Czy fotowoltaika doczeka się swojej ustawy odległościowej?

Czy fotowoltaika doczeka się swojej ustawy odległościowej?

Ledwo pojawiła się nadzieja na poluzowanie zasady 10H, która ograniczyła możliwość budowy nowych farm wiatrowych, a już niektórzy wieszczą, że swojej ustawy odległościowej w przyszłości może doczekać się fotowoltaika. Czy te obawy są słuszne?

- Kiedyś mówili, że eternit nie jest szkodliwy. Po 30 latach okazało się, że jest rakotwórczy. Nikt nie wie, jak będzie z fotowoltaiką. Nie jest jeszcze przebadana. To będzie za blisko domów. Wyjdę do ogrodu, na podwórko, do kur i wszędzie to będzie - cytował Dziennik Bałtycki w połowie ubiegłego roku mieszkankę okolic Chojnic, gdzie lokalna społeczność ogłosiła sprzeciw wobec budowy farmy PV.

- Nasz sprzeciw uzasadniamy tym, iż jest to obszar chronionego krajobrazu doliny Drwęcy. Jak również troską o zdrowie nasze i naszych dzieci. Uważamy, że inwestycja ta znacząco wpłynie na wartość rynkową naszych działek - relacjonowały natomiast lokalne media z woj. kujawsko-pomorskiego protest wobec budowy fotowoltaicznej farmy niedaleko Brodnicy.

"Brudna elektryczność"

Również w ostatnich miesiącach można znaleźć informacje o protestach związanych wielkoskalową fotowoltaiką. W Radiu Lublin rolnik uzasadniał swoje obawy tym, że z powodu farmy padną mu pszczoły, a hodowane jabłka przestaną być ekologiczne.

Media z Gniezna donosiły z kolei o protestach wobec budowy farm PV w okolicznych wioskach, w tym jednej o mocy 180 MW.

- Nie jesteśmy wrogami czystej energii, wielu z nas posiada w swoich gospodarstwach panele fotowoltaiczne lub solarne. Protestujemy tylko przeciwko skali przemysłowej tych inwestycji, ponieważ takie farmy powinny być lokowane na terenach słabo zaludnionych, przemysłowych, a nie w bezpośrednim sąsiedztwie wciąż rozwijających się wiosek naszej gminy - tłumaczyli mieszkańcy.

Cześć z nich argumentowała natomiast, że "wytwarzanie przez elektrownię elektrycznego hałasu, czyli brudna elektryczność, pole magnetyczne wytwarzane przez prąd doziemny oraz mikrofale, mogą wywoływać nudności, bóle głowy, zmęczenie, zaburzenia snu, rozdrażnienie, zaburzenia widzenia i słyszenia".

- Jako matka dziecka chorego na cukrzycę mam ogromne obawy co do wpływu pola elektromagnetycznego na pompę insulinową mojej córki. Zakłócenie pracy pompy insulinowej jest równoznaczne z bezpośrednim zagrożeniem życia - alarmowała z kolei jedna z protestujących.

"Nowiny Jeleniogórskie" opisywały natomiast sprzeciw wobec farmy fotowoltaicznej na Pogórzu Izerskim, która "nieodwracalnie zniszczy tutejsze siedliska przyrodnicze i chronione gatunki".

Protesty społeczne zdołały doprowadzić nawet do zawieszenia w tym roku przez PKN Orlen planów budowy farmy PV, która miała zostać wybudowana na samorządowych działkach pod koroną zapory w Dobczycach niedaleko Krakowa. Trzy lata wcześniej w konsultacjach społecznych mieszkańcy wskazali, że powinien tam powstać nowy park miejski. Naftowy koncern zapewnił, że o innych planach wobec tych terenów nie miał wiedzy.

Plan a realia

- Rzeczywiście w ostatnich miesiącach spotykamy się protestami społecznymi przeciwko budowie nowych farm słonecznych. Trzeba jednak podkreślić, że wciąż mają one charakter incydentalny i dotyczą zazwyczaj tzw. megaprojektów, których moc liczona jest w dziesiątkach, a czasami nawet w setkach megawatów - skomentował dla portalu WysokieNapiecie.pl Paweł Konieczny, członek zarządu Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Słonecznej.

