Prezes Urzędu Regulacji Energetyki po raz drugi pilnie poszukiwany

Prezes Urzędu Regulacji Energetyki po raz drugi pilnie poszukiwany

Impas w sprawie powołania szefa URE to smutne świadectwo degradacji instytucji, która w teorii powinna być najważniejszym dla rynku energii organem państwa.

Próby wyłonienia nowego regulatora energetycznego rynku trwają od maja, bo kadencja obecnego prezesa URE Macieja Bando wygasła z początkiem czerwca. Pierwsze ogłoszenie o naborze nie wyłoniło odpowiednich kandydatów. 26.06 ukazało się więc kolejne zaproszenie dla kandydatów. Po tzw. mieście krążyły plotki, że w pierwszym naborze nie zgłosił się w ogóle nikt, ale Kancelaria Prezesa Rady Ministrów odpisała nam, że było siedmiu kandydatów. Najwidoczniej nie spełnili jednak oczekiwań premiera, bo to on powołuje prezesa URE. Według naszych informacji start w konkursie proponowano kilku znanym prawnikom z doświadczeniem w branży, ale nie wyrazili chęci kandydowania.

Taka sytuacja jeszcze się nie zdarzyła w historii tego urzędu. URE powstał w 1997 r. gdy uchwalono prawo energetyczne i powstawały zręby rynku energii w naszym kraju. Kolejni prezesi następowali po sobie raczej płynnie, do sporu doszło tylko raz w 2007 r. w końcówce pierwszych rządów PiS. Ówczesny prezes URE Adam Szafrański (prawnik z Uniwersytetu Warszawskiego) zdecydował się na całkowite uwolnienie cen prądu. Uprzedził o swych planach ministra gospodarki, ale pomimo to premier Jarosław Kaczyński odwołał go, a na jego miejsce przyszedł inny prawnik Mariusz Swora, który przywrócił zatwierdzanie taryf dla gospodarstw domowych. Po Sworze szefem URE został jego zastępca Marek Woszczyk, a potem jego z kolei zastępca Maciej Bando. Niestety, obecny prezes nie zostawił zastępcy, który mógłby płynnie przejąć schedę.

Czytaj także: Czy URE wstrząśnie rynkiem energii?

Prezes Urząd Regulacji Energetyki teoretycznie ma w swych rękach ogromną władzę. Wydaje oraz odbiera koncesje na handel prądem i gazem, zatwierdza wciąż regulowane ceny sprzedaży prądu i gazu dla gospodarstw domowych oraz ceny ich dystrybucji, które zawsze będą regulowane. Od kilku lat rząd i parlament nakładają na Urząd coraz to nowe zadania, ale w ślad za tym nie idzie powiększony budżet. W tym roku wyniósł nieco ponad 43 mln zł, w poprzednich latach było to 42 mln. „ Z każdym kolejnym rokiem budżetowym mamy do czynienia z niedoszacowaniem kosztów funkcjonowania Urzędu, przy jednoczesnym spiętrzeniu w ostatnim czasie nowych zadań nakładanych na Prezesa URE – skarży się Urząd w korespondencji z portalem WysokieNapiecie.pl. W ciągu ostatnich lat doszły m.in. obowiązki związane z tzw. pakietem paliwowym, organizacja aukcji OZE, zatwierdzanie aukcji na rynku mocy, aukcje dla elektrociepłowni, białe certyfikaty z ustawy o efektywności energetycznej.

- Systematycznie powierzanie Prezesowi URE kolejnych zadań bez zapewnienia wystarczających środków na ich realizację, w powiązaniu z niekonkurencyjnością wynagrodzeń w stosunku do rynku, na którym poszukiwani są ci sami „fachowcy”, skutkuje brakiem możliwości zapewnienia ciągłości pracy urzędu i realizacji na odpowiednim poziomie wszystkich zadań nakładanych na Prezesa URE. Ponadto przy dobrej dla pracowników sytuacji na rynku pracy i obserwowanym wzroście wynagrodzeń w 2017 r. kolejne prowadzone przez Urząd nabory pozwoliły jedynie w ograniczonym zakresie zatrudnić nowych pracowników. W niektórych komórkach organizacyjnych Urzędu stan nieobsadzonych etatów dochodzi do 25 proc. ogółu zatrudnionych – opisuje niełatwą sytuację biuro prasowe urzędu.

Na prośby o zwiększenie budżetu posłowie pozostali głusi. Średnia pensja w URE wynosi wraz ze wszystkimi dodatkami 7 tys. zł (zasadnicza 4,9 tys. zł). Za takie pieniądze trudno znaleźć dobrych specjalistów od prawa energetycznego czy ekonomiki energetyki, bo w spółkach dostaną dwa razy tyle, choć posłom to trudno zrozumieć. - Przypomnę, że przeciętne wynagrodzenie w Urzędzie Regulacji Energetyki wyniesie 6434 zł, więc nie jest to mało. Na przykład, rozmawiałam z pracownikami firmy ENERGA w Olsztynie i dowiedziałam się, że po dwudziestu latach ciężkiej pracy w energetyce pracownicy zarabiają po 2,5 tys. zł brutto. Zatem nie skarżmy się, bo ludzie mają znacznie gorzej. O czym mówimy? Za mało jest pieniędzy i za mało zarabiamy w urzędach, zarabiając średnio 6,4 tys. zł? - wypominała szefowi URE w 2016 r. posłanka PiS Iwona Arendt.

