Budowniczowie wiatraków boją się kolejnego dołka

Budowniczowie wiatraków boją się kolejnego dołka

Polityczne zawirowania budzą niepewność co do dalszych losów nowelizacji tzw. ustawy odległościowej, która blokuje rozwój nowych farm wiatrowych. Brak zmian w ustawie nie tylko spowolni transformację polskiej energetyki, ale będzie oznaczać też kolejny cios dla firm budowlanych, które specjalizują się w tym sektorze.

Opublikowanie na początku maja 2021 r. projektu łagodzącego tzw. zasadę 10H wywołało falę entuzjazmu na rynku odnawialnych źródeł energii.

Wprowadzone w 2016 r. przepisy praktycznie zahamowały rozwój nowych projektów farm wiatrowych. Skutek był więc zgodny z ówczesnymi zapatrywaniami na energetykę Zjednoczonej Prawicy, która rozpoczynała swoje rządy od mocnego zwrotu w stronę węgla, m.in. wskrzeszając projekt budowy Elektrowni Ostrołęka C.

Zobacz też: Gazowa Ostrołęka wykarmi mniej chętnych niż węglowa

Sektor wiatrowy odżył dopiero po kilku latach dzięki systemowi aukcyjnemu, coraz bardziej zielonemu kursowi Unii Europejskiej i stopniowemu odwrotowi rządu z pozycji negujących unijną politykę klimatyczną.

Obustronna blokada

Oczywiście przepisy regulujące odległość elektrowni wiatrowych od budynków mieszkalnych są w Europie powszechne, ale polskie regulacje w praktyce należą do najbardziej restrykcyjnych.

Stosowanie zasady 10H, czyli 10-krotności wysokości elektrowni w maksymalnym wzniesieniu łopaty wirnika oznacza, że dla nowoczesnych elektrowni wiatrowej o wysokości szczytowej 150-180 m, minimalna odległość od zabudowań mieszkalnych wynosi ok. 1500-1800 m.

Polskie antywiatrakowe regulacje należą do najbardziej restrykcyjnych w Europie. Fot. Raport "Energetyka wiatrowa na lądzie" - UN Global Compact Network Poland

 

Podobnej skali ograniczeń można szukać tylko w Niemczech i Austrii. Trzeba jednak zaznaczyć, że w tych państwach, będących federacjami, przepisy są ustalane przez landy lub kraje związkowe i tylko niektóre regiony maja wyśrubowane przepisy, np. niemiecka Bawaria. Rygorystyczne przepisy ma też Szkocja (również na tle innych krajów tworzących Wielką Brytanię), ale u jej wybrzeży jednocześnie trwa intensywny rozwój morskich farm wiatrowych.

Ustawa, nazywana także antywiatrakową, działa w obie strony, więc ogranicza też możliwości budownictwa mieszkaniowego na terenach gdzie powstały wiatraki. W efekcie okazała się być nie tylko hamulcem dla sektora energetyki wiatrowej, ale też dla samorządów i lokalnych społeczności. Zwłaszcza, że wiele gmin było pozytywnie nastawionych do budowy farm wiatrowych z uwagi na impuls inwestycyjny i późniejsze wpływy z podatków.

O związanej z regułą 10H blokadzie budownictwa mieszkaniowego pisaliśmy na portalu WysokieNapiecie.pl pod koniec maja tego roku.

Na rządowym Geoportalu udostępniono wówczas opcję wyświetlenia terenów, na których wprowadzono zakaz budowy budynków mieszkalnych na podstawie zasady 10H. W skali całego kraju jest to ponad 6 tys. km kw., a więc powierzchnia mniej więcej 2/3 woj. opolskiego lub połowy województw świętokrzyskiego czy śląskiego.

Polityka i wiatraki

Przyjęta w projekcie nowelizacji ustawy odległościowej kluczowa zmiana przewiduje, że bezwzględna minimalna odległość pomiędzy wiatrakiem a zabudowaniami będzie wynosić 500 m. W ocenie skutków regulacji wskazano, że nowelizacja będzie skutkować budową w latach 2023-2032 od 6 GW (scenariusz konserwatywny) do 10 GW (scenariusz rozwojowy) nowych mocy.

W zależności od scenariusza ma to się przełożyć na roczny poziom łącznego zatrudnienia w całym łańcuchu dostaw i prac związanych z budową i utrzymaniem elektrowni wiatrowych wynoszący od blisko 12 tys. do prawie 23 tys. pracowników.

