Klimatyczny rozwód Brytyjczyków z UE

Klimatyczny rozwód Brytyjczyków z UE

Od 1 lutego 2020 r. UE i Wielka Brytania zaczynają żyć w nowej, nie do końca ukształtowanej jeszcze rzeczywistości, także prawnej. Zmiany dotkną także polityki klimatycznej, przede wszystkim systemu handlu emisjami

W ramach Porozumienia paryskiego UE i jej 28 państw członkowskich zgłosiło wspólnie wypełniany cel 40 proc. redukcji w stosunku do roku bazowego 1990. Zapisany jest on w tzw. krajowo ustalonym wkładzie (NDC). Jeszcze w tym roku wszystkie państwa, które ratyfikowały porozumienie (obecnie 187), a których cel sięga 2030 r. – tak jak właśnie unijny, powinny zdecydować, czy będą go aktualizować (najczęściej rozumiane jako „zwiększać”), czy też zostawią bez zmian.

I tu pojawia się pierwszy kwiatek: Wielka Brytania, gospodyni tegorocznego szczytu COP26, oświadczyła, że zamierza przedłożyć własny plan NDC ze swoim własnym celem. Na pewno w ten sposób łatwiej będzie zostać gwiazdą swojego szczytu, ale nie ułatwia to sprawy samej UE. W takim przypadku UE będzie musiała swój cel zaktualizować tak, by wypełniało go wspólnie już tylko „UE i 27 państw członkowskich”. Mniej prawdopodobne jest, że Brytyjczycy, po odłączeniu się, zdecydują się na ponowne dołączenie do wypełniania celu z UE, bo musieliby to zrobić bardzo szybko – na długo przed COP26, który jest w listopadzie br. W końcu jako Prezydencji COP powinno im zależeć aby pobrexitowa UE przyjechała do Glasgow już zdecydowana na realizację nowego, wyższego celu.

Warto przypomnieć, że dotychczas UE zgodziła się już, że swój cel będzie aktualizować – tak aby lepiej opisać jego części składowe (zgodnie z wytycznymi Katowice Rulebook). Pobrexitowe przeliczenia doskonale wpisują się w tę aktualizację. Ale wyraźnej zgody na zwiększenie unijnego celu na 2030 r. jeszcze nie ma, więc wszystko przed nami.

Na dodatek Wielka Brytania już w 2018 r. przedłożyła swoją strategię długoterminową w ramach Porozumienia paryskiego (termin biegnie do końca 2020 r.) określając w niej, że do 2050 r. zamierza zredukować krajowe emisje o 80 proc. Tym samym formalne ambicje Brytyjczyków ani nie są spójne z unijnym celem neutralności klimatycznej, ani tym bardziej z ambicją, jaką powinien wykazać się gospodarz globalnego szczytu klimatycznego. O tym, żeby Wielka Brytania szykowała się do aktualizacji tej strategii nie słychać, a przecież raczej ciężko z takiej pozycji pouczać inne, mniej ambitne strony Porozumienia paryskiego.

Jeszcze ciekawsze jest to, że zgodnie z analizą niemieckiego think-tanku SWP, wyjście Wielkiej Brytanii, która krajowo obrała sobie ogólny cel 57 proc. redukcji, obniży unijny zbiorczy cel z 40 proc. do 37 proc. W kontekście ambicji całej UE trzeba więc będzie ten cel albo zmniejszyć, albo jakoś tę dziurę załatać zwiększonymi celami pozostałych państw członkowskich. Na potrzeby przejrzystości wypadałoby dogadać się jak to zrobić zanim na dobre rozgorzeje dyskusja o dalszym zwiększaniu unijnych ambicji do 50 czy 55 proc. Chęci ku temu jednak nie widać - choć w najbliższym czasie odbędą się dwie Rady Europejskie (20 lutego i 26-27 marca) i choć np. w przypadku wieloletniego budżetu UE temat znikającego brytyjskiego wkładu finansowego był wałkowany na wiele sposobów.

Czytaj także: Szczyt klimatyczny COP26 w Madrycie przyniósł fiasko. I co dalej?

