Spis treści
OZE mają stać się kręgosłupem przyszłego systemu energetycznego. Komisja zakłada, że udział produkcji ze źródeł na paliwa stałe skurczy się z 36% w 2021 roku do zaledwie 3-8%, w zależności od scenariusza. Węgiel ma odejść w zapomnienie, to co zostanie, to szczytowe, albo wyposażone w CCS elektrownie gazowe. Przypomnijmy, że wynegocjowane przez poprzedni rząd porozumienie ze górniczymi związkami zakłada zamknięcie ostatnich kopalń węgla w 2049 r.
Produkcja źródeł odnawialnych ma wzrosnąć do 81-87%. W kategoriach mocy ma to być ponad 2000 GW plus 275 GW elastycznych jednostek w postaci baterii i elektrowni szczytowo-pompowych.
W wielkościach bezwzględnych spaść ma za to produkcja elektrowni jądrowych – z 730 TWh w 2021 roku do niecałych 500 TWh w 2040. Atom ciągnąć będzie w dół zamykanie starych elektrowni, których czas życia nie będzie przeciągany w nieskończoność. Natomiast dołożą się nowe, i tu Komisja jako jedyny znaczących wkład widzi atomowe plany Francji – budowy 17 GW nowych mocy w horyzoncie 2040. W sumie w UE ma być wtedy 88 GW atomowych mocy. SMRy i nowe bloki jądrowe, np. w Polsce mają co najwyżej zrównoważyć zamykanie starych.
Jednak nie bardzo wiadomo jak UE ma to osiągnąć, w sytuacji w której model rynku kompletnie nie sprzyja elektrowniom jądrowym – wskutek ekspansji OZE pracują mniejszą liczbę godzin w roku, więc zarabiają mniej. Rządy gwarantują im więc zyski w tzw. kontraktach różnicowych, dopłacając określone kwoty do cen rynkowych. Ale gdy kwota kontraktu różnicowego rośnie, zmniejsza się zapał państw do budowania elektrowni jądrowych.
Z kolei wspieranie elektrowni atomowej bezpośrednio z kasy państw jest dużo trudniejsze niż wspieranie OZE bo kraje antytomowe, jak Niemcy czy Austria blokują poluzowanie pomocy publicznej.
1,2 biliona euro rocznie
Komisja przedstawiła trzy scenariusze, ale wskazała, że ten najbardziej ambitny, zakładający co najmniej 90% redukcję emisji w stosunku do roku 1990 najlepiej prowadzi co celu neutralności klimatycznej w 2050.
By to osiągnąć w horyzoncie 2040 system energetyczny Unii będzie wymagał inwestycji rzędu 300 miliardów euro rocznie.
Drugie tyle ma iść na stronę popytową, zdecydowanie najwięcej na gospodarstwa domowe.
Najwięcej, drugie tyle co produkcja i popyt, czyli prawie 900 miliardów rocznie ma pochłaniać dekarbonizacja transportu, z czego 60% to po prostu koszty zakupu elektrycznych aut. W horyzoncie komisyjnej propozycji 60% resztek emisji ma pochodzić właśnie z transportu.
Cały wysiłek ma dać efekty po 2040 roku, kiedy to koszty energii, liczone jako odsetek PKB mają być na poziomie 11%, czyli mniej niż w dekadzie 2011-2020. Ma to być także efekt stopniowej rezygnacji z konieczności importu ropy i gazu, a także rosnącej oszczędności i efektywności energetycznej.
Polska widzi małą przestrzeń
Komunikat Komisji to dopiero wstęp do debaty, która ma prowadzić do przełożenia tych pomysłów na twarde regulacje. Tym ma się już zająć nowa komisja, wyłoniona po czerwcowych wyborach do Parlamentu Europejskiego.
W pierwszej reakcji po ujawnieniu propozycji KE polski rząd wykazał dużą ostrożność. Wiceminister klimatu Urszula Zielińska oceniła, że rząd widzi małą przestrzeń na kolejne zobowiązania do redukcji emisji CO2 i koncentruje się na obecnym celu na 2030, czyli 55%. Nie chcielibyśmy przyjmować dodatkowych zobowiązań i obciążeń – stwierdziła Zielińska. Zastrzegła, że oficjalne stanowisko rządu pojawi się w ciągu kilku tygodni, a do połowy roku rząd przedstawi Komisji KPEiK i znowelizowaną politykę energetyczną do 2040.
Co ciekawe, jeśli propozycja zacznie przybierać legislacyjne formy, to przyjmując normalne tempo prac w europejskich instytucjach, spora część z nich przypadnie na polską prezydencję w Unii, którą będzie sprawować w pierwszej połowie 2025 roku.