Wszystko wyglądało bardzo optymistycznie do momentu sierpniowych zawirowań politycznych, po których Zjednoczoną Prawicę opuściło Porozumienie Jarosława Gowina. To z kierowanego przez z niego resortu rozwoju wyszedł projekt nowelizacji, nad którym pieczę objęła wiceminister Anna Kornecka. Ona straciła posadę kilka dni wcześniej niż Gowin - oficjalnie za słabe tempo prac nad ustawami mieszkaniowymi dotyczącymi Polskiego Ładu, a realnie przez krytykę zmian podatkowych założonych w tym programie.

Wiatrakowe place budowy ożyły dzięki aukcjom OZE. Fot. Onde

 

Pierwotnie planowano, że rząd przyjmie projekt ustawy jeszcze w pierwszej połowie 2021 r. Wydłużył się jednak etap konsultowania i opiniowania, a projekt wciąż czeka na przyjęcie przez rząd. Ten - jak wiadomo - jest natomiast teraz zajęty głównie problemami związanymi uzyskaniem zgody Brukseli na Krajowy Plan Odbudowy, wprowadzeniem Polskiego Ładu czy kryzysem imigracyjnym na wschodniej granicy. Na to wszystko nakłada się jeszcze chwiejna większość w Sejmie, aczkolwiek do spraw związanych ze wsparciem OZE większość opozycji jest nastawiona pozytywnie.

Czytaj także: Bruksela wstrzymuje zatwierdzenie Krajowego Planu Odbudowy

Trudno więc przesądzać, czy po wakacjach nastąpi przyspieszenie i projekt zostanie wkrótce skierowany do dalszych prac w Sejmie, aby mógł zakończyć ścieżkę legislacyjną podpisem prezydenta jeszcze jesienią tego roku, jak dotychczas zapowiadano.

Branża czeka

- Mamy nadzieję, że rząd spełni zapowiedzi, według których do końca 2021 r. ustawa odległościowa zostanie znowelizowana. Lądowa energetyka wiatrowa została umieszczona w Krajowym Planie Odbudowy oraz Polskim Ładzie, co dodatkowo powinno przemawiać za pozytywnymi rozstrzygnięciami w tym temacie - powiedział Janusz Gajowiecki, prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej, w rozmowie z portalem WysokieNapiecie.pl.

Bardziej sceptyczny jest Michał Kaczerowski, prezes firmy Ambiens, która świadczy usługi doradcze dla inwestycji w OZE.

- Wprowadzenie zasady 10H było kontrowersyjnym posunięciem, więc jej liberalizacja również będzie budziła emocje. Nie wiem, czy rządzący w obecnej sytuacji politycznej będą mieli na tyle odwagi, aby ten temat doprowadzić do końca. Co prawda za tymi zmianami od lat opowiadają się eksperci, branża OZE oraz wiele samorządów, ale przeciwników energetyki wiatrowej w Polsce wciąż jest bardzo wielu - powiedział nam Kaczerowski.

- Wszystkim podmiotom zaangażowanym w sektor wiatrowy - od inwestorów, przez deweloperów, producentów, projektantów, konsultantów i wykonawców, aż po instytucje finansowe - pracowałoby się znacznie lepiej, gdyby regulacje były stabilne i długoterminowe - dodał.

Zasada 10H zahamowała przyrost nowych mocy wiatrowych. Fot. Raport PSEW/DWF/TPA Poland/Baker Tilly TPA "Lądowa energetyka wiatrowa w Polsce"

 

Portal WysokieNapiecie.pl zaczerpnął też opinii od największych firm, które budują infrastrukturę na potrzeby farm wiatrowych: fundamenty pod wiatraki, drogi i place montażowe, a także sieci elektroenergetyczne.

Tomasz Słyż, dyrektor realizacji w spółce Electrum, wskazał, że wprowadzenie zasady 10H odbiło się na wszystkich firmach działających w sektorze farm wiatrowych.

- Dlatego szukaliśmy zleceń w innych segmentach rynku, realizując m.in. prace elektroenergetyczne, wymianę układu wyprowadzania mocy w elektrowni szczytowo-pompowej, a także pozyskując kolejne zadania dotyczące rozbudowy i modernizacji stacji elektroenergetycznych. Jednocześnie rozszerzyliśmy działalność w sektorze OZE o budowę farm fotowoltaicznych, których w 2021 r. oddamy do użytku ok. 150 MW - wyliczył Słyż.