Jak załatać dziurę po Brytyjczykach

Ale ta ogólna konstatacja to tylko czubek góry lodowej. Gwoli przypomnienia, cel 40 proc. do 2030 r., na potrzeby wdrożenia w UE został przeliczony w stosunku do roku 2005. Redukcje odbywają się w podziale na dwa główne silosy: systemu handlu uprawnieniami do emisji (EUETS) z celem 43 proc. redukcji (energetyka, przemysł, lotnictwo) oraz sektorów poza nim (tzw. non-ETS) z celem 30 proc. redukcji (transport, rolnictwo, odpady, budynki, procesy przemysłowe).

W tym drugim silosie Wielka Brytania miała za zadanie do 2030 r. ściąć emisje aż o 37 proc. (dla porównania: Polska o 7 proc.). W opracowaniu przygotowanym na potrzeby Parlamentu Europejskiego wskazuje się, że o ile cel 30 proc. ma pozostać na tym samym poziomie, to luka redukcyjna, jaka powstanie po jej wyjściu Wielkiej Brytanii sięgnie 27.02 mln. ton CO2. W opracowaniu padają także propozycje dystrybucji tego dodatkowego obciążenia. Póki co, temat renegocjacji i zwiększenia krajowych celów w non-ETS jest na tyle potencjalnie drażliwy, że w przestrzeni politycznej prawie w ogóle się nie pojawia. Obawiają się go nawet Niemcy, dla których już obecny 38 proc. cel w sektorach non-ETS to jest realnym wyzwaniem.

Nie zapominajmy, że w pakiecie celów na 2030 r. znajdują się także m.in. 32 proc. udziału OZE i 32,5 proc. wzrost efektywności energetycznej na poziomie całej UE. Zgodnie z zapowiedziami Komisji, one również mogą być aktualizowane w stronę spójności z celem neutralności klimatycznej. Tu przynajmniej Wielka Brytania nawet nie próbowała się wysilać na określanie swojego wkładu. Przedłożony rok temu projekt krajowego planu na rzecz energii i klimatu (KPEiK) celów OZE i efektywności po prostu nie zawiera.

https://www.eea.europa.eu/themes/climate/trends-and-projections-in-europe/trends-and-projections-in-europe-2016/background-information-domestic-climate-and/BIChartNational2020targetsundertheEffortSharingDecisionESDandproposedtargetsfor2030.png/view

Czytaj także: Energetyczna porażka Polski? Możemy nie spełnić żadnego z unijnych celów.

Odłączą się, aby się przyłączyć

Zdecydowanie głośniej przebiega debata o tym, co zrobić z dotychczasową przynależnością Wielkiej Brytanii do EU ETS, który na wyspach obejmuje ok. 1 tys. instalacji odpowiadających za ok. 40 proc. emisji. Opcji jest kilka. Jak twierdzi analityk rynków handlu emisjami Alessandro Vitelli to, jak brexit wpłynie na emisje objęte systemem EU ETS sprowadza się do podejścia, jakie rząd Wielkiej Brytanii będzie miał do harmonizacji prawa. Brytyjczycy zdają sobie sprawę z silnych powiązań pomiędzy  systemami energetycznymi. Dlatego też dążenie do rozbieżności regulacyjnych pomiędzy wyspami a UE nie jest wskazane - o ile mają nadzieję na kontynuację zakupu energii i gazu z kontynentu. Stąd też najłatwiej byłoby zbudować rynek handlu emisjami, który będzie zupełnie nieprzypadkowo kompatybilny z unijnym. W takim wypadku formalne połączenie obu systemów mogłoby nastąpić stosunkowo szybko.

