Menu
Patronat honorowy Patronage

Opera z Elektrownią Opole

Sytuacja wokół nowych bloków Elektrowni Opole coraz bardziej przypomina operę, w której śpiewacy wyśpiewują swoje arie, ale akcja stoi w miejcu

Sytuacja wokół nowych bloków Elektrowni Opole coraz bardziej przypomina operę, w której śpiewacy wyśpiewują swoje arie, ale akcja stoi w miejcu

Role są rozpisane od dawna. Prezes PGE Krzysztof Kilian to ktoś w rodzaju Molierowskiego Harpagona – śpiewa, i to cienko, „Nic się nie opłaca budować, niech rząd pomoże”.

Premier Donald Tusk odegrał rolę dobrego króla, który odwiedza poddanych i pokazuje kto to tu rządzi. – Nowe bloki powstaną, a budowa zacznie się już latem – śpiewał pewnym siebie tenorem w zeszłym tygodniu w Opolu.

Jak w każdej dobrej operze jest też chór – jego rolę pełnią pracownicy i mieszkańcy Opolszczyzny, którzy domagają się gromkimi głosami, ewentualnie lamentują, aby elektrownia powstała bo mają być nowe miejsca pracy.

A za kulisami trwają intrygi, o których widzowie nie mają pojęcia.

PIR wejdzie? Nie wejdzie?

Według naszych informacji do końca ubiegłego tygodnia PGE miała wysłać do Polskich Inwestycji Rozwojowych propozycję konkretnych warunków współpracy. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że PGE i PIR podpisały tylko list o poufności. Rzecznik PGE Małgorzata Kozieł odpisała nam, że spółka nie komentuje tego tematu.

PIR – czyli świeżo powołany państwowy fundusz inwestycyjny miał się włączyć w inwestycję w Opolu jako jej udziałowiec, dzięki czemu poprawiłyby się warunki finansowe. Ale PIR zgodnie z przyjętymi przez resort skarbu założeniami może się angażować w inwestycje o rentowności co najmniej 8 proc. Tymczasem PGE ogłosiła, że nowe bloki w Opolu będą właśnie nierentowne, bo ceny prądu są za niskie i nic nie zapowiada, że w ciągu najbliższych kilku lat miałyby wzrosnąć. Jeżeli PIR zaangażuje się w nierentowną inwestycję, to od razu nadzieje się na kontrę Komisji Europejskiej. Prezes PIR Mateusz Grendowicz powiedział niedawno, że Komisja Europejska ostrzegła już, że będzie się bardzo uważnie przyglądać działalności tej instytucji, tak aby wykluczyć niedozwoloną pomoc publiczną.

Jedyne wyjście z sytuacji to jakoś „podrasować” dane o opłacalności Opola. Taka wolta wymagałaby prawdziwej wirtuozerii od prezesa PGE Krzysztofa Kiliana – używając operowej metaforyki, to trochę tak jakby Halka mając już rzucić się do wody, nagle zmieniła zdanie i zaśpiewała arię o pożytkach z handlu oscypkami.

Analiz PGE nie będzie trudno zmienić, bo póki co… nikt w rządzie ich nie widział. – PGE nam ich nie pokazała – opowiada wysoki urzędnik resortu gospodarki. – Mamy własne, z których wynika, że nowe bloki w Opolu będą w dłuższej perspektywie opłacalne. Ale PGE nie zobaczyło analiz Ministerstwa Gospodarki, bo, tu cytat, „skoro oni mam nie dali swoich, to dlaczego mamy im dawać nasze”.

 Na razie jedyny konkret jaki został przygotowany to list intencyjny podpisany w Opolu podczas wizyty Donalda Tuska (na zdjęciu powyżej dogląda gospodarskim okiem Krzysztofa Kiliana i Joannę Strzelec – Łobodzińską w trakcie podpisywania).

PGE i Kompania Węglowa zobowiązały się do „przeanalizowania ekonomicznych i prawnych możliwości zawarcia umowy długoterminowej na dostawy węgla kamiennego wydobywanego przez Kompanię Węglową dla Elektrowni Opole”.

Teoretycznie można sobie wyobrazić taki scenariusz – Kompania Węglowa zgadza się na kontrakt na dostawy węgla dla Elektrowni Opole uzależniony od cen energii. Do tej pory górnicy bronili się przed takimi umowami, twierdząc, zresztą słusznie, że koszty wydobycia rosną niezależnie od cen prądu i nie mogą sprzedawać węgla poniżej tychże kosztów.