Electrum liczy, że ustawa odległościowa zostanie znowelizowana jesienią tego roku, bo wówczas w ciągu 2-3 lat na rynek zaczęłyby płynąć nowe inwestycje.

Piotr Gutowski, wiceprezes spółki Onde (grupa Erbud), która w lipcu z sukcesem zadebiutowała na warszawskiej giełdzie, przypomniał, że do 2016 r. rynek farm wiatrowych szybko się rozwijał.

- Wejście w życie zasady 10H oznaczało gwałtowne zaciągnięcie hamulca. Na rynku zostało kilka podmiotów, w tym Onde, które w tym czasie optymalizowało z deweloperami projekty w oczekiwaniu na pojawienie się aukcji mocy. Gdy te zaczęły być rozstrzygane, to byliśmy gotowi, aby dynamicznie ruszyć do przodu - zaznaczył Gutowski.

Nim jednak nastąpiło ożywienie na rynku, to spółka przez kilka lat również musiała szukać nowych zleceń, m.in. budując fundamenty pod silosy rolnicze.

- Jeśli nowelizacja nastąpi - zgodnie z dotychczasowymi zapowiedziami - jesienią 2021 r., będzie wówczas szansa, że w ciągu 1-2 lat na rynek trafi duża pula projektów z pozwoleniem na budowę, które mają już uchwalony miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego. W takim scenariuszu udałoby się uniknąć luki inwestycyjnej, której się obawiamy po zakończeniu fali inwestycji z dotychczas rozstrzygniętych aukcji mocy - ocenił Gutowski.

Ustawa to nie wszystko

Zdaniem Pawła Skowrońskiego, prezesa spółki SPIE Elbud Gdańsk, warto spojrzeć na perspektywy związane z energetyką wiatrową odnosząc się do sytuacji sprzed systemu aukcyjnego oraz wprowadzenia zasady 10H.

- W latach 2010-2011 zielone certyfikaty miały wartość 260-270 zł/MWh. Wówczas zapewniało to warunki do przyrostu mocy rzędu 1 GW rocznie i więcej. Dlatego trzeba pamiętać, że to, ile uda nam się wybudować wiatraków w przyszłości nie zależy tylko od dostępności terenów, ale przede wszystkim od stabilnych i korzystnych warunków generowania przychodów ze sprzedaży energii wytworzonej w turbinach wiatrowych - zaznaczył Skowroński.

Jak dodał, wprowadzony kilka lat temu system aukcyjny jest rozwiązaniem zdecydowanie lepszym dla inwestorów, umożliwiającym lepsze prognozowanie przychodów niż system oparty na certyfikatach pochodzenia.

- W tegorocznych czerwcowych aukcjach OZE zakontraktowano zakup energii z farmach wiatrowych o mocy mniejszej niż 300 MW wobec zakupu energii z instalacji fotowoltaicznych o łącznej mocy ok. 2,1 GW. Aktualnie ceny w aukcjach spadają do 200 zł/MWh, czyli znacznie poniżej cen na krajowym hurtowym rynku energii - wskazał Skowroński.

Zobacz też: Energetyka przechodzi z wiatru na słońce

Wyjaśnił przy tym, że obecnie rynkowe ceny energii są wysokie, gdyż w systemie dominuje generacja energii elektrycznej w elektrowniach węglowych, a ceny uprawnień do emisji CO2 przekraczają 50 euro za tonę.

- Jednostki węglowe będą stopniowo zastępowane blokami gazowo-parowymi o wysokiej sprawności i znacznie mniejszej emisji dwutlenku węgla. Bloki te będą miały w najbliższych kilku-kilkunastu latach coraz większy wpływ na hurtowe ceny energii - podobnie jak rosnąca moc w OZE. Dlatego wydaje się, że aukcje OZE będą konieczne, aby zagwarantować długoterminowo ceny, które zabezpieczą inwestorom właściwy i stabilny zwrot z kapitału - stwierdził Skowroński.

Potencjału wystarczy

Bartosz Sobolewski, szef CJR Renewables na Europę Środkową i Wschodnią, pytany przez nas o to, branża wykonawcza poradzi sobie z projektami, które może wygenerować nowelizacja ustawy, odpowiedział twierdząco. Zwrócił przy tym uwagę, że aktualnie w budowie są już projekty o mocy ponad 1 GW.