Jest on również członkiem zarządu spółki R.Power Development, należącej do grupy R.Power, czyli jednego z największych deweloperów farm PV w Polsce.

- Oczywiście na potrzeby realizacji takich projektów potrzebne są dziesiątki hektarów, co może nie podobać się okolicznym mieszkańcom. Warto jednak zaznaczyć, że protesty te mają miejsce na etapie starania się przez inwestorów o decyzje środowiskowe, które w całym procesie inwestycyjnym uzyskiwania są jako pierwsze - stwierdził Konieczny.

- Dopiero później inwestor jest w stanie dowiedzieć się, czy daną inwestycję można przyłączyć do sieci elektroenergetycznej, a w konsekwencji zrealizować. Obecnie uzyskiwania tzw. warunków przyłączenia jest bardzo trudne. Dlatego też zdecydowana większość projektów farm słonecznych - zwłaszcza tych, w przypadku których są protesty - i tak nigdy nie będzie mogła powstać - ocenił.

Wysyp gruntów

W dużą fotowoltaikę intensywnie chce wchodzić Columbus Energy, który swój biznes zbudował przede wszystkim na instalacjach prosumenckich.

Janusz Sterna, wiceprezes spółki, przekazał nam, że Columbus miesięcznie otrzymuje około tysiąca zgłoszeń od właścicieli gruntów, którzy chcą wydzierżawić je pod budowę farm PV.

- Generalnie nie odnotowujemy żadnych oporów społecznych z tym związanych. Elektrownia fotowoltaiczna jest bardzo dobrze wkomponowana w otoczenie: panele na konstrukcjach mają około dwóch metrów wysokości, nie wydają żadnych dźwięków, nie mają też elementów ruchomych, jak w przypadku turbin wiatrowych. Elektrownia jest estetycznie ogrodzona i dobrze wkomponowuje się w krajobraz - ocenił Sterna.

- Dlatego w naszej opinii obecnie nie ma podstaw do stworzenia tzw. ustawy odległościowej, która mogłaby ograniczyć rozwój wielkoskalowej fotowoltaiki. Nie spotkaliśmy się bowiem ze sprzeciwem wobec montowania farm ani ze strony mieszkańców, ani gmin - dodał.

Przypomnijmy, że wprowadzone w 2016 r. przepisy ustawy odległościowej praktycznie zahamowały rozwój nowych projektów farm wiatrowych. Stosowanie zasady 10H, czyli 10-krotności wysokości elektrowni w maksymalnym wzniesieniu łopaty wirnika oznacza, że dla nowoczesnych elektrowni wiatrowej o wysokości szczytowej 150-180 m, minimalna odległość od zabudowań mieszkalnych wynosi ok. 1500-1800 m.

Na początku maja opublikowano 2021 r. projekt łagodzący zasadę 10H, co wywołało falę entuzjazmu na rynku OZE. Kluczowa zmiana przewiduje, że bezwzględna minimalna odległość pomiędzy wiatrakiem a zabudowaniami będzie wynosić 500 m. Sektor oczekuje jednak wciąż na zakończenie ścieżki legislacyjnej i wejście znowelizowanych przepisów w życie.

Zobacz więcej: Budowniczowie wiatraków boją się kolejnego dołka

Fotowoltaiczny boom

Jako deweloper dużej fotowoltaiki zaczyna działać spółka Onde, która dotychczas specjalizowała się w robotach budowlanych związanych ze stawianiem farm wiatrowych i słonecznych.

- Adekwatna ocena rozwoju wielkoskalowej fotowoltaiki wymaga przyjęcia odpowiedniej perspektywy. Aktualnie w Polsce w zasadzie takich instalacji nie ma, kilka obiektów dopiero powstaje, zaś ogromna większość - około 4-5 GW - znajduje się nadal w fazie rozwojowej z perspektywą rozpoczęcia prac w ciągu 1-3 lat. Mówimy zatem o skokowym przyroście mocy w tym segmencie - powiedział portalowi WysokieNapiecie.pl Szymon Witoszek, dyrektor ds. rozwoju Onde.

