Spis treści
Podstawowym zadaniem ministrów ds. środowiska było przyjęcie wytycznych dla unijnych negocjatorów na szczyt COP25 w Chile (2-13 grudnia 2019 r.). Najtrudniejszym wyzwaniem będzie przyjęcie zasad funkcjonowania nowego globalnego systemu handlu emisjami – ostatniego kluczowego elementu Pakietu Katowickiego. O tym, z czego wynikają trudności i dlaczego to ma niewielką szansę się udać w tym roku pisaliśmy już w czerwcu przy okazji sesji negocjacyjnej w Bonn.
Ważne jednak by odnotować, że teraz UE uzgodniła jednoznaczne opowiedzenie się za „zakończeniem mechanizmów z Protokołu z Kioto”. Chodzi o to, żeby nowy system pod Porozumieniem paryskim nie zasysał automatycznie jednostek redukcji z okresu przed 2020 r. (jednym z ich głównych dysponentów jest mocno lobbująca Brazylia). To spowodowałoby nadpodaż jednostek i w rezultacie obniżenie ich ceny od samego początku funkcjonowania nowego rynku. Na takim rozwiązaniu mógłby skorzystać m.in. tworzący się mechanizm redukcji emisji w międzynarodowym transporcie lotniczym (CORSIA). Z punktu widzenia UE nie jest to jednak pożądane rozwiązanie, bo niska cena jednostek – podobnie jak kiedyś w EU ETS – nie wymusza niezbędnych inwestycji w niskoemisyjny rozwój tego sektora. W mandacie na COP25 UE opowiada się także za zajęciem się redukcjami z transportu morskiego, choć jest to pomysł, który wywołuje negatywną reakcję Cypru.
Czytaj także: Szczyt klimatyczny ONZ: wiele się działo, ale niewiele z tego wynikło
Pozostałe ważniejsze tematy negocjacyjne to: wspólne ramy czasowe dla celów pod Porozumieniem paryskim (prawdopodobnie 5 lub 10 lat) i przegląd Warszawskiego Międzynarodowego Mechanizmu Strat i Szkód (WIM). Częścią finansową unijnego stanowiska na COP25 zajmie się w listopadzie Rada ds. Gospodarczych i Finansowych (ECOFIN).
Co to jest „aktualizacja” celów redukcji emisji CO2?
Najwięcej emocji wzbudził jednak temat zwiększenia unijnego celu na 2030 r. Mandat negocjacyjny UE określa bowiem nie tylko to, co UE chce osiągnąć na szczycie, ale także to, co w jego trakcie może mówić o swojej własnej ambicji. Na tej podstawie powstają wszystkie wypowiedzi UE, która na forum konwencji klimatycznej ONZ mówi jednym głosem w imieniu wszystkich państw członkowskich.
Przypomnijmy: do końca 2020 r. wszystkie strony Porozumienia paryskiego mają się zdecydować co zrobią ze swoimi celami na 2030 r. Dla tych państw, które już wcześniej, tak jak UE, zgłosiły swój cel na ten rok istnieją 2 opcje: aktualizacja (update) lub zgłoszenie (communication). W tym kontekście „aktualizację” odczytuje się z reguły jako zwiększenie celu, a „zgłoszenie” jako ponowne przedłożenie tego samego celu.
Do tej pory UE nie zdecydowała co z tym zrobi, choć nie jest tajemnicą, że za opcją zwiększenia opowiadała się zarówno większość państw członkowskich, jak i KE – i to w swoim starym (komisarz ds. klimatu: A. Cañete) i nowym (przewodnicząca KE: Ursula von der Leyen i jej drużyna) wydaniu. Ta ostatnia obiecała, że zwiększy dotychczasowy cel (co najmniej 40 proc.) do 50, a nawet 55 proc. Z kolei Cañete już od ubiegłego roku mówił o tym, że już obecnie przyjęta legislacja pozwala na redukcje o 45 proc. Wynika to z ubiegłorocznego podniesienia celów OZE i efektywności energetycznej z 27 proc. do 32 i 32,5 proc.