Jeśli Kompania zgodzi się na wyjątek dla PGE, to straci argument w negocjacjach z innymi spółkami energetycznymi. A Kompania Węglowa jest w bardzo trudnej sytuacji finansowej – na hałdach rosną góry niesprzedanego węgla, spółka wydłużyła termin płatności kontrahentom do czterech miesięcy!.

Kto to zbuduje?

Przetarg na budowę nowych bloków w Opolu rozstrzygnięto kilka miesięcy temu. Ma je budować za 11 mld zł konsorcjum Rafako i Polimeksu. Obie spółki są jednak w bardzo trudnej sytuacji. Polimex od upadłości uratowała pożyczka z Agencji Rozwoju Przemysłu. Rafako to część upadłego holdingu budowlanego PBG.

 – Mam wątpliwości czy zwłaszcza Polimex jest w stanie udźwignąć ten kontrakt. Rozmawiamy z ludźmi z tej firmy, jeżeli odejdą stamtąd najlepsi fachowcy, bo firma nie będzie płacić, to spółka po prostu sobie nie poradzi – mówi urzędnik znający sprawę.

Robert Maj, analityk finansowy, niegdyś w KBC zajmujący się branżą budowlaną a dziś niezależny , jest nieco większym optymistą. – Wszystko zależy od banków. Jeśli uwierzą, że inwestycja jednak ruszy, zaczną znowu finansować spółkę i poprawi się jej płynność.

Ale czy banki uwierzą?

Czy to sprawiedliwe?

Z budową nowych elektrowni, bez których po 2020 może brakować nam mocy problem mają wszystkie firmy ( patrz Hamlet z elektrowni). Gdańska Energa zawiesiła projekt 1000 MW w Ostrołęce, francuski gigant EDF wstrzymał nowy blok w Rybniku ( 900 MW). Również francuski GDF Suez zatrzymał projekty elektrowni gazowych w Płocku i Włocławku, zastanawia się co zrobić z trzecim – na Lubelszczyźnie. Fiński Fortum myśli czy opłaca się budować elektrociepłownię we Wrocławiu (400 MW). Tauron zatrzymał projekt elektrowni gazowej w Blachowni.

Poznańska Enea buduje 1000 megawatowy blok w Kozienicach, a Tauron wspólnie z PGNiG – 600 MW elektrociepłownię na gaz w Stalowej Woli. Tauron wciąż deklaruje też, że zbuduje nowy 800 MW blok w Jaworznie. Jak mają się czuć menedżerowie z tych firm, kiedy słyszą, że na Opole rząd znajdzie, jak stwierdził Tusk, siły i środki? Dlaczego właśnie Opole ma być projektem specjalnej troski?

Energetycy myślą o rynku mocy czyli mechanizmie wspierania budowy nowych elektrowni, tak aby nie zabrakło mocy szczytowej. Elektrownie opłaca się bowiem budować, jeśli pracują określoną liczbę godzin w roku, ale najwięcej prądu jest potrzebne właśnie w szczycie, głównie wieczorami. W UE toczy się ożywiona dyskusja czy rynek mocy jest potrzebny, a jeśli tak – to jak ma wyglądać. Wielka Brytania chce by były to tzw. kontrakty różnicowe – jeśli cena prądu spadnie poniżej określonej kwoty, to państwo dopłaci różnicę.

PGE – Zosia Samosia

Polscy energetycy też bardzo chcieliby rynku mocy . Ale jak ma wyglądać? Ile by to kosztowało konsumentów? Do których elektrowni należałoby dopłacić? Potrzebne są szczegółowe analizy. Towarzystwo Gospodarcze Polskie Elektrownie (TGPE) chciało je zamówić w firmie doradczej Ernst&Young, po to żeby mieć argument w dyskusjach z rządem. Ale nie zamówiło.

Wyłamała się bowiem Polska Grupa Energetyczna, której przedstawiciele stwierdzili, że opracują własne analizy. – Nie ma sensu iść do rządu z dwiema analizami, mam nadzieję, że w PGE zmienią zdanie i powstanie jeden wspólny projekt – mówi nam szef dużej spółki energetycznej.

Ale dlaczego właściwie PGE miałaby się przyczyniać do wspierania inwestycji konkurencji, skoro premier już obiecał jej „siły i środki” na Opole? Przecież z punktu widzenia tej firmy sytuacja, w której rząd jej pomaga, a konkurenci muszą radzić sobie sami jest wręcz wymarzona.