Efekty sytuacji kadrowo-płacowej w URE odczuwają już przedsiębiorcy. Najbardziej chyba ci, którzy próbują uzyskać potwierdzenie inwestycji w efektywność energetyczną, co umożliwia uzyskanie korzyści w postaci tzw. białego certyfikatu, który można sprzedać na giełdzie energii.

Czytaj także: URE pisze do rządu: przemysł ma problem ze znalezieniem sprzedawców prądu

Do końca 2018 r. do URE wpłynęły 2 422 wnioski, z czego załatwionych zostało zaledwie 740, a na rozpatrzenie czeka prawie 1,7 tys. Zamiast 45 dni na decyzję o przyznaniu certyfikatu czeka się ponad rok. Część firm nie zamierza czekać i wysyła wnioski do sądów skarżąc się na bezczynność URE. Ale Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie stwierdził, że choć prezes URE dopuścił się bezczynności, ale " nie miała ona miejsca z rażącym naruszeniem prawa". Trudno zresztą karać URE za bezczynność w tej sprawie, skoro wnioski są rozpatrywane przez dwie osoby a przy uchwalaniu ustawy z 2016 r. o efektywności energetycznej zakładano, że będzie ich 12.

- Wydaje się, że dostrzeżenie kłopotów urzędu będzie możliwe tylko wtedy, gdy zgaśnie światło na Świętokrzyskiej (siedziba MF - red.), serwerownie Ministerstwa Finansów prowadzące np. centralne bazy podatników VAT będą musiały ograniczyć zużycie energii elektrycznej – ostrzegał Maciej Bando w Sejmie skąpych urzędników fiskusa w 2016 r. choć chyba lepszy skutek wywarłaby groźba, że w  ogromnym gmachu resortu finansów, mającym 12 km korytarzy, siądzie klimatyzacja.

Czy URE rzeczywiście dostaje tak mało pieniędzy? Kilkanaście dni temu Komisja Europejska opublikowała raport na temat sytuacji regulatorów energetycznych w dwunastu wybranych krajach UE, niestety akurat nie ma tam Polski. Skargi na skąpe budżety są w wielu krajach, m.in. w Bułgarii czy Francji. Przedstawiciel francuskiej Komisji Regulacji Energetyki (CRE) żalił się np. że uzyskanie dodatkowych funduszy na organizację aukcji OZE zajęło im „całe lata”.

Jak wygląda budżet URE na tle innych państw regionu? Porównywalny mają np. Czesi, ale już np. na Węgrzech jest dwa razy większy przy bardzo podobnych kompetencjach. Licząca ok. 350 osób załoga  w polskim URE nie wygląda na małą – w Czechach regulator zatrudnia 276 osób, na Węgrzech 340, choć trzeba pamiętać, że to znacznie mniejsze rynki. Ale już np. hiszpański urząd obchodzi się tylko 185 pracownikami. Warto jednak pamiętać, że kompetencje poszczególnych regulatorów różnią się niekiedy znacząco, więc porównanie budżetów i zatrudnienia ma wartość jedynie orientacyjną.

Ale chyba jeszcze gorsza od budżetowej nędzy URE jest jego degradacja prestiżowa. Współpraca między resortem energii a regulatorem układała się przez ostatnie lata słabo. Duże znaczenie miał tu tu personalny konflikt Maciejem Bando a wpływowym wiceministrem energii Tomaszem Dąbrowskim. W 2017 r. pojawił się nawet projekt likwidacji URE w obecnej postaci i utworzenia organu kolegialnego, na wzór Komisji Nadzoru Finansowego. Choć taka komisja istnieje np. we Francji, to jednak prezes URE miał obawy, że w ten sposób resort energii chce ograniczyć niezależność regulatora, gwarantowaną przez unijne przepisy. Ostatecznie ministerstwo odłożyło nowelizację do szuflady, nie chcąc otwierać nowego frontu z Brukselą.

Czytaj także: Manipulacje cenami prądu. URE zawiadomiło prokuraturę

Ale pozycja URE jest słaba- w ważnych sprawach rząd nie słuchał głosu regulatora, a w przypadku osławionej ustawy o cenach energii w ogóle zlekceważył jego rolę, co po interwencji Komisji Europejskiej trzeba było szybko naprawić. Maciej Bando nie szczędził rządowi krytyki werbalnej, ale niewiele z tego wynikało, bo też i wynikać nie mogło. Nie wiadomo czy znajdzie się kompetentny i darzony szacunkiem w środowisku kandydat na następcę obecnego prezesa.  Uposażenie nie jest wysokie, można się nabawić frustracji z powodu trudności organizacyjnych i braku wpływu na to co planuje rząd, a do tego w branży i tak panuje przekonanie, że konkursy są ustawione, więc nie ma sensu brać w nich udziału.

Podczas pierwszego konkursu faworytem był wiceminister energii Tomasz Dąbrowski, który startował już raz w 2015 r. Ostatecznie jednak nie wziął udziału, bo minister Krzysztof Tchórzewski potrzebował go bardziej w resorcie, przynajmniej do czasu zakończenia negocjacji z Komisją Europejską zmian w  ustawie o cenach prądu. Czy teraz gdy podpisana już przez prezydenta nowelizacja ustawy tymczasowo zaklajstrowała sprawę, Dąbrowski wystartuje?

Czytaj także: Kto jest podejrzany o manipulacje cenami prądu na giełdzie?

 

Zobacz także...

Komentarze

Patronat honorowy

Partnerzy portalu

PSE