Możliwości zwiększenia celu od początku nie widziała za to Polska. Na radzie 4 października jednoznacznie poparły ją Węgry i Czechy przygotowując własną propozycję tekstową. Grupa domagała się również wykreślenia z tekstu (par. 13) odniesień do neutralności klimatycznej w 2050 r. argumentując, że ten termin nie jest uzgodniony i może być przyjęty wyłącznie na szczeblu szefów państw i rządów – czyli Rady Europejskiej. Zdaniem grupy również decyzje o celu na 2030 r. powinny zapadać na tym poziomie.
Od tej grupy, aktywnej jeszcze na czerwcowej Radzie Europejskiej, odkleiła się Estonia. Przy okazji wspierania swojej kandydatki na komisarz ds. energii estoński premier ogłosił 3 października, że jednak popiera cel neutralności klimatycznej w 2050 r. Ogólnie można mieć także wątpliwości co do Węgier, które z jednej strony poparły Polskę i Czechy ws. 2030 r., a z drugiej od czasu szczytu w Nowym Jorku otwarcie mówią, że zgadzają się na cel neutralności w 2050 r.
Klimatyczna gra półsłówek
Ostatecznie brzmienie paragrafu 11 konkluzji Rady ds. Środowiska mówi, że jednak UE będzie swój cel aktualizować:
„PODKREŚLA, że w 2020 r. UE zaktualizuje swój ustalony na poziomie krajowym wkład (NDC) zgodnie z ustaleniami zawartymi w Paryżu, biorąc pod uwagę potrzebę zwiększenia jasności, przejrzystości i zrozumiałości swojego NDC, jak uzgodniono w Katowicach. PODKREŚLA potrzebę zwiększenia globalnych wysiłków na rzecz przeciwdziałania zmianom klimatu w świetle najnowszych dostępnych danych naukowych, zwłaszcza Specjalnego Raportu IPCC ws. 1,5°C.”
Jeśli „aktualizację” rozumieć bezwzględnie jako „zwiększenie celu” to kwestię zgody Polski na wyższy cel w 2030 r. można uznać za przyklepaną. Choć nie wiadomo o ile, to za poziom wyjściowy do dyskusji można uznać te 45 proc. redukcji, które UE i tak ma osiągnąć. W takiej interpretacji pomaga też odwołanie do Raportu IPCC i to pomimo, że mówi ono o potrzebie zwiększenia wysiłków globalnych, a nie stricte unijnych. Nie bez znaczenia są także przytoczone powyżej ambicje polityczne nowej Komisji Europejskiej.
Z drugiej strony „aktualizację” w świetle zapisów tego paragrafu można, trochę na siłę, rozumieć jako doprecyzowanie zapisów w unijnym celu tak, aby ułatwić ich przejrzystość i zrozumiałość. W tym przypadku UE uzupełniłaby jedynie swój cel (NDC) o szczegóły dotyczące tego, co wchodzi w jego skład i jak zamierza go wypełnić. Powyższa realizacja tego zapisu byłaby jednak nie do przyjęcia przez większość państw UE, a ponadto mogłaby zainspirować państwa pozaunijne do podobnie kreatywnej interpretacji.
Gwoli ścisłości należy dodać, że w grze, poza „aktualizacją” i „zgłoszeniem” były także sformułowania mówiące o „przeglądzie” (review), „wzmocnieniu” (enhance) lub „znaczącym zwiększeniu” (significant increase) celu. Dwa ostatnie spotkały się jednak z oporem większej grupy państw (Bułgaria, Czechy, Chorwacja, Estonia, Grecja, Węgry, Litwa, Malta, Polska i Rumunia).
