Energetycy wojują z rządem o setki milionów zł

Największe polskie elektrownie walczą o subsydia do zielonej energii z biomasy. Nie mogą ich rozliczyć, bo rząd zmienił przepisy z mocą wsteczną.

Spalanie biomasy czyli głównie drewna i słomy to podstawa polskiej energetyki odnawialnej. - Mamy dwie instalacje opalane wyłącznie biomasą. Zainwestowaliśmy 500 mln zł, a teraz mamy straty, bo problemy z przedstawieniem dowodów jakie to było drewno – opowiada menedżer z dużej zagranicznej firmy.

Ministerstwu Gospodarki udało się w tej sprawie pogodzić niemal wszystkich energetyków. Zarówno państwowi, jak i prywatni producenci prądu domagają się zmiany przepisów. Nieprawidłowo wprowadzone rozporządzenie ministra kosztuje ich łącznie ok. 1,5  mld zł. Tyle warte jest 6-7 mln zielonych certyfikatów (każdy potwierdza produkcję 1 MWh ekologicznej energii), których nie otrzymali z Urzędu Regulacji Energetyki (URE). Certyfikaty są formą wsparcia dla zielonej energii, która bez tego po prostu by się nie opłacała.

W Polsce najpopularniejsze jest współspalanie węgla z biomasą w dużych elektrowniach, choć ostatnio coraz częściej powstają też bloki wyłącznie na biomasę. Francuski GDF Suez wybudował w Połańcu największy na świecie taki blok o mocy 190 MW, a również francuska Dalkia – mniejsze elektrociepłownie w Poznaniu i Łodzi. Bloki na biomasę postawiły też należący do Zygmunta Solorza PAK  (w Koninie) oraz państwowy Tauron w Jaworznie.

Teraz cała ta biomasa odbija im się czkawką.

Drewno spalone, dowodów brak

URE odmówiło im oraz innym firmom wydania zielonych certyfikatów za spaloną biomasę. Jak wyjaśnia urząd, z nowych przepisów wynika, że  elektrownie i elektrociepłownie powinny udowodnić, że zużyta biomasa spełniała odpowiednie wymogi – jest najgorszego sortu. Najlepsze drewno powinno bowiem służyć do produkcji mebli, a nie do trafiać do kotła. Producenci mebli walczyli o takie przepisy przez całe lata, bo na skutek popytu ze strony energetyków ceny surowca podrożały tak bardzo, że przestali być konkurencyjni.

 I w końcu meblarze osiągnęli sukces - w grudniu 2012 roku, po ponad dwóch latach prac, minister gospodarki wprowadził rozporządzenie, które po dwóch tygodniach weszło w życie. Zgodnie z nim certyfikaty przysługują tylko za spalanie gorszego drewna.

Problem w tym, że resort zdecydował, że energetycy muszą udowadniać jakie drewno trafiło do kotła. Rozporządzenie działa wstecz – żeby dostać certyfikaty, muszą także udowodnić co spalili przed grudniem 2012. Na domiar złego dopiero w maju 2013 URE przedstawiło wytyczne jakie mają to być dowody.  

Przedstawiciele firm,  choć psioczą na rząd i URE, nie chcą się wypowiadać pod nazwiskiem. Wyjątek to fińskie Fortum. - Po ukazaniu się wytycznych w maju 2013 r. okazało się, że zebranie wymaganej dokumentacji pochodzenia jest utrudnione -  biomasa została już dawno zakupiona, dostarczona i spalona – tłumaczy Arkadiusz Kosiel, dyrektor ds. regulacji i zarządzania taryfami.

Co gorsza, wiele elektrowni na przełomie roku rozwiązało kontakty ze swoimi dostawcami biomasy. Ze względu na ogromną „górkę”  zielonych certyfikatów i w efekcie najniższe w historii ich ceny na giełdzie produkcja energii z biomasy przestała im się opłacać. Teraz „porzuceni” dostawcy biomasy wcale nie mają ochoty pomagać w gromadzeniu papierów.
 
 Resort mięknie, ale nie do końca

W końcu Ministerstwo Gospodarki wzięło pod uwagę argumenty energetyków i szykuje zmianę rozporządzenia. Zgodnie z nim wytwórcy energii będą musieli udowadniać pochodzenie jedynie biomasy spalonej po 1 stycznia 2013 roku. Ale firmy uważają, że ulgowe traktowanie powinno dotyczyć także pierwszej połowy 2013 r. – aż do chwili wydania wytycznych URE. Negocjacje z resortem trwają i nie wiadomo kiedy się skończą.

A tymczasem dzięki kłopotom „biomasowców” zyskują na razie „wiatrowcy” i biogazownie. Oni także dostają certyfikaty.  Gdy na rynek wejdą  kolejne certyfikaty o które toczy się spór, "górka"  będzie tak duża, że wystarczy na roczne pokrycie zapotrzebowania sprzedawców prądu (to oni muszą kupować certyfikaty,a potem ich cenę wliczają konsumentom do rachunku).

Dla producentów zielonej energii oznacza to, że przez rok rynek obejdzie się bez produkowanych przez nich certyfikatów, a więc nikt nie będzie chciał ich od nich kupować lub podyktuje znacznie niższą cenę.

Arkadiusz Kosiel z Fortum nie ukrywa, że zastój  odbił się na wynikach finansowych firm energetycznych, ich bieżącym funkcjonowaniu.

Ale najgorszym efektem może być zmiana wizerunku Polski jako kraju sprzyjającego zielonej energii. - Każda niepewność albo częste zmiany systemu wsparcia znacznie zwiększają ryzyko i tym samym mają negatywny wpływ na długoterminowe plany inwestycyjne firm energetycznych – mówi Kosiel.

Fortum wstrzymało swoje plany budowy elektrociepłowni na biomasę w Zabrzu. W całej „zielonej” branży panuje zastój i pełne napięcia oczekiwanie na nowe przepisy o wsparciu, nad którymi resort gospodarki pracuje już ponad dwa lata.

Zaś bez inwestycji nie wypełnimy obowiązku produkowania 20 proc. zielonego prądu do 2020 r. Wówczas Komisja Europejska nałoży na nas kary.

Zielone technologie rozwijają

Zobacz także...

Komentarze

Patronat honorowy

Partnerzy portalu

PGE PSE