Jego zdaniem, ryzyko konfliktów istotnie redukuje dobrze przeprowadzony proces konsultacji społecznych w toku uchwalania miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego.

- Warto również pamiętać, że systemy fotowoltaiczne skalują się bardziej elastycznie od instalacji wiatrowych, są mniej podatne na czynniki związane z ukształtowaniem terenu i cechuje je przewidywalny średnioroczny uzysk energetyczny. Dzięki temu fotowoltaika radzi sobie w scenariuszu generacji średnio i silnie rozproszonej. Model biznesowy ma zatem przestrzeń do ewolucji, której energetyka wiatrowa nie miała 2016 r. - zaznaczył Witoszek.

Słoneczna lepsza niż pozostałe

Optymistką pozostaje Ewa Magiera, prezes Polskiego Stowarzyszenia Fotowoltaiki. W jej opinii, energetyka słoneczna jest "generalnie mało kontrowersyjnym źródłem energii".

- Rzadko słyszy się o konfliktach czy protestach związanych z planami inwestycyjnymi dotyczącymi budowy elektrowni słonecznych, ale one oczywiście się zdarzają. Każda większa inwestycja budzi zainteresowanie i pewne obawy wśród lokalnych społeczności, jednak fotowoltaika jest powszechnie uznawana za bezpieczną i przyjazną technologię - podkreślił Magiera.

W jej opinii, potwierdza to doświadczenie Stowarzyszenia oraz przeprowadzone w ubiegłym roku na jego zlecenie badanie oceny społecznej dla różnych źródeł energii. Na reprezentatywnej grupie 1000 dorosłych osób z terenu całego kraju wykonało je Centrum Badań Marketingowych Indicator. Wyniki wskazały fotowoltaikę jako najchętniej widzianą instalację w sąsiedztwie miejsca zamieszkania.

Magiera przyznała, że najczęściej podnoszonym argumentem przeciwko powstawaniu elektrowni słonecznych jest możliwość wykorzystania gruntów uprawnych. Farmy PV powstają jednak na gruntach gorszych klas (IV, V i VI klasy), na których nie prowadzi się upraw.

Ponadto każda inwestycja tego typu musi uzyskać pozytywną decyzję środowiskową, która analizuje wpływ planowanej instalacji na środowisko i określa warunki, jakie inwestor powinien spełniać w celach związanych z ochroną środowiska naturalnego.

- Budowa farmy fotowoltaicznej zawsze jest poprzedzona konsultacjami społecznymi, poza tym inwestorzy doskonale wiedzą, jak ważna jest pozytywna atmosfera wokół takiej inwestycji. Dlatego wpływy z podatków nie są jedyną korzyścią, jakiej doświadczają lokalne społeczności. Bardzo często inwestorzy angażują się w działania mające na celu poprawę dobrostanu mieszkańców i dbają o dobre relacje z samorządami - powiedziała Ewa Magiera.

Farma konfliktów

Mniej optymistycznie sytuację ocenia Jacek Miciński, ekspert ds. konsultacji społecznych w firmie Forward PR, która pracuje m.in. przy budowie sieci przesyłowych oraz projektach OZE. W rozmowie z portalem WysokieNapiecie.pl zaznaczył, że inwestycje w farmy PV spełniają kryteria sytuacji konfliktowych.

- Jedni cenią naturalne piękno przestrzeni, inni w fotowoltaice dostrzegają rozwój cywilizacyjny i szansę na wytwarzanie czystej energii. Jest konflikt interesów, bo właściciele gruntów pod farmami uzyskają trwałe źródło przychodów, a ich sąsiedzi będą się bać o wartość swoich terenów. Za częścią projektów stoją potężne firmy, wobec których lokalne społeczności czują się zagrożone - powiedział Miciński.

- Jeżeli inwestorzy tego nie zrozumieją, to za moment mogą znaleźć się grupy, które zbudują na tych protestach kapitał polityczny. Znamy to przecież bardzo dobrze. Może to będzie odległość - jak zasada 10H w wiatrakach, a może ograniczenie maksymalnej powierzchni farmy? Organizacje branżowe i inwestorzy mają do wykonania ogromną pracę, żeby tak się nie stało - dodał.

