Autor

Co tam panie w atomie?

Po trzech latach od decyzji o rozpoczęciu budowy elektrowni jądrowej wciąż mamy więcej pytań niż odpowiedzi.

Program polskiej energetyki jądrowej niedawno obchodził czwarte urodziny. Dokładnie 13 stycznia 2009 r. rząd podjął uchwałę o budowie elektrowni atomowej. Można więc pokusić się o „bilans czterolatka”.

Zacznijmy od plusów, czyli tego co rządowi i państwowej  Polskiej Grupie Energetycznej udało się zrobić.

1. Została uchwalona ustawa o budowie elektrowni atomowej. To prawne oprzyrządowanie, dzięki któremu budowa będzie w ogóle możliwa. Ale jakość ustawy będzie można ocenić dopiero w chwili gdy inwestycja ruszy- wówczas okaże się na ile „życiowe” są uchwalone przepisy.

2. Wybrano wstępnie  miejsca w których elektrownia może powstać. Po długim i pełnym perypetii przetargu rozstrzygnięto wreszcie przetarg na szczegółowe badania geofizyczne tych miejsc. Wygrała go brytyjska firma Worley Parsons. Badania będą kosztować 252 mln zł.

3. Powstał zespół ludzi w który przez ostatnie lata ćwiczył zagadnienia energetyki jądrowej. Pracują w PGE, ale także na Politechnice Warszawskiej i w Narodowym Centrum Badań Jądrowych.

4. Rozpoczęła się debata nad energetyką jądrową w Polsce. Sam fakt, że ludzie mogą o tym dyskutować , że przyswajają wiedzę jak działa elektrownia jądrowa i ile kosztuje, to oczywiście duży plus. Zwłaszcza dla mieszkańców gmin, w których elektrownia może powstać jest to świetna szkoła obywatelskiego myślenia i umiejętności dyskusji o sprawach publicznych. Na spotkaniach organizowanych przez PGE w Choczewie czy Żarnowcu są pełne sale i ludzie mogą poznać argumenty zarówno zwolenników, jak i przeciwników elektrowni atomowej.

5. Udało się wreszcie opracować sensowną koncepcję wyboru partnerów dla PGE. Zrezygnowano z planu poprzedniego prezesa PGE Tomasza Zadrogi aby osobno wybierać dostawcę reaktora, partnera, który obejmie mniejszościowy pakiet akcji w elektrowni oraz banki, które budowę sfinansują.  Aleksander Grad, nowy szef jądrowej spółki PGE przedstawił nową koncepcję.  Teraz firmy, które chcą uczestniczyć w budowie powinny stworzyć konsorcjum i przedstawić również plan finansowania.

I to już w zasadzie wszystkie plusy. Niestety, nierozwiązanych problemów i pytań, na które nie ma odpowiedzi jest znacznie więcej.  

1. Elektrownia nie powstanie bez pomoc y państwa, bo to ogromny wysiłek finansowy. Może kosztować ok. 40 mld zł. Prąd z siłowni atomowej jest tani, bo ma tanie paliwo i  działa  przez 60 lat, prawie dwa razy dłużej niż węglowe i trzy razy dłużej niż wiatrowe. Przez pierwsze 10-15 lat trzeba spłacać kredyt. Zwykle państwo udziela gwarancji na spłatę tego kredytu. Ale w tym przypadku to może być mało, bo obecnie banki bardzo niechętnie patrzą na finansowanie energetyki atomowej w Europie. Ceny prądu są bardzo niskie, w ogóle budowa wszystkich elektrowni konwencjonalnych stoi pod znakiem zapytania. O tym, że elektrownia atomowa będzie musiała dostać jakąś, i to niemałą pomoc, mówił m.in. szef PGE Krzysztof Kilian i nie jest to jego widzimisię, bo taką potrzebę sygnalizował także prezes polskiej spółki francuskiego giganta GDF Suez, Grzegorz Górski. Tymczasem rząd nie tylko opracował nie żadnej koncepcji jak taka pomoc miałaby wyglądać, ale nawet nie ma żadnej dyskusji nad tym.  

2.  Wciąż nie rozstrzygnięto przetargu na inżyniera kontraktu, czyli firmę, która będzie doradzać PGE przy budowie elektrowni i służyć fachową wiedzą, jakiej w PGE nie ma. W trwającym prawie dwa lata przetargu ostały się trzy firmy Tractebel Engineering z grupy francuskiego giganta GdF Suez, brytyjska firma AMEC i amerykański Exelon. Przetarg jest wart 1,25 mld zł (umowa ma być na 10 lat)  czyli ok. 6 proc. wartości samego kontraktu pierwszej  sama ta suma budzi ogromne wątpliwości wielu fachowców, bo przy elektrowniach węglowych inżynierowie kontraktu  biorą znacznie mniejszy procent. Sęk w tym, że mało kot w Polsce orientuje się, ile naprawdę biorą firmy inżynieryjne za doradztwo przy takich projektach, a same firmy trzymają karty przy orderach i niespecjalnie chwalą się kontraktami zdobytymi w innych krajach.

3. Kampania informacyjna o energetyce jądrowej to na razie porażka. Rząd zapłacił miliony zł za spoty w telewizji, które nie niosły praktycznie żadnego przekazu, poza zachętą do wejścia na stronę internetową poznajatom.pl. Szkoda wydanych pieniędzy.

4. Rozmycie odpowiedzialności za program atomowy. Teoretycznie najważniejszą osobą jest wiceminister gospodarki Hanna Trojanowska, pełnomocnik rządu ds. energetyki jądrowej. To dobry fachowiec, ale bez własnej pozycji politycznej. W praktyce kluczowe decyzje zapadają w Polskiej Grupie Energetycznej, zwłaszcza, że jej szef Krzysztof Kilian jest wpływowym przyjacielem premiera Tuska, a szef jądrowej spółki PGE Aleksander Grad jest politykiem PO. Ta podwójna odpowiedzialność nie służy programowi. Trzeba to wszystko poukładać inaczej.

5. No i wreszcie najważniejsze pytanie, na które nie ma dobrej odpowiedzi, bo na razie być nie może. Atom czy łupki? O tym, że w Polsce może nie być miejsca i pieniędzy na jednoczesną eksploatację gazu z łupków i budowę elektrowni atomowej przebąkiwali nieoficjalnie  fachowcy, ale jako pierwszy powiedział to prezes Kilian we wrześniu ub. r. Gaz z łupków także będzie służył jako paliwo dla elektrowni, a w USA po boomie łupkowym wstrzymano budowę nowych elektrowni atomowych. Sęk w tym, że nikt dziś nie wie  ile mamy gazu z łupków i jakie będą koszty jego eksploatacji. Wstrzymywanie rozpędzającego się programu atomowego mogłoby się okazać kosztownym błędem, bo za kilka lat trzeba będzie do niego wracać.

 

 

 

Zobacz także...

Komentarze

Autor

Patronat honorowy

Partnerzy portalu

PSE