- Niestety w lądowej energetyce wiatrowej zmiany legislacyjne powodują, że liczba inwestycji przypomina sinusoidę a co za tym idzie, zapotrzebowanie na usługi i materiały raz rośnie, raz maleje, co ma odzwierciedlenie w cenach - powiedział Sobolewski.

- Jeśli dojdzie do złagodzenia ustawy odległościowej, to za 2-3 lata - po dokończeniu developmentu i uzyskania pozwoleń na budowę - może pojawić się duża pula projektów gotowych do realizacji. Kumulacja projektów może skutkować wydłużeniem procesu realizacji inwestycji oraz wzrostem kosztów - dodał.

Michał Kaczerowski ze spółki Ambiens stwierdził natomiast, że po uruchomieniu od 2018 r. dużej puli projektów dzięki wsparciu z aukcji OZE zaczęto mówić huraoptymistycznie, że mamy boom w energetyce wiatrowej.

- Tak naprawdę łatamy dziurę, która powstała przez wprowadzenie ustawy odległościowej. Teraz dochodzimy do momentu, że bez liberalizacji zasady 10H będzie czekać nas kolejna luka, która w przyszłości może skutkować dużym spiętrzeniem prac - podkreślił Kaczerowski.

- Obecnie branża wiatrowa pracuje na wysokich obrotach, bo rynek realizuje inwestycje zakontraktowane w aukcjach OZE. Jest to sytuacja niestandardowa, związana z nieprzewidywalnym i niezrównoważonym rozwojem energetyki wiatrowej, który jest efektem niestabilnych regulacji. Jednocześnie pokazuje to, że możliwości wykonawcze branży są bardzo duże i przy liberalizacji zasady 10H potencjału nam nie zabraknie - dodał.

Pewny tych możliwości jest także Piotr Gutowski z Onde - zarówno w przypadku prac projektowych i budowlanych, jak i nadzorów inwestorskich.

Nowelizacja ustawy odległościowej, albo dołek - to dwa scenariusze dla lądowych wiatraków. Fot. Onde

 

Zdaniem Janusza Gajowieckiego z PSEW, obawy o potencjał wykonawczy można było mieć po przebudzeniu rynku po uruchomieniu aukcji mocy, gdyż po wprowadzeniu zasady 10H w 2016 r. potencjał ten został zamrożony.

- W 2018 r. musiała więc nastąpić szybka mobilizacja wykonawców, co się powiodło. Do 2023 r. firmy wykonawcze będą zajęte projektami objętymi ostatnimi aukcjami mocy, więc później płynnie mogłyby przejść do zadań uwolnionych dzięki liberalizacji ustawy odległościowej - wyjaśnił Gajowiecki.

- Trzeba też pamiętać o rozwoju technologii. Dotychczas używaliśmy turbin o mocy ok. 2 MW, co wymagało postawienia ok. 500 wież wiatrowych rocznie, aby zrealizować projekty o łącznej mocy 1 GW. Przy większej mocy turbin, aby uzyskać podobną moc, wystarczy 250-300 wież rocznie - wskazał.

W opinii Pawła Skowrońskiego ze SPIE Elbud Gdańsk, jeśli jesienią ustawa odległościowa zostanie znowelizowana, to do rozpoczęcia budowy większej liczby nowych farm wiatrowych miną co najmniej dwa lata.

- Tyle bowiem zajmie ocena wpływu farm na środowisko i uchwalanie nowych miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego. Moim zdaniem tegoroczne zmiany w prawie będą miały znaczący wpływ na przyrost nowych mocy w lądowej energetyce wiatrowej dopiero od 2024 r. - powiedział Skowroński.

- Gdyby zgodnie z przewidywaniami pozwoliło to na budowę od 6-10 GW nowych mocy w ciągu 10 lat od wejścia nowelizacji w życie, to przy równomiernym rozłożeniu robót są to inwestycje, z których realizacją krajowy potencjał wykonawczy nie będzie miał żadnych problemów - dodał.

Budowniczy jako inwestor

Niektóre firmy budowlane w sektorze OZE chcą się angażować nie tylko wykonawczo, ale też jako deweloper i inwestor. Onde rozwija się już w tym aspekcie w segmencie fotowoltaiki.

