Menu
Patronat honorowy Patronage

PGNiG grożą poważne kłopoty

Uwalnianie polskiego rynku gazu dopiero się zaczęło, a już wymyka się spod kontroli na tyle, źe pozycja PGNiG w perspektywie najbliższych lat wydaje się zagrożona. Receptą okaże się podział koncernu?

 Uwalnianie polskiego rynku gazu dopiero się zaczęło, a już wymyka się spod kontroli na tyle, źe pozycja PGNiG w perspektywie najbliższych lat wydaje się zagrożona. Receptą okaże się podział koncernu?

Prezes Urzędu Regulacji Energetyki, Maciej Bando, zwrócił ostatnio uwagę, że PGNiG powinno rozpocząć starania o to, by uwolnić się od ciążącego na nim balastu. Szef URE jako największy problem wskazał wieloletnie kontrakty na zakupy gazu w formule take-or pay (czyli odbieraj albo płać, co oznacza, że nawet jeśli całkowicie zrezygnuje się z dostaw, to i tak trzeba je w większości opłacić).

 – Mamy na rynku za dużo drogiego gazu, kontrakty (jamalski i katarski – red.) były zawierane w zupełnie innej sytuacji geopolitycznej. Zapowiadano rozwój energetyki gazowej w naszym kraju – wyjaśniał Maciej Bando.

Zasugerował, że PGNiG powinno rozważyć na przykład częściowe wykupienie tych kontraktów. Problem w tym, że z punktu widzenia spółki byłaby to tylko zamiana zobowiązania wobec Gazpromu czy Quatargasu na dług w instytucjach finansowych. Trudno przecież wyobrazić sobie inne źródło pieniędzy na taką transakcję.

– Starania, by rozwiązać kontrakt jamalski, trwają już od pewnego czasu. Nacisk idzie z kilku stron. Ale w wersji zasugerowanej przez prezesa URE nie jest to możliwe. Taki kontrakt można próbować przenegocjować z drugą stroną, albo go zerwać, licząc się z konsekwencjami niedotrzymania międzynarodowych kontraktów. Możemy też jako Polska w każdej chwili po prostu przestać odbierać gaz z Rosji, ale to byłby już absurd – i tak trzeba zapłacić, a gaz kupić skąd indziej – zauważa ekspert paliwowy Andrzej Szczęśniak.

Polscy konsumenci na tle innych Europejczyków płacą relatywnie drogo. To efekt tego, że jedynym zewnętrznym dostawcą jest Gazprom. Model biznesowy PGNiG opiera się na tym, że dzięki tańszemu krajowemu wydobyciu (zaspokaja ono ok. 30 proc. zapotrzebowania) można obniżyć ostateczną cenę sprzedaży.

To zjawisko nazywa się subsydiowaniem skrośnym, pisaliśmy o nim tutaj: Polska zależna od gazu z Rosji? Sami go dotujemy

Z resztą same kontrakty gazowe z Rosjanami i Katarczykami to tylko jeden z problemów piętrzących się ostatnio przed PGNiG. Jak zwrócił uwagę Maciej Bando, to jedyna w kraju spółka, której statut mówi, że jej priorytetem jest troska o bezpieczeństwo energetyczne kraju. I jako jedyna ponosi tego koszty.

I tu Andrzej Szczęśniak się z nim zgadza. – Choć statutowo PGNiG jest gwarantem bezpieczeństwa, to nigdzie w polityce państwa nie ma zapisanego celu, że spółka ma być konkurencyjna i silna. A powinna – zaznacza ekspert.

Dotychczas PGNiG było relatywnie silne, bo dostawało coś za coś: w zamian za zarządzanie dostawami gazu dostawało rynkowy monopol, a wraz z nim gwarancję zbytu po taryfowanych stawkach, możliwość przerzucenia kosztu na odbiorców i niskie podatki od krajowego wydobycia. Jednak teraz priorytetem staje się wymuszane przez UE uwolnienie rynku (choć coraz więcej wskazuje, że jako kraj nie bardzo wiemy, jak ten temat ugryźć), a wszystkie obowiązki „wiszące” na PGNiG pozostają.

