Pierwsze w Polsce farmy wiatrowe bez wsparcia

Pierwsze w Polsce farmy wiatrowe bez wsparcia

Rosnące ceny energii elektrycznej i spadające koszty „zielonych” technologii sprawiły, że w Polsce ruszają właśnie budowy dwóch farm wiatrowych bez rządowego wsparcia. To całkowite odwrócenie ról, bo od przyszłego roku do rachunków za prąd doliczane będą subsydia dla elektrowni węglowych.

Pod Gdańskiem powstanie farma wiatrowa o mocy 11 MW, której jedynym źródłem przychodów będzie dziesięcioletnia (na początek) umowa sprzedaży energii elektrycznej dla Kompanii Piwowarskiej (producenta piw Tyskie, Lech i Żubr). „To pierwsza w Polsce umowa na zakup energii pochodzącej z farmy wiatrowej, której rozbudowa nie będzie dotowana finansowaniem rządowym” – podkreśliła we wczorajszym komunikacie Innogy.

Kika godzin później o rozpoczęciu realizacji farmy wiatrowej o mocy 38 MW na całkowicie rynkowych zasadach, bez subsydiów, a nawet wieloletniego kontraktu na sprzedaż prądu konkretnemu odbiorcy, poinformowała Polenergia, kontrolowana przez Dominikę Kulczyk.

To dwie przełomowe decyzje na polskim rynku. Stało się to, co od kilku lat dzieje się już na Zachodzie Europy. „Zielone” technologie produkcji energii okazały się tańsze nie tylko od nowych elektrowni węglowych, gazowych czy atomowych, ale także konkurencyjne w relacji do rynkowych cen energii elektrycznej.

Oba projekty mają pewne przewagi nad wieloma innymi farmami wiatrowymi w Polsce, ale nie są bynajmniej jedynymi, których budowa jest już planowana bez jakichkolwiek subsydiów.

Umowa z globalnym partnerem na prąd do polskich browarów

Realizowana przez Innogy inwestycja to rozbudowa istniejącej już farmy wiatrowej Nowy Staw pod Gdańskiem. Dzięki temu firma może zaoszczędzić część kosztów przyłączenia czy serwisowania. Spółka ma też już ogromne doświadczenie w Polsce (osiem farm wiatrowych o łącznej mocy ponad 240 MW) i na świecie (4 GW w wiatrakach na morzu i lądzie). Innogy Renewables ma także dostęp do stosunkowo taniego kapitału.

Spółce udało się jednocześnie znaleźć globalnego partnera, jakim jest japoński Asahi – właściciel polskich browarów – który od wielu lat realizuje strategię ograniczania wpływu na środowisko. Koncern do 2030 roku chce ograniczyć emisję CO2 ze wszystkich swoich fabryk o 30 proc., a do połowy wielu wyeliminować ją całkowicie. Zgodnie z Porozumieniem Paryskim ONZ.

Prawnicy i eksperci zaangażowani w negocjacje podobnych umów długoterminowych na zakup „zielonej” energii (tzw. umów PPA) podkreślają, że dziś zainteresowani podpisywaniem ich w Polsce są niemal wyłącznie zagraniczne korporacje. Także pierwsza tego typu umowa – podpisana rok temu na dostawy energii z istniejącej już farmy wiatrowej na Dolnym Śląsku – zawarta została przez zagraniczną korporację (Daimlera dla jego fabryki silników samochodowych w Jaworze).

Prawdopodobnie najtańsza elektrownia w Polsce

Z kolei farma wiatrowa Szymankowo (pomiędzy Tczewem i Malborkiem), której budowę ogłosiła Polenergia, będzie się opierać na jednych z największych turbin wiatrowych budowanych dziś na lądzie – o mocach 3,4 MW każda, dostarczonych przez koncern Siemens Gamesa. Tego typu maszyny produkują wielokrotnie więcej energii, niż stawiane zwykle do tej pory w Polsce wiatraki o mocach 2-2,5 MW. Z komunikatu spółki wynika, że poziom ich wykorzystania powinien wynieść ok. 36 proc.

Zobacz także: Bankrutuje farma wiatrowa. Jej majątek przejmie Polenergia

Prawdopodobnie będzie to najtańsza elektrownia w Polsce jaka powstała w ostatnich dekadach. Biorąc pod uwagę całkowity koszt produkcji energii (LCOE) nie mogą się z nią dziś równać ani elektrownie węglowe i gazowe, ani atomowa, ani słoneczne czy wodne.

Jej budowa bez jakichkolwiek subsydiów, w oparciu o formułę project finance, która dzieli ryzyko pomiędzy instytucje finansujące i inwestora, nie byłaby jednak możliwa bez ogromnego zaufania konsorcjum trzech banków:  EBOiR, mBanku i ING Banku Śląskiego do Polenergii. Firma otrzymała od nich do 2037 roku 107 mln zł kredytu na tę inwestycję dzięki udowodnieniu, że wie co robi. Firma Kulczyka jest dziś bowiem jednym z najbardziej doświadczonych inwestorów wiatrowych w Polsce. Jej farmy wiatrowe regularnie mają produktywność o kilka punktów procentowych wyższą od średniej krajowej, która i tak jest całkiem niezła na tle Europy.