- Nie chcemy być typowym deweloperem farm PV. Nasz model działania będzie polegał na kooperacji z innymi deweloperami, którzy będą rozwijać projekty od strony pozyskiwania gruntów i uzyskiwana zgód administracyjnych. Następnie nasze biuro projektowe będzie je optymalizować pod względem technicznym, po czym Onde zajmie się pracami budowlanymi i zarządzaniem obiektem oddanym do użytku - wyjaśnił Piotr Gutowski.

Podobne plany ma także Budimex, czyli największa grupa budowlana w Polsce.

- Chcemy rozwijać model działalności, w którym będziemy się angażować kapitałowo w inwestycje, aby tworzyć wartość dodaną dla grupy. Dotyczy to takich segmentów jak energia odnawialna, ciepłownictwo, wodociągi i kanalizacja, a także gospodarka odpadami - powiedział portalowi WysokieNapiecie.pl Piotr Świecki, dyrektor budownictwa energetycznego i przemysłowego Budimeksu.

- Zależy nam na realizacji dobrze zaprojektowanych przedsięwzięć, które będą również wysoko efektywne na etapie eksploatacji, w której będziemy uczestniczyć jako większościowy lub mniejszościowy udziałowiec - w zależności od rodzaju i skali inwestycji - dodał.

Firmy budowlane nie tylko chcą stawiać OZE, ale też w nie inwestować.

 

W sektorze OZE na razie uwaga Budimeksu skupia się na wielkoskalowej fotowoltaice, ale nie jest wykluczone, że grupa może zaangażować się też w inne segmenty energii odnawialnej.

- Chcemy działać w OZE tylko jako wykonawca, bo naszym zdaniem w takim modelu nie dawałoby dużej wartości dodanej. Dopiero połączenie wykonawstwa z zaangażowaniem kapitałowym może dać dużą stopę zwrotu - stwierdził Świecki.

- Jesteśmy zainteresowani projektami offshore. Na pewno nie bylibyśmy tam dużym graczem, ale chętnie zaangażowalibyśmy się kapitałowo i wykonawczo w konsorcjum chcące zrealizować projekt morskiej farmy wiatrowej - podkreślił.

Jak dodał, w lądowej energetyce wiatrowej powoli kończą się nowe projekty, czego dowodem jest m.in. mała liczba inwestycji zgłoszonych do ostatniej aukcji mocy.

- Bez znowelizowania ustawy odległościowej ten rynek będzie hamował. Jeśli zasada 10H zostanie jednak zliberalizowana i faktycznie wygeneruje to potencjał na 6-10 GW nowych mocy w ciągu 10 lat, to Budimeksu z pewnością na tym rynku nie zabraknie - dodał.

Sieciowe hamulce

Janusz Gajowiecki w rozmowie z portalem WysokieNapiecie.pl zwrócił też uwagę, że głównym hamulcem rozwoju dla energetyki wiatrowej, poza zasadą 10H, są regulacje dotyczące budowy linii bezpośrednich pomiędzy farmami a energochłonnymi zakładami przemysłowymi.

Co prawda, w procedowanej nowelizacji prawa energetycznego znalazły się pewne ułatwienia w tym zakresie, ale wciąż są one dalekie od oczekiwań przemysłu, który potrzebuje taniej energii dla zachowania konkurencyjności.

- Dzięki bezpośrednim liniom zielona energia mogłaby być jeszcze tańsza, gdyż w tym wypadku brak kosztów związanych z przesyłem i dystrybucją - podkreślił.

Regulacje dotyczące sieci energetycznych to dodatkowy hamulec dla OZE. Fot. Łukasz Dubicki/Eltel Networks Energetyka

 

Z drugiej strony - jak wskazał prezes PSEW - obowiązują dosyć rygorystyczne warunki przyłączania nowych farm. Dlatego branża postuluje wprowadzenie tzw. cable pooling, czyli możliwości przyłączenia do jednego kabla zarówno farmy wiatrowej, jak i fotowoltaicznej.

- Takie rozwiązania stosuje się już w Danii i Holandii. To pozwala uzupełniać się obu instalacjom, gdyż fotowoltaika najwięcej energii produkuje podczas upalnej i mało wietrznej pogody, a wiatraki jesienią i zimą. Zatem ryzyko braku możliwości przesłania do sieci produkowanej energii jest bardzo małe - wyjaśnił Gajowiecki.