Takie rozwiązanie już funkcjonuje w przypadku Szwajcarii, która od 1 stycznia 2020 r. formalnie połączyła swój system z EU ETS. Co prawda akurat ten proces trwał 10 lat, ale można założyć, że dzięki temu szlaki zostały już przetarte. Może pomóc także to, że brytyjska administracja jest nieco lepiej obeznana z unijnymi procedurami niż Szwajcaria. Drugim istotnym czynnikiem jest bardzo prawdopodobne zaangażowanie brytyjskiego biznesu chcącego jak najszybciej uregulować stosunki z UE. W końcu od ponad roku trwał nieprzyjemny stan zawieszenia wynikający z decyzji Komisji Europejskiej o wstrzymaniu aukcji i alokacji uprawnień do emisji dla brytyjskich instalacji. Dopiero w brexitowy wieczór poinformowała o planowanym zdjęciu obostrzeń. Dzięki przedłożeniu dokumentów ratyfikacyjnych umowy brexitowej, od 3 lutego 2020 r. brytyjskie instalacje wznowią swój udział w EU ETS i w konsekwencji będą zobowiązane rozliczyć się za lata 2019-2020 zanim na dobre opuszczą system z końcem 2020 r.

Wiele wskazuje na to, że pomysł na bliźniacze systemy jest preferowany przez brytyjski rząd. Niespełna rok temu Claire O’Neill – niedoszła już Prezydentka COP26, a ówczesna Minister ds. Energii i Czystego Wzrostu informowała o pracach nad krajowym systemem handlu emisjami. W założeniu miał się on zacząć działać już od początku 2021 r., a następnie połączyć się z EU ETS. Oficjalnych informacji o tym, czy prace przebiegają zgodnie z planem brak. Nieoficjalnie, podobnie jak w przypadku całokształtu spraw związanych z Brexitem, można oczekiwać opóźnień.

A jeśli nie handel, to co?

To podatek. W całkiem nieodległych czasach, kiedy jeszcze w ogóle nie było wiadomo ani kiedy ani czy Wielka Brytania w ogóle wyjdzie z UE, mówiono o brytyjskim podatku od CO2. Miał on być nałożony na instalacje wcześniej objęte EU ETS i wynosić 16 euro od tony CO2. Taka opcja miała się ziścić w szczególności w przypadku bezumownego Brexitu.

Poza bliźniakiem EU ETS i podatkiem od CO2 jest jeszcze, ewentualnie, opcja brytyjskiej wariacji nt. systemu handlu emisjami. Mogłaby ona zachować tylko wybrane cechy unijnego systemu i tym sposobem jakoś funkcjonować w przyszłości na poziomie międzynarodowym. Warto pamiętać, że to właśnie przyjęcie zasad globalnego handlu emisjami będzie jednym z kluczowych tematów negocjacji na szczycie COP26. Nie udało się to do tej pory ani w Katowicach, ani w Madrycie.

Kto za to zapłaci?

Pan, pani, wszyscy zapłacimy. Pytanie tylko, czy wszyscy w tym samym stopniu. Być może zaaplikowane zostaną jakieś wyjątkowe zasady, które np. pozwolą Polsce nie odczuć pobrexitowych konsekwencji i terroru ambicji klimatycznej.  A być może wygodniej będzie przeskoczyć ten temat i od razu zabrać się po prostu za zwiększanie celu do 50-55%.

Podsumowując, potencjalnie mamy na stole przynajmniej 3 duże procesy klimatyczno-brexitowe: 1) przeliczania i możliwej renegocjacji unijnych celów w związku z brexitem, 2) dyskusji o nowych ambicjach, czyli wyższym celu na 2030 r., na które trzeba się zdecydować do końca br. 3) refleksji nad tym, czy i w jakiej formie Wielka Brytania mogłaby się z powrotem znaleźć w obrębie unijnych regulacji klimatyczno-energetycznych.

Czytaj także: Unia Europejska neutralna klimatycznie do 2050 r., ale Polska dojdzie w swoim tempie

Do tego dochodzi jeszcze kwestia przedłożenia przez UE i jej 27 państw członkowskich strategii długoterminowej. Zgodnie z konkluzjami grudniowej Rady Europejskiej ma ona zawierać cel neutralności klimatycznej UE do 2050 r. Zakorzenienie tego celu w unijnym prawie – tzw. prawie klimatycznym zapowiedział F. Timmermans. Projekt tego aktu poznamy już 26 lutego, a dalej w kolejce czekają już zapowiedziane przeglądy, strategie i zupełnie nowe rozwiązania wynikające z Europejskiego Zielonego Ładu.

Zobacz także...

Komentarze

Patronat honorowy

Partnerzy portalu

PSE