"Klimatyczne" wybory w Wielkiej Brytanii

"Klimatyczne" wybory w Wielkiej Brytanii

W czwartek Brytyjczycy wybiorą nowy parlament, Od ich decyzji może zależeć bardzo wiele – także w europejskiej polityce energetyczno-klimatycznej i gazie łupkowym. Co ich wybór może oznaczać dla Polski?

Brytyjczycy byli w 2014 roku liderem morskiej energetyki wiatrowej. Przyłączyli także w ub. r. do sieci najwięcej paneli słonecznych w Europie, ale nie wszystkie partie chcą subsydiowania OZE.

Tym, co sprawia, że brytyjska branża energetyczna z niepokojem spogląda na wynik majowych wyborów jest fakt, iż po raz pierwszy od wielu lat brakuje w nich zdecydowanego faworyta. W sondażach konserwatyści i labourzyści idą od wielu miesięcy łeb w łeb i nie wydaje się by miało się to zmienić w ostatnich dniach przed wyborami.

Skrajne podejście do energetyki

I choć programy obu partii są co do priorytetów dosyć zbliżone, to właśnie brak przewagi jednej z nich może sprawić, że dla zawiązania rządu konieczne będzie zaproszenie do koalicji mniejszych partii jak choćby Zielonych, Liberalnych-Demokratów czy słynącej z niechęci do imigrantów UKIP. To z kolei może sprawić, że potentaci będą musieli ustąpić w niektórych kwestiach swoim mniejszym partnerom o często skrajnych poglądach na sektor energetyczny.

Zieloni (potencjalny koalicjant Partii Pracy) postulują m.in. całkowitą rezygnację z energetyki atomowej oraz skoncentrowanie się na rozwoju odnawialnych źródeł energii. Domagają się 90 proc. redukcji emisji gazów cieplarnianych w ciągu 15 lat i transformacji do zeroemisyjnej gospodarki do 2050 roku.

UKIP domaga się unieważnienia brytyjskiej ustawy klimatycznej. Ich zdaniem kosztuje ona brytyjską gospodarkę 18 mld funtów rocznie

Na drugim biegunie znajduje się UKIP, często wymieniany jako potencjalny koalicjant torysów Davida Camerona. Partia Niepodległości Wielkiej Brytanii domaga się unieważnienia ustawy o zmianach klimatu (Climate Change Act) z 2008 roku, która ustaliła wewnętrzne brytyjskie cele w zakresie redukcji emisji CO2. Ich zdaniem kosztuje ona brytyjską gospodarkę 18 mld funtów rocznie. W zamian domagają się wdrożenia miksu energetycznego bazującego na rachunku kosztowym, w którym silną rolę miałyby odgrywać lokalne surowce a więc węgiel, ropa i gaz (w tym gaz łupkowy). Partia Nigela Farage'a wspiera też inwestowanie w energetykę atomową, ale pod warunkiem odcięcia tego sektora od ogromnych subsydiów rządowych.

Czytaj więcej: Brytyjski rząd skarcony za dopłaty do OZE

Mniej więcej pośrodku znajdują się liberalni demokraci, a więc obecny koalicjant konserwatystów. Choć w ich programie duży nacisk kładziony jest na niskoemisyjną gospodarkę i rozwój OZE, to nie mówią oni "nie" dla atomu jak i gazu łupkowego (pod warunkiem spełnienia ostrych norm bezpieczeństwa).

Porozumienie ponad podziałami

Wróćmy jednak do programu dwóch największych brytyjskich partii. Paradoksalnie w obszarze energetyki więcej je łączy niż dzieli. Świadczy o tym choćby lutowe porozumienie liderów obu partii – Davida Camerona oraz Eda Milibanda (a także lidera liberalnych demokratów Nicka Clegga) – w którym zobowiązali się do przestrzegania obowiązujących celów klimatycznych (zarówno krajowych jak i międzynarodowych) bez względu na wynik wyborów. Obie partie mówiły również wspólnym głosem w trakcie zeszłorocznych unijnych negocjacji nad pakietem klimatycznym do 2030 roku.

Powszechnie uważa się, że przyjęty w październiku pakiet zakładający redukcję emisji o 40 proc. w stosunku do roku 1990, ale rezygnujący z wiążącego celu w zakresie udziału energii odnawialnej dla poszczególnych krajów, był efektem kompromisu jednak w dużej mierze realizował brytyjskie stanowisko.

Przeczytaj także wywiad dziennikarzy portalu WysokieNapiecie.pl z ministrem energii i zmian klimatycznych Wielkiej Brytanii, Edem Davey'em - "Atom i OZE muszą kosztować, by później było taniej"

Cele klimatyczne

Jedną z kluczowych różnic pomiędzy partiami walczącymi o zwycięstwo w wyborach jest podejście do tegorocznego szczytu klimatycznego w Paryżu i ewentualnego globalnego porozumienia w sprawie ochrony klimatu. Konserwatyści ewidentnie nie przywiązują znaczącej wagi do tych rozmów. W ich programie wspomina się bowiem jedynie dość ogólnikowo o przywiązaniu do celu w postaci ograniczenia globalnego ocieplenia do 2 stopni Celsjusza. Nieoficjalnie mówi się też, nie będą oni naciskać na daleko idące ograniczenia, które postawiłyby pod znakiem zapytania kierunki reform na wewnętrznym brytyjskim rynku.