Więcej o rosnącej presji konkurencyjnej na rynku gazu: AAA gaz tanio sprzedam – ilu odbiorców straci PGNiG?

– Teraz chodzi przede wszystkim o to, jak otworzyć polski rynek tak, by ochronić przed upadkiem PGNiG, które jest związane kontraktami podpisywanymi ze względów nie zawsze czysto biznesowych. Państwo polskie jest w tej sprawie pęknięte, administracja publiczna realizuje sprzeczne cele, co wydaje się schizofreniczne. Czy chcemy mieć wolny rynek, poświęcając PGNiG, które jak tak dalej będziemy postępować, zbankrutuje? – pyta retorycznie Andrzej Szczęśniak.

 Co administracja zafundowała dotychczas PGNiG i rynkowi:

  • Niedopasowane do realiów obligo giełdowe

W ramach prób liberalizowania rynku wprowadzono w Polsce obligo giełdowe. Na jego mocy 2013 r. w przez giełdę miało przejść 30% gazu sprzedawanego przez PGNiG, w bieżącym – 40%, a już w 2015 roku odsetek ten wzrośnie do 55%. Dotychczas spółka wywiązuje się z ustawowego obowiązku w 2-3%. I dobrze wiadomo, że w tym roku też normy nie wyrobi.

W teorii URE powinien więc nałożyć surową karę. Czy faktycznie to zrobi? Regulator będzie musiał podjąć iście salomonową decyzję. Od samego początku dobrze przecież wiadomo, że przepisy o obligu gazowym miały się nijak do rzeczywistości. Na rynku gazu nie ma płynności i jeszcze przez jakiś czas nie będzie jej na wystarczającą skalę. Dotychczasowa struktura taryf dla PGNiG sprawiła, że nowym pośrednikom nie opłaciło się wejść na rynek gazu. Nawet po wydzieleniu z PGNiG SA spółki PGNiG Obrót Detaliczny i przeniesieniu do niej niemal wszystkich klientów (dzięki temu obie spółki będą mogły handlować gazem między sobą za pośrednictwem giełdy), to jeszcze nie pozwoli na wywiązanie się obliga w 2014 r.

W całym tym galimatiasie URE ma dwie opcje. Jeśli nałoży karę na PGNiG, to spółka poniesie konsekwencje błędnych decyzji rządu i parlamentu. A jeśli regulator kary nie nałoży, uznając, że to nie PGNiG tu zawinił, to tak jakby przyznał, że forsowane przez rząd przepisy o obligu giełdowym w takim kształcie jak weszły od samego początku nie miały sensu.

Którą ścieżkę wybierze Maciej Bando? – Gdyby dzisiaj ktoś spytał mnie w jakiej skali obligo powinno istnieć, to byłoby ono znacznie mniejsze niż jest dzisiaj – odpowiada tylko szef URE. To istotna zmiana stanowiska regulatora. Poprzednik prezesa bando – Marek Woszczyk – był jednym z największych orędowników wysokiego, nawet 70 proc., obliga.

  • Ograniczenie dominującej pozycji PGNiG w obrocie gazem

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów pod koniec 2013 r. zobowiązał PGNiG do tego, by jego umowy z klientami stały się bardziej elastyczne. Urząd antymonopolowy promuje konkurencję. Jego celem jest ułatwienie zmiany sprzedawcy gazu, zlikwidowanie wpisanych wcześniej w umowy ograniczeń na odsprzedaż surowca kupionego wcześniej od PGNiG, czy zniesienie stałych wolumenów gazu, które klient ma odbierać od koncernu. Dla PGNiG oznacza to tylko jedno: prawdopodobną utratę udziałów w rynku. Tymczasem wydatków przybywa.

  • Nowe podatki

Poszukiwanie i wydobycie ropy i gazu w Polsce są obłożone wieloma podatkami i opłatami, a w Sejmie toczą się prace nad wprowadzeniem kolejnej daniny – specjalnego podatku węglowodorowego. Prawdopodobnie od stycznia 2015 r. wejdą w życie przepisy mówiące, że od 2020 r. spółka będzie musiała odprowadzać do budżetu 25 proc. zysku z wydobycia. I będzie to dotyczyć zarówno nowych złóż, jak i tych, które są dziś eksploatowane. Do tego trzeba będzie dołożyć podatek od wartości wydobytego surowca i podwyższone opłaty eksploatacyjne, które wprowadzają wchodzące w pakietu ustaw łupkowych zmiany w Prawie geologicznym i górniczym. Spółka wraz z doradcami szacuje, że suma podatków naliczanych  tytułu krajowego wydobycia może przekroczyć zyski ze sprzedaży tego gazu.