Z jego doświadczeń wynika, że w pismach kierowanych do samorządów i inwestorów lokalne społeczności najczęściej wskazują na obawy dotyczące pola elektromagnetycznego, zmian mikroklimatu i pożarów instalacji. Padają też pytania o to, kto w przyszłości zdemontuje wyeksploatowana farmę PV, bo nikt nie zagwarantuje, że jej inwestor będzie jeszcze istniał za 30 lat.

- Oczywiście są też takie kwestie jak wartości terenów, spójność architektoniczna na terenach bardziej zurbanizowanych, krajobraz terenów wiejskich czy blokowanie terenów pod uprawy. Nowe wątki pojawiają się cały czas, m.in. hałas, wycieki szkodliwych substancji czy zagrożenie dla ptaków - wskazał Miciński.

- Przy tym wszystkim trzeba pamiętać o jednej fundamentalnej kwestii. Argumenty, które są przedstawiane przeciwko projektom, są często pierwszą warstwą problemu i mogą nie mówić wiele o faktycznej istocie oporu, którą może być chociażby zazdrość. Inwestorzy muszą nauczyć się słuchać bardzo uważnie, co mówi do nich otoczenie - dodał.

Błędy przeszłości wracają

W przeszłości Miciński spotykał się z praktyką, m.in. w przypadku projektów farm wiatrowych, możliwie jak najdłuższego ukrywania planów przedsięwzięć przed lokalnymi społecznościami. Choć większość inwestorów działa zgodnie z najlepszymi wzorcami, to działania mniejszości oddziałują na całą, szeroko rozumianą branżę energetyczną.

- To co teraz widzimy w obszarze inwestycji w farmy PV, do złudzenia przypomina czasy złych praktyk wiatrowych. O kilka nieruchomości zabiega kilkunastu inwestorów. Wielu z nich nie ma pojęcia o dynamice problemów społecznych i odczują je później. Może kiedy ktoś zobaczy obwieszczenie dotyczące decyzji środowiskowej? A może dopiero na etapie budowy? Tu widzę ogromną pracę dla organizacji branżowych. Jeśli branża nie odrobi lekcji, znowu będą problemy - ocenił Miciński.

Jego zdaniem, inwestorzy muszą pogodzić się z tym, że projekty OZE mają prawo wzbudzać obawy w sytuacji, gdy polskie społeczeństwo na ogół bywa nieufne.

- Ludzie nie znają tej technologii - zwłaszcza w dużej skali. Mają prawo do wątpliwości. Mogą oczekiwać otrzymywania konkretnych odpowiedzi na zgłaszane pytania. Dlatego inwestycje trzeba komunikować wcześnie, otwarcie rozmawiać o obiekcjach, a skończyć z praktykami w stylu kupowania poparcia samorządów wozem strażackim - podkreślił Miciński.

- To może zadziałać punktowo, ale to tylko potwierdza najgorsze przeczucia lokalnych społeczności: „kupili samorząd, znowu nie wiedzieliśmy”. Nowoczesny inwestor rozumie, że to co robi będzie miało długotrwały wpływ na otoczenie i musi mieć pomysł na odpowiedzialne współistnienie ze społecznością - dodał.

Bankowalność - słowo klucz

Skutki potencjalnych zaniedbań związanych z przygotowaniem inwestycji w farmy PV dostrzega Michał Kaczerowski, prezes firmy Ambiens, która świadczy usługi doradcze dla branży OZE. Dotyczy to również procedur administracyjnych.

- Obserwujemy w segmencie farm fotowoltaicznych bardzo duże różnice w oczekiwaniach poszczególnych Regionalnych Dyrekcji Ochrony Środowiska. Przykładowo w dwóch podobnych do siebie lokalizacjach, położonych w różnych województwach, w jednej jest wymagany roczny monitoring środowiska, a w drugiej wystarczą tylko 2-3 kontrole terenowe - wyjaśnił Kaczerowski w rozmowie z portalem WysokieNapiecie.pl.