Wąskie gardło

Barierą dla rozwoju całego sektora OZE są też oczywiście zdolności sieci przesyłowej i dystrybucyjnej, o czym pisaliśmy niedawno na naszych łamach.

Zobacz więcej: Rynek wypatruje nowej fali inwestycji w sieci przesyłowe
Czy sieci nadążą za transformacją polskiej energetyki?
Farmy słoneczne utknęły w sieci

- Obecnie bolączką są wydłużające się terminy wykonania przyłączy przez operatorów sieci dystrybucyjnych. Sam stan sieci dystrybucyjnej i jej gęstość może w przyszłości stanowić swego rodzaju wąskie gardło dla budowy nowych mocy w OZE - ocenił Tomasz Słyż z Electrum.

- Sieć starzeje się, a wiele linii powstało przeszło pół wieku temu. Procesy te muszą przyspieszyć w kontekście dynamicznego rozwoju mniej stabilnych źródeł, takich jak fotowoltaika, czy energia wiatrowa - powiedział nam Krzysztof Szuchnik, dyrektor Wydziału Inżynieryjnego i Centrum Badawczo Rozwojowego Eltel Networks Energetyka.

Zwrócił przy tym uwagę, że realizacja umowy przyłączeniowej wymusza na operatorze systemu dystrybucyjnego działania związane z dostosowaniem sieci do możliwości podłączenia danego podmiotu. Niejednokrotnie czas potrzebny na zaprojektowanie i budowę jest mocno ograniczony.

- Głównym problemem nie jest jednak potencjał projektowy czy wykonawczy, tylko niezmiennie otoczenie formalnoprawne. Dotyczy to zwłaszcza sieci wysokiego napięcia 110 kV. Inwestycje te, kluczowe dla zasilania milionów ludzi, są nadal realizowane w oparciu o przepisy ogólne. Specustawy nie ma - zaznaczył Szuchnik.

W efekcie wyzwaniem dla biur projektowych i wykonawców są niejasne i mało precyzyjne przepisy rozporządzeń. Dają przez to pole do interpretacji przez urzędników wydających poszczególne decyzje administracyjne niezbędne w procesie inwestycyjnym. Dotyczy to również uzgodnień na styku spółek Skarbu Państwa - w szczególności operatorów sieci gazowych, czy też urzędów administrujących drogami publicznymi.

Możliwości sieci dystrybucyjnej są kluczowe dla podłączania nowych źródeł OZE. Fot. Krzysztof Szuchnik/Eltel Networks Energetyka

 

- Niestety sieć elektroenergetyczna wysokich napięć, w odróżnieniu od reszty infrastruktury krytycznej, traktowana jest w przepisach z mniejszym priorytetem. To skutkuje przedłużającymi się procedurami administracyjnymi i opóźnieniem w pracach. Co gorsza, nie jest trudno doprowadzić do formalnego paraliżu inwestycji, jeżeli ktoś wie, jak to zrobić i zależy mu na tym. To niestety się zdarza - wskazał dyrektor.

- Dlatego aby wyeliminować ryzyko czasowe OSD mogą sięgać po nowoczesne technologie zwiększające możliwości przesyłowe istniejących ciągów liniowych bez konieczności ich przebudowy. Polegają one na wymianie istniejących przewodów na przewody wysokotemperaturowe o małym zwisie. To rozwiązanie dobre, ale przejściowe i nie zastąpi gruntownej modernizacji i rozbudowy sieci dystrybucyjnej - dodał.

Szuchnik podkreślił, że budowa nowych odcinków sieci elektroenergetycznych jako linii napowietrznych budzi również liczne protesty ze względu na odczucia estetyczne lub obawy istnienia zagrożenia oddziaływania pola elektrycznego i magnetycznego.

- Do tego dochodzi również kwestia dyskusji o oczekiwaniach finansowych. Te potrafią kilkukrotnie przekroczyć wartość gruntu, gdzie stanąć ma linia. Linie kablowe są oczywiście bardziej akceptowane niż napowietrzne. Dotyczy to zarówno wymiaru środowiskowego, jak i społecznego, stąd potencjał do ich dynamicznego rozwoju. Niestety koszt budowy jest w tym przypadku większy niż linii napowietrznych - podsumował dyrektor.

Zielone technologie rozwijają

Technologie dostarcza

Zobacz także...

Komentarze

Patronat honorowy

Partnerzy portalu

PGE PSE