O tym, co sądzą o tych pomysłach wyższe szczeble krajowej władzy mamy szansę dowiedzieć się już wkrótce: 17-18 października na Radzie Europejskiej. Przewidziano tam dyskusję podsumowującą szczyt SG ONZ, przygotowania do COP25, jak i dyskusję ws. nowej perspektywy finansowej. Jest tam jednak także Brexit, który najprawdopodobniej zdominuje szczyt i wyhamuje jakiekolwiek poważniejsze nadzieje na postęp w unijnych negocjacjach klimatyczno-energetycznych.
Za to od listopada od tematu celu neutralności klimatycznej w 2050 r. i powiązanym z tym zwiększeniem celu na 2030 r. nie będzie już ucieczki. Świeża i ambitna Komisja Europejska ma już na samym początku zaproponować kształt Funduszu Sprawiedliwej Transformacji. Można to oczywiście traktować jako ukłon w stronę Polski, która od początku mówiła o tym rozwiązaniu jako jednym z głównych warunków zgody na unijne ambicje klimatyczne. Na radość jednak za wcześnie.
Czy wiemy czego chcemy?
Warto się zastanowić, na ile ten fundusz będzie mógł faktycznie się Polsce przysłużyć, jeśli nie będzie odpowiednio skalibrowany. Od dawna wiadomo, że o niezbędnym wsparciu dla transformacji (sprawiedliwej transformacji) mówią nie tylko Polska, ale także wiele innych państw i to niekoniecznie z grupy „nowych państw członkowskich”. Stąd m.in. można wnosić, że chętnych do czerpania korzyści funduszu z pewnością nie zabraknie, a środków i owszem – zabraknąć może. Na razie nie wiadomo nawet skąd miałyby się tam wziąć.
Ponieważ komisyjna propozycja ma być ogłoszona tak szybko, to można spokojnie założyć, ze albo już jest napisana albo jest w trakcie pisania. Stąd też kluczowe zdaje się więc wypracowanie stanowiska rządu RP i przygotowanie jego wiarygodnego uzasadnienia (wraz z liczbami) w co najmniej dwóch podstawowych kwestiach: kto i dlaczego ma być beneficjentem tego funduszu (kryterium wejścia) i jakiego rodzaju projekty będą mogły być finansowane (zamknięty katalog). Bez wyraźnego, konsekwentnego – i dodajmy – sensownego stanowiska w tej sprawie, wypracowanego jeszcze przed listopadem, przy podziale finansowego tortu Polska może ostatecznie obejść się smakiem. Mówienie o wspieraniu regionów węglowych i różnych punktach wyjściowych już po prostu nie wystarczy. Trzeba jak najszybciej zacząć rozmawiać o konkretach i ich szczegółach – z komisją i z innymi państwami i być do tych rozmów doskonale przygotowanymi.
Z pewnością nie pomaga Polsce, jako potencjalnemu beneficjentowi funduszu, podkreślanie kontynuacji zależności od węgla poza rok 2040 i brak (jawnych!), choćby ogólnych pomysłów na to, co potem ma się z nim stać. W perspektywie roku 2030 kluczową rolę w dystrybucji środków ma z kolei odegrać obecnie „ucierany” z Komisją Europejską Krajowy Plan na rzecz Energii i Klimatu (KPEiK). Jeśli fundusz sprawiedliwej transformacji powstanie w ramach polityki spójności (a jest taka szansa), to wtedy to, ile Polska będzie w stanie na tę transformację otrzymać środków może być także uwarunkowane tym, co zapisze sobie w ostatecznej wersji KPEiK. Trudno więc przecenić wartość tego dokumentu, o którym niewiele przecież słychać.
Dyskusji ministrów środowiska w dn. 4 października ws. COP25 oraz neutralności klimatycznej można odsłuchać, także w języku polskim tu. Do rozstrzygającej Rady Europejskiej (12-13 grudnia) pozostało 2,5 miesiąca.