Zaznaczył przy tym, że branża fotowoltaiczna - podobnie jak kiedyś wiatrowa - zasługuje na to, żeby ustandaryzować schematy działania pomiędzy interesariuszami. W ten sposób pokaże, jakie są dobre praktyki, co zwiększy czytelność działania branży. To natomiast przełoży się na akceptację społeczną i mniejsze ryzyko protestów przeciwko budowie farm fotowoltaicznych.

- Pamiętajmy o tym, że powierzchnia terenów, które mogą zostać przeznaczone pod tego typu inwestycje jest ograniczona. Dlatego kwestii społecznych i środowiskowych nie można lekceważyć. Rzetelnie przygotowane pod względem kwestii środowiskowych i społecznych projekty mają znacznie większe szanse na pozyskanie kapitału od banków lub innych instytucji finansowych - stwierdził Kaczerowski.

Pośpiech na etapie przygotowania inwestycji może więc później negatywnie odbić się na tzw. bankowalności projektu. Najlepsze banki i fundusze - jak dodał Kaczerowski - nie tylko odchodzą od finansowania węgla, ale również inwestują tylko w najlepiej przygotowane projekty OZE.

- Skończyły się czasy, w których odnawialne źródła energii były atrakcyjne dla inwestorów tylko dlatego, że są odnawialne. Żadna poważna instytucja finansowa nie wyłoży pieniędzy na budowę farmy wiatrowej czy fotowoltaicznej, jeśli przedsięwzięcie będzie obarczone ryzykiem pod względem społecznym lub środowiskowym - podkreślił prezes.

- Dobre projekty - odpowiednio zlokalizowane, w oparciu o rzetelną wstępną ocenę i realizowane zgodnie z przemyślaną strategią rozwoju i komunikacji - mają znacznie większe szanse na powodzenie. Również w zakresie akceptacji społecznej - podsumował.

Tam farmy nie przeszkadzają

Są jednak lokalizację, w których budowa farm fotowoltaicznych nie budzi społecznych oporów, a nawet wydaje się być jednym z najlepszych pomysłów na zagospodarowanie przestrzeni. Mowa tu o terenach poprzemysłowych.

Przykładowo w marcu 2021 r. Lafarge poinformował o wydzierżawieniu na 30 lat firmie Qair Polska 48 ha terenów byłej cementowni w Wierzbicy (woj. mazowieckie). Wybuduje ona tam farmę PV o mocy 30 MW, z której energię w całości będzie odbierać Lafarge, zabezpieczając w ten sposób ok. 10 proc. swoich potrzeb.

Zobacz więcej: Cement odwraca się od węgla

Dawid Robak, członek zarządu oraz dyrektor finansowy i zakupów Lafarge w Polsce, informował nasz portal, że tego typu inwestycja nie tylko długoterminowo zabezpieczy ceny energii elektrycznej i zmniejsza ślad węglowy branży, ale ma również duże znaczenie wizerunkowe.

- Tereny w Wierzbicy posiadają jeszcze potencjał dla kolejnych inwestycji. Ponadto jest to dobry przykład rewitalizacji dawnych terenów poprzemysłowych. Poza cementowniami mamy także dużo kopalń kruszyw oraz wytwórni betonu towarowego. Posiadamy więc wiele terenów, które potencjalnie mogą posłużyć budowie farm fotowoltaicznych - mówił portalowi WysokieNapiecie.pl dyrektor Robak.

Farma fotowoltaiczna Brudzew. Fot. ZE PAK

 

Z kolei sztandarowym projektem dla przechodzącej transformację energetyczną grupy ZE PAK jest ukończona niedawno farma fotowoltaiczna Brudzew, która powstała na terenie dawnej kopalni węgla brunatnego Adamów.

Kontrolowana przez Zygmunta Solorza firma planuje już kolejne inwestycje w OZE: farmę wiatrową Kazimierz Biskupi za ok. 150 mln zł i farmę fotowoltaiczną Przykona za ok. 500 mln zł.

Zobacz też: Inflacja rzuca cień na budowy farm wiatrowych i fotowoltaicznych

Zielone technologie rozwijają

Fotowoltaikę instalują

Zobacz także...

Komentarze

Patronat honorowy

Partnerzy portalu

PGE PSE