Wszystkie te nowe daniny, jeśli wejdą w życie w planowanym dziś kształcie, od 2020 r. będą obniżać EBITDA (zysk operacyjny pomniejszony o amortyzację) PGNiG o 1,2 mld zł rocznie. Dla porównania w 2013 r. spółka wypracowała EBITDA wynoszący 5,6 mld zł.

  • Finansowanie terminala LNG

Powstający w bólach i nastawiony na odbiór katarskiego gazu terminal w Świnoujściu nie będzie funkcjonował za darmo. Koszty jego eksploatacji szacuje się na 450 mln zł rocznie. Model finansowania opiera się na prostym założeniu: wydatki będą pokrywane z opłat za regazyfikację pobieranych od firm korzystających z terminala. Na razie lista firm mających umowę na tę usługę składa się z tylko jednej pozycji: to PGNiG, które zarezerwowało 65 proc. mocy terminalu.

Pisaliśmy o tym, że to wcale nie musi się zmienić: Pusty gazoport opłaci się najbardziej

  • Problematyczne rozporządzenie dywersyfikacyjne.

O kolejnym prawnym problemie spółki przeczytasz tutaj: Gazowa dywersyfikacja zamieniła się w dywersyFIKCJĘ.

To jedna z tych sytuacji, w których mówi się: jeśli rzeczywistość nie chce się dostosować do krajowych przepisów, tym gorzej dla rzeczywistości. PGNiG, podobnie jak inni importerzy gazu nie mają szans dziś szans dostosować się do tych przepisów. Toczą się kolejne postępowania administracyjne i procesy w sądach.

Podsumowując – w efekcie szeregu zmian prawnych i administracyjnych, które następują w ostatnich miesiącach, przed PGNiG rysuje się coraz bardziej ponura perspektywa. W horyzoncie kilkuletnim spółce zagrażają:

  • utrata rynku na poziomie hurtowym i detalicznym, nawet do poziomu oznaczającego problem z wywiązaniem się z kontraktów take-or-pay, czyli płacenie za nieodebrany z zewnątrz gaz,
  • utrata marż i przychodów,
  • cięcie pieniędzy na inwestycje, problemy ze sprostaniem oczekiwaniom takim jak np. poszukiwania gazu łupkowego,
  • mniejsze nakłady na rozwój i utrzymanie krajowych złóż, a w efekcie spadek wydobycia na terenie Polski o 4-7 proc. rocznie.

Ostatnie raporty domów maklerskich pokazują, że jeszcze 2014 r. będzie dla spółki relatywnie korzystny pod względem wyników finansowych. Natomiast w oczekiwaniach na przyszły rok pojawia się coraz więcej dysproporcji. Coraz częściej wśród analityków można spotkać się z opiniami, że nie wiadomo dokąd liberalizacja rynku doprowadzi PGNiG.

Ten problem nie jest dla polityków i przedstawicieli administracji specjalną nowością. Wicepremier i minister gospodarki Janusz Piechociński zapowiedział w ostatnich dniach, że okienko negocjacyjne, które dla PGNiG pojawia się w listopadzie 2014 r., zostanie wykorzystane do renegocjacji warunków kontraktu jamalskiego.

– Będę namawiał PGNiG, by jak najszybciej przedstawił rozwiązania systemowe, które pozwolą wyjść z obecnej sytuacji. Jest cały szereg spraw, które muszą zostać przejrzane, przedyskutowane i prawdopodobnie zmienione. Chodzi o rozwiązania, które pozwolą PGNiG wykonać decyzję UOKiK. Trzeba przejrzeć też kwestie obliga giełdowego, kontraktów długoterminowych – wymienił Maciej Bando.

