Inwestujący w morskie wiatraki rozczarowani. Czy ktoś zrezygnuje z projektu?

Inwestujący w morskie wiatraki rozczarowani. Czy ktoś zrezygnuje z projektu?

Ministerstwo Klimatu i Środowiska opublikowało maksymalną cenę prądu z farm wiatrowych na morzu. 319 zł i 60 gr to sporo mniej niż oczekiwały firmy inwestujące w wiatr na Bałtyku

Znamy już wszystkie parametry potrzebne do uruchomienia pierwszej fazy największego współczesnego projektu polskiej energetyki - wartej ponad 100 mld zł budowy morskich farm wiatrowych. Minister Klimatu i Środowiska podpisał rozporządzenie określające cenę maksymalną dla kontraktu różnicowego, który dostaną inwestorzy. Kontrakty - standardowa w UE forma wsparcia- mają "wyrównać" różnicę między ceną rynkową prądu  a kosztami pionierskich, najtrudniejszych projektów. Przyznaje je Urząd Regulacji Energetyki, a kontroluje i zatwierdza Komisja Europejska.

Żeby wyznaczyć cenę, urzędnicy muszą określić kluczowe parametry rozporządzenia. Są tam.in. koszt kapitału, produktywność farm wiatrowych i kurs euro (większość kosztów inwestorzy poniosą w tej właśnie walucie). To pierwszy i ostatni raz, kiedy cenę maksymalną bezpośrednio wyznaczy minister, kolejne farmy na morzu będą rywalizować o cenę już w aukcjach.

Czytaj także: Rząd kontra inwestorzy.Koński targ o cenę dla morskich wiatraków

319 zł i 60 gr to trochę więcej niż zakładane przez  resort klimatu w pierwszym projekcie 301 zł. Ale mniej niż proponowało Ministerstwo Aktywów Państwowych (325 zł) i dużo mniej niż zakładali inwestorzy. Nie wszyscy chcieli pokazać swoje koszty, ale np. PKN Orlen zakładał 350 zł, a jego partner Northland Power - nawet 363 zł. Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej uważa, że cena maksymalna powinna wynosić od 363 do 372 zł za MWh.

Na rozporządzenie czekaliśmy miesiąc od opublikowania pierwszego projektu. Gdy resort klimatu wyznaczył cenę mógł już teoretycznie znać  wszystkie koszty, które opisali inwestorzy we wnioskach  Być może resort chciał poznać  wnioski wysłane już do URE i kalkulować cenę na ich podstawie.

Do Urzędu Regulacji Energetyki wpłynęło bowiem 9 wniosków od podmiotów ubiegających się o wsparcie w tzw. pierwszej fazie - poinformował URE w mediach społecznościowych. Termin zgłaszania wniosków mija 31 marca.

W pierwszej fazie URE wydaje  wstępną decyzję potwierdzającą, że inwestor może ubiegać się o wsparcie, bo jego koszty są wyższe niż obecna rynkowa cena prądu. Potem kontrakty weźmie pod lupę uzyskać też zgodę Komisji Europejskiej. URE może obniżyć cenę także później, gdy okaże się, że koszty inwestorów były niższe niż zakładane.

Czytaj także:Bitwa o cenę dla morskich wiatraków. Inwestorzy mówią, że rząd proponuje za mało

Pojawia się tajemniczy wniosek

Urząd nie podaje nazw firm, które złożyły wnioski. Tymczasem wpłynął o jeden wniosek więcej, niż wynika z  wcześniejszych założeń. W ustawie o offshore  wymieniono 8 obszarów, w granicach których mogą zostać zlokalizowane farmy wiatrowe zgłaszane do wsparcia w pierwszej fazie. W ocenie skutków regulacji do projektu były też wymienione konkretne farmy. PGE/Orsted zgłosiły dwa projekty: Baltica 2 i Baltica 3,  dwa projekty zgłosiły też Polenergia/Equinor (Bałtyk II i Bałtyk III), PKN Orlen/Northland Power zgłosiły projekt Baltic Power - potwierdził portal WysokieNapiecie.pl.

RWE informowało na początku tego roku inwestorów, że zgłosi do wsparcia FEW Baltic II o mocy 350 MW. Projekt ten ma już umowę przyłączeniową. RWE stara się też o pozwolenie środowiskowe dla tej farmy, która jako jedyna do tej pory wymaga postępowania w sprawie transgranicznego oddziaływania na środowisko. To może wydłużyć procedurę. RWE ma w planach ponadto dwa projekty w Polsce: Sharco II i Sharco V, o łącznej mocy 1 GW. Te projekty są na razie na wczesnym etapie.