Zobacz także: Produkcja energii z farm wiatrowych - dane dzienne

Podpisanie z nimi umowy na budowę farmy wiatrowej wystawionej całkowicie na ryzyko rynkowe (prąd będzie sprzedawać po prostu po cenach giełdowych) pokazuje jeszcze jedno – banki są przekonane, że czasy taniego prądu na polskiej giełdzie już minęły i nie obawiają się finansować takich projektów nawet bez subsydiów.

Kolejne farmy bez wsparcia pojawią się… po rozstrzygnięciu aukcji na wsparcie?

Polenergia nie wyklucza jednak… udziału w tegorocznej aukcji OZE, a więc zabiegania o kontrakt z rządem na dostawy prądu z tej inwestycji po wylicytowanej cenie. Rządowy kontrakt ma jednak swoje ograniczenia – gdy ceny prądu na giełdzie są niskie, to rząd (a właściwie odbiorcy energii, poprzez opłatę na rachunku za prąd) pokrywają inwestorowi różnicę w stosunku do wylicytowanej przez niego stawki. Kiedy jednak ceny prądu na giełdzie przekraczają wylicytowaną przez inwestora stawkę, to on musi oddać rządowi (państwowemu Zarządcy Rozliczeń) nadwyżkę.

Jeżeli więc inwestor jest w stanie produkować energię stosunkowo tanio i jest przekonany, że ceny prądu na rynku będą wysokie, wówczas nie opłaca mu się podpisywać umowy z rządem. Tak jest w tym przypadku. Polenergia zapowiada, że wystartuje w aukcji OZE „jeżeli pozwoli to na maksymalizację rentowności projektu”. W praktyce może to więc oznaczać, że jednak weźmie udział w aukcji, ale będzie licytować w okolicach najwyższej możliwej stawki (dla farm wiatrowych ograniczeniem jest cena 285 zł/MWh) i jeżeli przegra, to zrealizuje inwestycję bez kontraktu różnicowego, a jeżeli wygra, zapewni sobie stabilne i wysokie przychody na 15 lat.

To jak niskie mogą być dziś koszty produkcji energii elektrycznej w farmach wiatrowych pokazuje ubiegłoroczna aukcja OZE. Chociaż maksymalna cena jaką mogli licytować inwestorzy wiatrowi wynosiła 350 zł/MWh, to aukcję wygrali ci oferujący rządowi dostawy prądu z wiatraków po cenach od 157 do 216 zł/MWh. Dla porównania średniomiesięczne ceny rynkowe prądu wynosiły wówczas ponad 250 zł/MWh, a w ubiegłym miesiącu nadal przekraczały 220 zł/MWh.

Więcej: Wiatraki zawstydziły węgiel - dostarczą prąd o połowę taniej

Od tego czasu coraz więcej inwestorów, a przede wszystkim banków, zaczęło wierzyć, że tak wysokie ceny prądu na polskim rynku hurtowym to nie jednorazowy wyskok  a trend, który może się utrzymać przez lata. W efekcie są już w stanie wyłożyć pieniądze na inwestycję nawet bez oglądania się na rządowe wsparcie. Jest zatem bardzo możliwe, że po tegorocznej aukcji dla dużych farm wiatrowych, zaplanowanej na 5 grudnia, czeka nas kolejny wysyp informacji od inwestorów, którzy licytowali na niej wysoko, a po ewentualnej przegranej i tak zrealizują inwestycję, tyle że w oparciu o pełne ryzyko rynkowe lub umowę długoterminową z jakimś odbiorcą energii.

Największym ograniczeniem w tym przypadku będą jednak wygasające pozwolenia na budowę, których inwestorzy nie będą już mogli wydłużyć ze względu na tzw. ustawę antywiatrakową, de facto zakazującą w Polsce budowy jakichkolwiek większych (czytaj nowocześniejszych) turbin wiatrowych.

Zobacz także: Ministerstwo: wiatraki zostaną zezłomowane w ciągu 17 lat

Zamiana ról

Te dwie pierwsze w Polsce farmy wiatrowe powstające bez oglądania się na rządowe subsydia zostaną uruchomione kilka miesięcy po tym, jak na rachunkach odbiorców energii w październiku przyszłego roku pojawi się nowy składnik – opłata mocowa. W zdecydowanej większości opłata ta pokryje koszty utrzymania starych i budowy nowych elektrowni węglowych. Sama Elektrownia Ostrołęka otrzyma w ten sposób przez 15 lat 2,7 mld zł subsydiów doliczanych do rachunków za prąd. Stawka opłaty, szacowana na ok. 7 zł miesięcznie brutto dla przeciętnego gospodarstwa domowego, najprawdopodobniej będzie jednak dużo wyższa, bo w przypadku rynku mocy, odwrotnie niż w aukcjach OZE, wylicytowane stawki są dużo wyższe, niż oczekiwał rząd.

W efekcie koronny argument zwolenników utrzymania i rozbudowy elektrowni węglowych, że to one są najtańszym źródłem energii, które w dodatku nie korzysta ze wsparcia, a kosztowną energetykę odnawialną trzeba ciągle subsydiować i końca tego dotowania nie widać, właśnie przechodzi do historii. Za chwile to ekolodzy będą mogli pokazywać rachunki za prąd ze stawkami opłaty mocowej i przykłady „zielonych” elektrowni, które powstały bez subsydiów.

Zielone technologie rozwija

Zobacz także...

Komentarze

Patronat honorowy

Partnerzy portalu

PSE