– Spółka aktywnie podchodzi do procesu liberalizacji i w tym kontekście prowadzi analizy dotyczące możliwych sposobów pogodzenia tego procesu z zawartymi, historycznymi kontraktami długoterminowymi. Celem analizowanych scenariuszy działania ma być ścieżka dojścia od stanu, w którym PGNiG był podstawowym narzędziem polityki państwa w zakresie bezpieczeństwa dostaw, do stanu postulowanego, w którym PGNiG będzie uczestnikiem rynku działającym na równych zasadach ze swoimi konkurentami – odpowiada dyplomatycznie PGNiG.

Co faktycznie można zrobić?

Przedstawiciele firm doradczych sugerują, by popatrzeć na rynek energii elektrycznej. Tam najpierw rozwiązano kwestię kontraktów długoterminowych, tzw. KDT-ów, a dopiero później ruszono z liberalizacją. Jednak przykładanie kalek nie jest dobrym sposobem na rynku gazu. Długoterminowi dostawcy w przypadku PGNiG to nie są siostrzane państwowe spółki, tylko zagraniczne koncerny. W konfrontacji z nimi jako kraj nie mamy wystarczającej pozycji przetargowej, by móc stawiać warunki.

Z resztą już sam przypadek obliga giełdowego pokazuje, że to co udało się w sektorze energii elektrycznej, wcale nie musi udać się w przypadku gazu. Na rynku energii było dużo obaw przed wprowadzeniem obliga, ale kiedy już się pojawiło, udało się wdrożyć dość sprawnie. Na rynku gazu mamy zupełnie inną strukturę obrotu, jednego dominującego sprzedawcę, a do tego ustawodawcy podkręcili tempo zmian dużo mocniej, niż wcześniej widzieliśmy wśród wytwórców energii.

Polityka powinna wspierać

– Strategia gospodarcza kraju wobec rynku gazowego powinna być oparta na wzorze niemieckim. Biznes dostaje jasne reguły gry, wyznacza strategiczne cele, a politycy je wspierają. U nas mamy odwrotnie, bo biznes jest niszczony przez politykę – podsumowuje Andrzej Szczęśniak.

Według naszych informacji, jedną z propozycji w dyskusji o przyszłości PGNiG może stać się podział koncernu.

– W otoczeniu prawnym i administracyjnym spółki zmienia się tak dużo, że nie da się dłużej mówić o konkurowaniu na rynku przy jednoczesnej odpowiedzialności za bezpieczeństwo tego rynku. Jeśli PGNiG jako jedyne ma być narzędziem realizacji polityki energetycznej państwa, to nie będzie w stanie biznesowo równać się z firmami, które takiej funkcji nie pełnią. Musi pojawić się jakiś sposób na rozdzielenie działalności komercyjnej od zapewniania bezpieczeństwa. Albo jedno, albo drugie – mówi ekspert zbliżony do sektora gazowego.

Problem w tym, że do przyszłorocznych wyborów PGNiG z pewnością nie stanie na skraju bankructwa. W związku z tym szanse na to, by rząd skupił się na jej narastających problemach są nikłe. Jak pokazuje przykład Kompanii Węglowej, dopiero kilkaset milionów rocznej straty, widmo bankructwa i zagrożenie tysięcy miejsc pracy, stają się impulsem do realnych działań. A w przypadku PGNiG upływający czas działa na niekorzyść spółki, ponieważ firm, które chciałyby odciąć dla siebie kawałek tego tortu, jakim jest krajowy rynek gazu nie brakuje już dziś, a z pewnością będzie jeszcze przybywać.

Mimo wniosku NIK do premiera, Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju nie chce przyjmować osobnej ustawy ułatwiającej budowę energetycznych sieci przesyłowych. Zamiast tego ułatwienia miałby się znaleźć w Kodeksie urbanistyczno-budowlanym, nad którym prace mogą trwać latami.

Ustawa o odnawialnych źródłach energii (OZE) została przyjęta przez Radę Ministrów 8 kwietnia, ale nadal toczą się nad nią rządowe prace. Wczoraj upłynął termin na zgłaszanie kolejnych poprawek, jeżeli nie wpłynęły – ustawa będzie mogła trafić do Sejmu.