Spis treści
Dobra wiadomość jest taka, że z tercetu egzotycznego trzech ministerstw – klimatu, przemysłu oraz aktywów państwowych znika jeden muzykant – resort przemysłu. Pomysł śląskich działaczy PO od początku był czysto polityczny i nie miał nic wspólnego z usprawnieniem pracy administracji. Marzena Czarnecka przejęła nadzór nad trzema „energetycznymi” departamentami – górnictwa (wcześniej w MAP), departamentem gazu i ropy oraz departamentem energetyki jądrowej (wcześniej w resorcie klimatu). Cała elektroenergetyka i ciepłownictwo oraz strategia zostały w resorcie klimatu.
Jak już pisaliśmy, takiego rozproszenia próżno szukać w rządach rozwiniętych krajów OECD. W większości z nich nadzór nad regulacjami dotyczącymi energetyki sprawuje albo osobny resort (Departament Energii w USA, Ministerstwo Bezpieczeństwa Energetycznego i Zeroemisyjności w Wielkiej Brytanii, Ministerstwo Transformacji Ekologicznej we Francji), albo ta „działka” to część większego resortu gospodarki (Niemcy, Hiszpania).
Czytaj też:Rząd bez sensu namieszał w energetyce
Teraz eksperyment z resortem przemysłu przechodzi do historii, ale nie oznacza to, że powstanie jeden ośrodek odpowiedzialny za energetykę. Będą co najmniej trzy, a może i cztery.
Elektrony z OZE są inne niż z atomu
Miłosz Motyka, nowy minister energii, młody (32 lata) polityk PSL, dotychczasowy wiceszef resortu klimatu, dostanie departamenty elektroenergetyki, ciepłownictwa, departament strategii oraz departament energetyki jądrowej. Do jego resortu trafi też ulokowany dotychczas w resorcie energetyki pełnomocnik ds. infrastruktury energetycznej, Wojciech Wrochna, nadzorujący także atom.
Ale departament energetyki odnawialnej zostanie w resorcie klimatu, którym wciąż będzie kierować Paulina Hennig-Kloska z Polski 2050. Ten resort zachowa też kompetencje w sprawie polityki klimatycznej (ETS), a także nadzór nad NFOŚiGW, który ma w swojej dyspozycji olbrzymie unijne pieniądze na transformację.
Nadzór nad spółkami skarbu państwa po staremu zostanie w resorcie aktywów państwowych. Ale bardzo dużo do powiedzenia będzie miał wzmocniony minister finansów Andrzej Domański, który dostanie także dział „gospodarka”, a więc nadzór nad przemysłem, żywotnie zainteresowanym cenami energii.
Mniejsza liczba ministerstw odpowiedzialnych za energetykę jest oczywiście lepszym rozwiązaniem, pytanie dlaczego nie można było powołać jednego?
Koalicjant zrobi swoje…
Odpowiedzi oczywiście nie należy się doszukiwać w pragmatyce działań administracji, bo tą chyba nikt w rządzie się nie przejmuje, ale w meandrach polityki koalicjantów.
Premier Donald Tusk oddał koalicjantom z PSL resort, którego szef będzie musiał podjąć trudne i niepopularne decyzje (sam premier, jak wiadomo, takich wyzwań nie lubi).
W przyszłym roku trzeba będzie zdecydować co dalej z nierentownym górnictwem – albo kolejne 10 mld zł dotacji, albo ryzykowane politycznie zamykanie kopalń. Jeśli minister finansów Andrzej Domański z poparciem premiera stwierdzi, że na kolejną tak hojną budżetową dotację dla górnictwa nie ma pieniędzy, to Miłosz Motyka stanie przed koniecznością opracowania planu przyspieszonego zamykania kopalń i wynegocjowania go z górnikami. Nadzór nad górnictwem wprawdzie przejmie resort aktywów państwowych, ale tradycyjnie górnicze związki winą za „nieodbieranie” niepotrzebnego węgla obciążają energetykę.
Dwie największe reformy górnictwa połączone za zamykaniem nierentowych kopalń – w 1999 r. i w 2016 r. powiodły się dzięki bardzo silnej konsolidacji władzy. W 1999 r. wprawdzie nadzór nad górnictwem i energetyką był rozdzielony pomiędzy resort gospodarki a resort skarbu, ale minister skarbu Emil Wąsacz był bliskim współpracownikiem autora reformy Janusza Steinhoffa (obaj pochodzili ze Śląska i obaj byli z jednej partii AWS). W 2016 r. zaś minister energii Krzysztof Tchórzewski przejął zarówno regulacje jak nadzór właścicielski nad górnictwem i energetyką.
Teoretycznie może to być zresztą zaletą, bo PSL nie jest partią umoczoną w rozmaite śląskie układy, więc zamykając kopalnie nie powinni mieć poczucia, że tracą wpływy. W praktyce dużo zależy od samego ministra – przecież szef PSL Waldemar Pawlak jako minister gospodarki od 2008 r. nie zrobił nic żeby poprawić sytuację górnictwa, które już wtedy zaczynało zjeżdżać po równi pochyłej.
Kolejną niepopularną decyzją będzie odmrożenie cen energii w przyszłym roku, choć oczywiście trudno przesądzić, czy rząd się na to zdecyduje. Jeśli jednak tak będzie, to odium spadnie na koalicyjnego ministra.
Nie ma zgody na zmianę ustawy
Premier Donald Tusk wspomniał w swoim wystąpieniu o zmianie ustawy o działach administracji rządowej, która przyporządkowuje poszczególne dziedziny m.in. energetyki do tzw. działów. Np. energetyka odnawialna przynależy do działu „klimat”, stąd zajmuje się nią resort klimatu.
Ale od przedstawiciela jednego z koalicjantów usłyszeliśmy, że na zmianę ustawy o działach nie ma zgody w koalicji. Podział kompetencji, który w zamyśle miał być prowizoryczny, może okazać się więc trwały.
Na razie urzędnicy wszystkich resortów będą zajmować się przetasowaniami w swoich ministerstwach. Zanim nowy resort energii okrzepnie, poukłada się personalnie i zacznie działać, minie co najmniej kilka miesięcy.
Czekamy z niecierpliwością na powołanie Ministerstwa Magii…