Labourzyści idą o wiele dalej, przynajmniej w sferze deklaracji. Domagają się całkowitego wyeliminowania CO2 z gospodarki w drugiej połowie stulecia

Labourzyści idą tu o wiele dalej, przynajmniej w sferze deklaracji. Domagają się bowiem całkowitego wyeliminowania CO2 z gospodarki w drugiej połowie obecnego stulecia a także postulują wprowadzenie pięcioletnich okresów, po których cele mogłyby być zaostrzane w zależności od postępów w ich realizacji. Opowiadają się także za jednolitymi, globalnymi regułami w zakresie monitorowania redukcji emisji.

Partie różnią się również w podejściu do krajowych celów emisyjnych. Labourzyści chcą ich dalszego zaostrzania po 2030 roku, a także wprowadzenia wiążącego celu dekarbonizacyjnego dla sektora elektroenergetycznego. Konserwatyści z kolei uważają, że Wielka Brytania nie powinna wybiegać przed cele unijne gdyż oznaczałoby to pogorszenie konkurencyjności lokalnego przemysłu.

W kwestii miksu energetycznego z kolei więcej do powiedzenia mają torysi. Labourzyści ograniczają się do ogólnikowych stwierdzeń mówiących o zrównoważonym miksie obejmującym zarówno energetykę atomową jak też odnawialną i moce konwencjonalne, w tym czyste technologie węglowe. Po tym, jak eksperci nie pozostawili przed kilkoma miesiącami suchej nitki na planach zamrożenia przez labourzystów cen energii na prawie dwa lata, wydaje się to być chyba najrozsądniejsza taktyka ze strony Eda Milibanda.

Konserwatyści mają na potwierdzenie swoich planów konkretne działania zrealizowane w kończącej się kadencji rządu. Mowa tu choćby o reformie energetyki, która wprowadziła nowe mechanizmy subsydiowania inwestycji niskoemisyjnych, które wymuszają konkurencję pomiędzy poszczególnymi technologiami wytwarzania (mają one zastąpić obecnie istniejące mechanizmy wsparcia OZE), ale również o licznych wyrazach wsparcia dla sektora naftowo-gazowego (choćby coraz dalej idących ulgach podatkowych czy ułatwieniach podatkowych i administracyjnych dla sektora gazu łupkowego).

Poważnym wyzwaniem w ich programie wydaje się być także postulat zmodernizowania energetyki atomowej, który natrafia na liczne przeszkody formalne i ekonomiczne.

Podpisana w zeszłym roku wstępna umowa z EDF i jego chińskimi partnerami na budowę nowych reaktorów w elektrowni Hinkley Point wciąż wywołuje kontrowersje z powodu wynegocjowanego kontraktu różnicowego. Rząd  zagwarantował inwestorom 92,5 funta za Mwh przez 15 lat, co mocno wzburzyło część polityków oraz organizacje konsumenckie.

Plan został zatwierdzony jeszcze przez poprzednią Komisję Europejską, ale budowa póki co nie ruszyła. Dziennik “The Guardian" twierdzi, że EDF wciąż negocjuje z chińskimi firmami szczegóły ich wejścia do projektu. EDF zapowiedział, że start projektu kwestia najbliższych miesięcy, prawdopodobnie firma czeka aż nowy rząd potwierdzi wolę budowy nowego bloku.

Więcej na ten temat: Francusko-chiński atom w Wielkiej Brytanii. Co to oznacza dla Polski?

Co polityczne wybory Brytyjczyków mogą oznaczać dla Polski?

Brytyjska polityka energetyczna ma pewne wspólne elementy z polską - poparcie dla gazu łupkowego i atomu, nacisk na oderwanie cen cen gazu od polityki, niechęć do Rosji jako dostawcy energii.

Ale chyba więcej jest różnic, począwszy od warunków naturalnych, stanu zaawansowania technologii odnawialnych a przede wszystkim podejścia do celów klimatycznych. Nie zapominajmy bowiem, że nawet umiarkowane w porównaniu do innych krajów UE, brytyjskie stanowisko w tym zakresie jest dla Polski ogromnym krokiem naprzód i gigantycznym wyzwaniem dla sektora i całej gospodarki.

Tegoroczne wybory mają w sobie jeszcze jeden, ważny także dla Polski, aspekt. Zwycięstwo konserwatystów oznacza bowiem, że najprawdopodobniej w 2017 roku Brytyjczycy wypowiedzą się w referendum na temat przyszłości kraju w Unii Europejskiej.   Zwycięstwo konserwatystów oznacza bowiem, że najprawdopodobniej w 2017 roku Brytyjczycy wypowiedzą się w referendum na temat przyszłości kraju w Unii Europejskiej. Wcześniej torysi zapowiadają jednak twarde negocjacje z Brukselą odnośnie poważnej reformy unijnej polityki w zakresie przepływu osób, finansów, ale także energetyki.

Jeśli negocjacje te powiodą się, Wielka Brytania może istotnie wpłynąć na kształt unijnego rynku. Jeśli nie, może z niego całkowicie wyjść. W obu scenariuszach konsekwencje dla całej Europy mogą być znaczące. Stąd też warto obserwować co dzieje się za kanałem La Manche i w którym kierunku wiać będą polityczne wiatry napędzające tamtejszą energetykę.

Zobacz także...

Komentarze

Patronat honorowy

Partnerzy portalu

PSE