i ceny są poniżej 170 zł. 2013 rok jest pierwszym od wielu lat, w którym Urząd Regulacji Energetyki nie pozwolił  czterem państwowym firmom na podwyżki cen dostaw prądu (nieznacznie wzrosły tylko opłaty za dystrybucję).

Spaść powinny więc też ceny węgla kamiennego, ale na razie spółki węglowe korzystają z tego, że zawierały kontrakty na dwa, trzy lata i nie palą się do obniżek cen. Zaś energetykom panika zagląda do kotłów. - Przy takich cenach budowa nowych elektrowni się po prostu nie opłaca - mówią zgodnie menedżerowie z kilku z firm energetycznych. Niektórzy twierdzą, że  w tej chwili rentowna jest tylko elektrownia w Bełchatowie, pracująca na tańszym węglu brunatnym, reszta – na węglu kamiennym - wychodzi na zero albo jest na minusie. 

Gdy PGE ogłosiła przetarg na nowy blok w Turowie o mocy 460 MW, jego cenę obliczyła na 2,5  mld zł.  Analizy  pokazywały, że przy tej lub odrobinę wyższej cenie, nowa siłownia będzie opłacalna. Ale dwa konsorcja firmy, które Turów chciały zbudować zaproponowały ceny powyżej 4 mld zł. W takiej sytuacji przetarg trzeba będzie powtórzyć. Budowa kolejnej siłowni się odwlecze.

Powód drugi, czyli przepisy

Do chaosu na rynku energii dołożył się rząd. Z ust ministrów płyną nieustannie słowa zachęty i rytualne  zapewnienia o potrzebie inwestycji w nowe elektrownie, które mają być kolejnym kołem zamachowym gospodarki. Energetyka jest branżą wyjątkowo silnie regulowaną przez państwo i dlatego wrażliwą na zmiany. Tymczasem od ponad roku trwają prace nad ustawami, które określą kształt polskiej energetyki na najbliższe lata. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, co się z nich wykluje przybiorą, bo ścierają się rozmaite interesy. Zagraniczni inwestorzy wprost mówią, że mają dość tego chaosu. Francuzi z EDF chcieli, żeby ich nowy blok w Rybniku  spalał węgiel razem z biomasą. Dziś jest to najtańszy sposób pozyskiwania odnawialnej energii, ale rząd nie może się zdecydować czy go wspierać czy nie. EDF  wstrzymał więc budowę. Podobnie zrobili  Finowie  z Fortum w swoich elektrociepłowniach w Zabrzu i Wrocławiu. Oni denerwują się także dlatego, że nie wiadomo czy i jak rząd będzie nadal wspierał tzw. kogenerację czyli łącznie wytwarzanie prądu i ciepła.

Powód trzeci, czyli Europa

Na chaos w Polsce nakłada się bałagan w całej Europie. Unijna polityka energetyczna opierała się na dwóch filarach: budowie wspólnego ogólnounijnego rynku energii oraz silnym wsparciu odnawialnych źródeł energii. Unijni urzędnicy rozpętali żywioły nad którymi nie są w stanie zapanować.  Każdy kraj samodzielnie decyduje jak wspiera odnawialne źródła energii i ile na to wydaje pieniędzy (oczywiście z kieszeni konsumentów). Najwięcej, bo ponad 13 mld euro rocznie płacą Niemcy.

Nie można utrzymywać dwóch różnych systemów energetycznych – silnie dotowanej energetyki odnawialnej i rynkowej konwencjonalnej

Sytuacja wygląda tak: hurtowa cena energii z niemieckich farm wiatrowych i fotowoltaicznych jest niska, bo wiatr i słońce nic nie kosztują. Firmy-właściciele farm mogą być spokojni o zysk, bo i tak odbiorą swoje, gwarantowane przez przepisy, subsydia, za które płacą niemieccy konsumenci, dzięki którym zielony biznes jest opłacalny. Ale tania energia odnawialna krąży po całej zachodniej Europie i ma ogromny wpływ na rynek, zbijając ceny. Prąd ma niestety to do siebie, że nie można go magazynować, a w szczycie (kiedy potrzeba go najwięcej czyli np. wieczorem) kosztuje znacznie więcej niż w tzw. dolinie czyli np. w nocy. Sama energia odnawialna to za mało żeby sprostać zapotrzebowaniu w szczycie, ale energia konwencjonalna (na węgiel, atom czy gaz) nie może istnieć tylko po to żeby produkować w szczycie, bo będzie nieopłacalna. Firmy chcą więc zamykać elektrownie gazowe, najpierw gazowe, bo są najmniej opłacalne. – Nie można utrzymywać dwóch różnych systemów energetycznych – silnie dotowanej energetyki odnawialnej i rynkowej konwencjonalnej, bo ta druga po prostu odpadnie- tłumaczą energetycy z wielkich elektrowni.

W rezultacie w krajach UE rozważa się wprowadzenie tzw. rynku mocy czyli płaceniu firmom tylko  za to iżby zechciały utrzymywać elektrownie w stanie gotowości. Zamiast coraz więcej rynku w energetyce  mamy coraz więcej państwa, ale dla Komisji Europejskiej byłaby to ogromna porażka.  Każde państwo będzie płaciło inną dotację firmom utrzymującą elektrownie, więc to rozwali rynek do reszty. – W rezultacie kraje odgrodzą się od siebie, pobudują przesuwniki fazowe czyli urządzenia służące do odpychania energii z sąsiednich krajów i to będzie koniec marzeń o wspólnym rynku- ponuro przewiduje menedżer jednej z firm.

Na ile to co się dzieje w Europie wpływa na Polskę? Jesteśmy częścią Unii, a połączeń z Niemcami będzie coraz więcej. - Obecnie nie da się kompletnie nic przewidzieć, za dużo jest niepewności żeby inwestować miliardy euro. Ale ogólnie rzecz biorąc to perspektywy dla energetyki konwencjonalnej w Europie są kiepskie - mówi inny wysokiej rangi menedżer.

Czy zatem za kilka lat zabraknie nam energii? Odpowiedź znajdziemy w starej żydowskiej anegdocie. Do rabina przychodzi energetyk-optymista i mówi: Prądu będzie dosyć, bo przecież powstaną łączniki z sąsiadami, więc łatwo będzie ją importować w razie braku. Poza tym prędzej czy później kryzys się skończy, popyt na prąd wzrośnie i ceny pójdą w górę, więc nowe elektrownie powstaną. – Masz rację - mówi rabin.
- Ależ rebe- ripostuje energetyk-pesymista- Przecież w obecnej sytuacji u naszych sąsiadów w szczytach także może energii brakować, poza tym nie ma żadnej gwarancji, że ceny pójdą w górę i budowa elektrowni będzie opłacalna. A nawet jeśli, to buduje się ją kilka lat, gdzież więc gwarancja, że np. którejś zimy w 2018 czy 2019 roku prądu wieczorem nie zabraknie i nie trzeba będzie ogłaszać stopni zasilania jak w PRL?
- Masz rację – mówi mu rabin.
- Przecież obaj nie mogą mieć racji – zapyta rabina postronny słuchacz. Na co usłyszałby odpowiedź – I ty także masz rację.

Zobacz także...

Komentarze

Patronat honorowy

Partnerzy portalu

PSE