Z kolei spółka Ocean Winds (EDPR/Engie) rozwija teraz tylko dwie morskie farmy w naszej części Bałtyku:  B Wind i C Wind. Nie mają one ani umowy przyłączeniowej, ani decyzji środowiskowej.

Ile to będzie mocy?

Łączna moc tych 8 projektów to niemal 5,9 GW czyli tyle, ile dokładnie przewidziano do wsparcia w pierwszej fazie. Albo więc ktoś podzielił swój projekt i złożył dodatkowy wniosek, albo znalazł się dodatkowy chętny, co jest mało prawdopodobne, bo w ustawie wyraźnie zaznaczono obszary kwalifikujące się do wsparcia.

Na dalszych etapach inwestorzy mogą zmniejszyć planowane moce. Praktyka pokazuje, że w stosunku do pozwoleń lokalizacyjnych podczas budowy farmy moce zmniejszają się o około 25 proc.  Widać już na przykładzie Polenergii/Equinora, że projekty ulegają zmianie. Dwie najbardziej zaawansowane farmy Bałtyk II i Bałtyk III zostały ponownie zgłoszone do uzyskania decyzji środowiskowych, ponieważ inwestor zdecydował się inaczej podzielić projekt. Spółki wystąpiły też o aneksy do umów przyłączeniowych z PSE. Planowana moc  to 1,44 GW (dwa razy po 720 MW, a nie jak wcześniej 1,2 GW i 240 MW). Natomiast na etapie pozwolenia lokalizacyjnego było to 2,4 GW.

Ministerstwo Klimatu i Środowiska szacuje natomiast, że do 2026 roku powstanie 2,6 GW mocy zainstalowanej w morskich farmach wiatrowych. Tak zapisano w Krajowym Planie Odbudowy. "Należy wskazać że liczba ta została oszacowana na podstawie dostępnych informacji opublikowanych przez inwestorów, którzy planują realizację projektów morskich farm wiatrowych" - wyjaśnił resort.

Być albo nie być- oto jest pytanie

Inwestorzy mają teraz trudny orzech do zgryzienia. Wiadomo, że kalkulowali, że cena maksymalna będzie wyższa. - Rząd mógł dać obecną cenę rynkową z kontraktów na przyszły rok czyli 300 zł i dorzucić 35 jako koszty przyłącza, które musimy pokryć, to byłoby w porządku.  Zabiegaliśmy bardzo długo o to, że w pierwszym etapie nie było aukcji, żeby zmniejszyć ryzyko jakie na siebie bierzemy, a okazało się, że rząd i tak przerzucił je w całości na nas - zżyma się menedżer jednej ze spółek.

Spółki skarbu państwa czyli PGE i PKN Orlen są w najgorszej sytuacji, bo rezygnacja z flagowego rządowego projektu byłaby bardzo źle widziana. Ale nawet jeśli "zamkną oczy i pomyślą o Ojczyźnie" to mają zagranicznych partnerów, którzy bardzo starannie liczą koszty, a w umowach mają wpisane klauzule umożliwiające rezygnację z projektów jeśli stopa zwrotu będzie za mała. Z kolei polskie spółki są za małe i brak im doświadczenia, żeby realizować tak wielkie projekty. Jeśli Orsted, Northland Power czy Equinor  uznają, że ryzyko jest za duże i wycofają się z projektów, to polskie spółki zostaną na lodzie. Ale w resorcie klimatu jest przekonanie, że nic złego się wydarzy.  - Nie boję się. To dobra cena- skwitował nasze wątpliwości urzędnik ministerstwa.

Kluczowe znaczenie będzie miał kurs złotego w ciągu najbliższych lat, w których firmy będą kupować za granicą najdroższe elementy, zwłaszcza turbiny wiatrowe. Zbicie ceny do minimalnego poziomu będzie miało oczywiście pozytywny wpływ na kieszenie odbiorców, ale ambitne plany stworzenia krajowego przemysłu offshore będą dużo trudniejsze. Inwestorzy będą dusić koszty i nakłonienie ich do zakupów u nowych, polskich dostawców będzie dużo trudniejsze.

Zielone technologie rozwijają

Zobacz także...

Komentarze

Patronat honorowy

Partnerzy portalu

PSE